Kryptoreklama narkotyków?

Do grona popierających legalizację narkotyków dołączył w ostatnim numerze
krakowski "Tygodnik Powszechny". Może tylko dziwić, że dopiero teraz. Bycie w
awangardzie ludzkości wymaga zawsze jej wyprzedzania co najmniej o jeden krok.
Promując dzisiaj legalizację narkotyków, jest się w pokaźnym, a zwłaszcza
wpływowym tłumie, a nie samotnie. Przecież dwa miesiące temu nawet parlamentarna
większość zalegalizowała posiadanie "na własny użytek" "niewielkiej" ilości
narkotyków, a były współlider rządzącej formacji partyjnej maszerował w Lublinie
i w Warszawie na czele młodzieży żądającej legalnego uprawiania i używania
jednej z odurzających roślin. Owa młodzież podczas najbliższych wyborów z
pewnością odwdzięczy się całej formacji partyjnej, która wychowała eksposła
ziemi lubelskiej.

Wydaje się zatem, że wręcz wyjątkowo łatwo jest przyłączyć się dzisiaj do tego
chóru wpływowych osobistości mającego dokładnie te same poglądy w sprawie
legalizacji narkotyków, co dzisiejszy "TP". Gdyby jednak tygodnik jeszcze
trzydzieści, czy chociażby dziesięć lat temu zechciał samotnie walczyć o
legalizację narkotyków, to ta samotność musiałaby zrobić na nas wrażenie,
niezależnie od uznania trafności rozpoznania sprawy.
Łatwo jest dzisiaj pisać za legalizacją narkotyków, skoro spełnia się w ten
sposób żądanie George´a Sorosa, wpływowego finansisty, od wielu lat
zainteresowanego także światową polityką dotyczącą narkotyków i zachęcającego w
rozmaity sposób do ich legalizacji. O mocy możliwego oddziaływania w naszym
kraju świadczą ogromne sumy przekazywane na organizowane konferencje naukowe w
Polsce. Można spróbować policzyć, jakie są honoraria za jeden wykład wygłoszony
podczas takiej konferencji. Życzę każdemu takiej nagrody za swoją intelektualną
pracę. Niewątpliwe jest jednak, że takie podarki godne Krezusa mogą niektórym
przeszkodzić w funkcjonowaniu rozumu. Stąd też mamy w księgach mądrościowych
radę: "synu, nie bierz podarków", bo podarki zgubiły wielu. Niepokoi zatem
nadreprezentacyjność osób związanych z fundacją Sorosa w gronie zaproszonych do
omówienia "narkotykowego" tematu w ostatnim numerze "TP" i jednomyślnie
zachęcających do legalizacji narkotyków. Dotyczy to obydwu specjalistów
zabierających głos na ten temat, a nawet aż obydwu, czyli wszystkich, bo nie
poproszono innych. Jeden z nich to dr Ewa Woydyłło-Osiatyńska, dyrektor "uzależnieniowego"
programu Fundacji Batorego, a zza oceanu zachęca Polaków do legalizacji
narkotyków Ethan Nadelmann, dyrektor Drug Policy Alliance, czyli także
osobistość związana z fundacją Sorosa Open Society. Dyrektor skwitował jednak
negatywne stanowisko administracji amerykańskiej w sprawie legalizacji
narkotyków jako "Reakcję do bólu przewidywalną i, niestety, idiotyczną". Czyżby
zabrakło innych specjalistów w tej sprawie, którym można by oddać głos i którzy
potrafiliby prosto wyjaśnić, dlaczego jednak sensowne są prawne zakazy
posiadania narkotyków i wcale nie są idiotyczne?
Zamiast tego dr Woydyłło-Osiatyńska przekonywała czytelników, że nieważne są
prawne zakazy posiadania narkotyków, ale należy "wiedzieć, co [dziecku]
powiedzieć, jak odwrócić jego uwagę, wytłumaczyć (…) chodzi o to, żeby dziecko
(…) znało zagrożenie, wiedziało, jak oprzeć się pokusom". Niestety, te pobożne
oczekiwania pozbawione są jakiejkolwiek treści, a w dodatku są sprzeczne z
pedagogicznym przekazem zawartym w legalizacji narkotyków. Do istoty tworzonego
w państwie prawa należy najpierw informowanie społeczeństwa odnośnie do tego, co
moralnie dobre, a co złe. Nie jest to wprawdzie jedyne źródło informacji w tej
sprawie, ale źródło szczególnie uprzywilejowane, skoro tworzenie prawa
przysługiwać może tylko tym, którzy sprawują pieczę nad całą społecznością.
Prawne zakazy oczywiście nie działają automatycznie i nie przemieniają samą
swoją siłą demonów w anioły i vice versa. Człowiek jest istotą wolną i nawet
najlepsze prawo nie determinuje go do czynienia dobra. Błędne prawo jednak
przeszkadza człowiekowi w rozeznaniu dobra, a rozumne prawo pomaga w tym
rozeznaniu. W tym ostatnim wypadku konieczne jest takie ogłoszenie tego prawa,
aby mogło być ono zrozumiane przez społeczeństwo. Cóż może w tej sprawie pojąć
tzw. zwyczajny zjadacz chleba, skoro nawet krakowskie wydawnictwo Znak
zareklamowało w książce redaktora naczelnego wydawnictwa używanie nielegalnej u
nas marihuany? Bez skrępowania opowiada się w tej książce o spotkaniu z
Czesławem Miłoszem, prowadzonym także ze skrętem marihuany, w której miał
zagustować. Miał się nasz noblista nawet oburzyć na resztę towarzystwa, które
nie zechciało podać mu jointa z okazji osiemdziesiątych urodzin. Szybko jednak
miano przezwyciężyć owo jakoby tylko faux pas. Przecieramy oczy ze zdumienia
podczas tej lektury książki redaktora naczelnego wydawnictwa Znak. Czyż nie
zachęca się tu do traktowania z przymrużeniem oka prawnych zakazów używania
narkotyków? Nie dziwmy się zatem, że aktualne prawne zakazy nie działają. Będą
jednak oddziaływać i pomagać rozumieć, że rozumności i wolności nigdy nie należy
się pozbywać, jeśli tylko zakończy się codzienna kryptoreklama narkotyków w
mediach, również na drodze promocji legalizacji tych substancji.

Marek Czachorowski
 

drukuj