Uniwersytecka etyka według „Wyborczej”
"Dalsze przechylenie KUL-u w kierunku modelu lansowanego przez Radio
Maryja będzie oznaczać dziczenie kultury katolickiej" – pisze w "Gazecie
Wyborczej" ks. prof. Alfred Marek Wierzbicki. Czy takie słowa mogły paść z ust
kapłana, etyka i profesora Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego? Tak, mało
tego, znajdują one na KUL wielu zwolenników, którzy pod pozorem troski o
zachowanie pluralizmu poglądów w sposób pryncypialny próbują narzucić innym
naukowcom swój punkt widzenia i w liście otwartym zuchwale domagają się złożenia
dymisji przez obecnego rektora.
Jednym z rozgrywających w sporze dwóch lubelskich historyków prof. Mirosława
Piotrowskiego i dr. Sławomira Poleszaka jest regularnie publikująca na ten temat
"Gazeta Wyborcza", która kształtuje poglądy części pracowników uniwersytetu oraz
próbuje wpływać na ton i tematykę podejmowanych tam dyskusji i badań.
Zaangażowanie "Wyborczej" świadczy o tym, że spór pomiędzy naukowcami dotyka
głębszego problemu, z płaszczyzny historycznej przenosi się na współczesne
problemy i preferencje polityczne.
Historia najnowsza pod nadzorem
"Gazeta Wyborcza", podobnie jak wielu kulowców, nie dostrzega potrzeby
rozliczenia z przeszłością, a wręcz przeciwnie, zawzięcie tę ideę zwalcza. Choć
od otwarcia archiwów byłej bezpieki minęło już wiele lat, na KUL nie było
jeszcze badań na temat roli i zaangażowania uniwersytetu w aktywność
antykomunistyczną. Nie przeprowadzono także całościowych badań na temat
uwikłania pracowników i studentów uniwersytetu w agenturalne kontakty z
bezpieką. Mimo że od kilku lat istnieje kościelna komisja powołana przez
zmarłego ks. abp. Józefa Życińskiego, nadal nie doczekaliśmy się rzetelnego
opracowania, a nawet krótkiego artykułu na ten temat. Komisja, którą kieruje
prof. Janusz Wrona z UMCS, od lat współpracujący z prof. Rafałem Wnukiem z KUL,
zgromadziła obszerny zbiór dokumentów, posiada bardzo dobre rozeznanie w tej
tematyce, ale wyników swoich badań nie upublicznia. Powstaje więc pytanie, w
jakim celu komisja gromadzi te dokumenty i czy wiedza w ten sposób zdobyta nie
jest kartą przetargową w uniwersyteckiej polityce personalnej? Ponadto czy
powodem zatrudnienia na KUL w 2008 r. Rafała Wnuka, o którego angaż usilnie
zabiegał prodziekan Wydziału Nauk Humanistycznych prof. Hubert Łaszkiewicz, nie
był plan zainstalowania w Instytucie Historii osoby "zadaniowanej" w celu
sprawowania nadzoru nad tematyką podejmowanych tu badań z zakresu historii
najnowszej? Przed kilku laty z dużym niepokojem przyjęto na KUL informację o
zaangażowaniu się kierowanej przez prof. Mirosława Piotrowskiego Katedry
Historii Najnowszej w badania nad inwigilacją lubelskich struktur
"Solidarności".
Komisja "Ujawnić Prawdę"
Wiosną 2006 r. przy Zarządzie Regionu Środkowowschodniego "Solidarności" w
Lublinie powołano historyczną komisję do zbadania stopnia inwigilacji lubelskich
struktur opozycji, w okresie PRL bardzo mocno związanej z KUL. Na czele komisji,
której działania pilnie śledziła "Gazeta Wyborcza", stanął Piotrowski, gorący
zwolennik badań nad powojennymi dziejami uniwersytetu. Piotrowski jest autorem
licznych artykułów na temat rozpracowania i inwigilacji KUL przez komunistyczne
służby specjalne publikowanych m.in. na łamach "Naszego Dziennika". Jego
otwartość na te tematy budziła na KUL nieskrywaną niechęć. Krytykowano fakt, że
na jego seminariach magisterskich i doktoranckich pisane są prace, w których
wykorzystuje się akta byłej bezpieki. Do rektora wysyłano anonimowe listy, w
których żądano wprowadzenia zakazu korzystania z tych akt w celach naukowych.
Tymczasem pod kierunkiem Piotrowskiego powstawały i nadal powstają opracowania
ukazujące twardą postawę Kościoła wobec władz powojennej Polski oraz dotykające
bolesnego problemu "ukąszenia" części członków Kościoła przez komunizm. Wiele z
tych prac uzyskało uznanie historyków z innych ośrodków akademickich i ukazało
się drukiem. Za swoje poglądy i przekonanie o konieczności odkrywania i
publikowania informacji o trudnej przeszłości lubelskiej uczelni Piotrowski
płacił i nadal płaci wysoką cenę. W 2000 r. przeprowadzono na KUL zorganizowaną
akcję, której celem było zablokowanie postępowania o nadanie Piotrowskiemu
stopnia doktora habilitowanego. Profesor Henryk Gapski, pełniący wówczas funkcję
kierownika Sekcji Historii KUL, interweniował wówczas u dziekana Wydziału
Historycznego Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, prof. Andrzeja
Radzimińskiego (obecnego rektora UMK), przekazując mu nieprawdziwe informacje na
temat pracy habilitacyjnej i dorobku naukowego Piotrowskiego. Za te działania
Gapski został dyscyplinarnie pozbawiony stanowiska kierownika Sekcji Historii
KUL. Przewód habilitacyjny, na wyraźną sugestię ówczesnego dziekana WNH KUL
prof. Janusza Droba, skonsultowaną z rektorem ks. prof. Andrzejem Szostkiem,
został przeniesiony na UMK w Toruniu. Ponadto praca habilitacyjna Piotrowskiego
nie tylko została bardzo dobrze przyjęta w środowisku naukowym, ale otrzymała
nagrodę Prezesa Rady Ministrów Rzeczypospolitej Polskiej. Za pracę doktorską i
dorobek naukowy Piotrowski otrzymał prestiżową nagrodę Fundacji na rzecz Nauki
Polskiej, był też stypendystą Instytutu Herdera, Konferencji Niemieckich
Akademii Nauk oraz Uniwersytetu w Leuven. Celem działań pracowników Sekcji
Historii było uniemożliwienie objęcia przez Piotrowskiego Katedry Historii
Najnowszej na KUL. Obecnie podejmowane są podobne działania. Bardziej jednak
niepokoją informacje o kilkakrotnym uszkadzaniu opon w samochodzie
Piotrowskiego, czego skutkiem może być wypadek drogowy, a także że do jego
katedry przysyłane są obraźliwe listy z fekaliami, czym zajęła się już
warszawska prokuratura.
Dziwne emocje wokół katedry
Od pewnego czasu aktywności Katedry Historii Najnowszej, którą kieruje
Piotrowski, towarzyszą dziwne emocje. Nasiliły się one zwłaszcza po
organizowanych przez katedrę spotkaniach i konferencjach. W listopadzie 2008 r.
zorganizowano spotkanie z dr. Sławomirem Cenckiewiczem – gdańskim historykiem i
byłym pracownikiem IPN. Ówczesny dyrektor Instytutu prof. Mirosław Filipowicz
wręcz histerycznie zareagował na informację o zaproszeniu Cenckiewicza.
Filipowicz grzmiał na łamach "Gazety Wyborczej", że zapraszając Cenckiewicza na
KUL, złamano zasady dyskursu naukowego. Tymczasem prawideł dyskusji naukowej nie
złamano, a na spotkanie przybyło kilkaset osób, które z zainteresowaniem
słuchały wykładu historyka i chętnie nabywały jego książkę.
W maju 2010 r. Katedra Historii Najnowszej zorganizowała konferencję naukową
poświęconą księdzu Jerzemu Popiełuszce. Zainteresowanie konferencją przerosło
oczekiwania jej organizatorów. Na sympozjum, które komentowane było w
ogólnopolskich mediach, przybyło ponad trzysta osób. "Gazeta Wyborcza" nie
znalazła miejsca, ażeby poświęcić jej choćby jedną wierszówkę. Tymczasem trzy
dni po konferencji Rada Instytutu Historii KUL kierowana przez Filipowicza
przegłosowała zwolnienie pracownicy Katedry Historii Najnowszej, która
konferencję współorganizowała i prowadziła. Uchwała o zwolnieniu została
podjęta, mimo że pani doktor z katedry kierowanej przez Piotrowskiego posiadała
kilkuletnią umowę o pracę na KUL. Decyzję Rady ostatecznie anulował rektor ks.
prof. Stanisław Wilk.
Do podobnej sytuacji doszło kilka miesięcy wcześniej, także w czasie, gdy
kierownikiem Instytutu Historii był Filipowicz. Dotyczyła ona innego pracownika
Instytutu Historii KUL, wobec którego podjęto działania posiadające znamiona
mobbingu, czyli niesprawiedliwego traktowania w miejscu pracy. Na celowniku
znalazł się adiunkt z I Katedry Historii Nowożytnej, którego próbowano
bezprawnie zwolnić z pracy. Rafał Wnuk dokonywał bezpodstawnie oceny jego pracy
naukowej, a także notorycznie kontrolowano prowadzone przez niego zajęcia,
wystawiano mu negatywne opinie, mimo że za pracę dydaktyczną i naukową osiągał
najwyższe noty. W celu zbadania sprawy młodego adiunkta powołano na KUL
specjalną komisję antymobbingową. Mimo decyzji rektora o pozostaniu pracownika
naukowo-dydaktycznego na zajmowanym stanowisku, Rada Wydziału Nauk
Humanistycznych po raz kolejny podjęła uchwałę o wyrzuceniu adiunkta z pracy.
Należy podkreślić, że uchwałę podjęto wbrew woli i stanowisku rektora.
Ostatecznie interwencja Piotrowskiego zakończyła gry wokół młodego naukowca,
którego przeniesiono do kierowanej przez Piotrowskiego Katedry Historii
Najnowszej. Katedra prężnie się rozwija, jej pracownicy zdobywają kolejne
stopnie naukowe, uzyskują zagraniczne stypendia naukowe oraz są nagradzani w
naukowych konkursach. Ponadto Piotrowski jest promotorem blisko 100 prac
magisterskich oraz 10 rozpraw doktorskich. Jego dorobek naukowy i dydaktyczny z
powodzeniem wystarczyłby do przyznania mu tytułu profesora tytularnego, o który
Piotrowski zabiegał od kilku miesięcy. I tu znów koledzy z Instytutu wykazali
się aktywnością, angażując się w dyskredytowanie jego książki o Narodowych
Siłach Zbrojnych na Lubelszczyźnie i pokaźnego dorobku naukowego.
Krytyka czy manipulacje?
Pod koniec czerwca 2010 r. Piotrowski został poproszony przez redakcję "Zeszytów
Historycznych WiN-u" o ustosunkowanie się do recenzji autorstwa dr. Sławomira
Poleszaka pt. "Nie warto iść na skróty. Uwagi do książki M. Piotrowskiego o NSZ
na Lubelszczyźnie". Piotrowski zwrócił się z prośbą o napisanie odpowiedzi na
recenzję do dwojga historyków: dr Ewy Rzeczkowskiej z KUL i prof. Zbigniewa
Karpusa z UMK. Naukowcy, po przeanalizowaniu recenzji, napisali rekordowo
obszerną, bo liczącą 27 stron, ripostę zatytułowaną "Warto kroczyć obraną drogą.
Uwagi do uwag Sławomira Poleszaka", w której wykazali ponad 70 nieprawdziwych
informacji na temat książki i dorobku naukowego Mirosława Piotrowskiego.
Nadmienić należy, że nie jest to debiut Poleszaka w pisaniu tego typu tekstów.
Ostrą polemikę na łamach fachowych periodyków prowadziła z nim Anna Grażyna
Kister. "Wszystkie przytoczone przeze mnie przeinaczenia, manipulacje i błędy p.
Poleszaka – pisze A.G. Kister – powodują, że właściwe polemizowanie z jego
pozostałymi uwagami nie ma sensu i byłoby poniżej godności szanującego się
autora".
Z powodu przekręcania cudzych słów przez Poleszaka oburzał się w 2006 r. Konrad
Kozłowski. Kozłowski napisał: "Dlaczego więc autor wmawia mi rzeczy, których nie
popełniłem? Proszę przeczytać to, co napisałem". W innym miejscu Kozłowski
informował, że "Pan Poleszak rozpowszechnia treści nieracjonalne i obraźliwe, i
nadaje im rangę naukową. (…) Nie ma to nic wspólnego z wolnością naukową. To
utrwalanie "władzy ludowej" w nowym pokoleniu Polaków". W recenzji książki o
Narodowych Siłach Zbrojnych Poleszak również używał tego typu zabiegów. Napisał,
że Piotrowski, nawet ograniczając temat swoich rozważań do działalności zbrojnej
oddziałów NSZ, nie podaje własnych szacunkowych danych ilości i liczebności tych
oddziałów (…). Otóż właśnie w rozdziale dotyczącym akcji bojowych lubelskich
oddziałów NSZ Piotrowski na wielu kartach podaje informacje na temat liczebności
oddziałów. Pisze o tym na stronach 94, 96, 98: 99, 100, 102, 104: 105, 106, 107,
108, 109,110, 111, 112, 113 (sic!). Zainteresowanych odsyłam do książki. W
recenzji, w części dotyczącej słownika dowódców i żołnierzy Narodowych Sił
Zbrojnych, Poleszak posuwa się nawet do celowego wycięcia fragmentu cytowanego
zdania z książki Piotrowskiego i próbuje wyprowadzić fałszywą tezę o ukrywaniu
przez autora prawdziwej podstawy źródłowej pracy. Tymczasem Piotrowski jasno
napisał w książce, że powstała ona "na podstawie przede wszystkim wielu tysięcy
kwestionariuszy osobowych byłej bezpieki, sklasyfikowanych jako wielotomowy
załącznik do Charakterystyki nr 117, oraz innych akt archiwalnych, a także
wspomnień i publikacji (…). Udało się opracować 870 biogramów najważniejszych
dowódców i zwykłych żołnierzy NSZ, aktywnych na danym terenie po 1944 r. (…)
Pod biogramami zamieszczono podstawę źródłową, która służyła funkcjonariuszom
bezpieki do opracowania kwestionariuszy. Zachowano tam dawne sygnatury z
odniesieniami do innych akt i współczesnej literatury historycznej" (s. 13-14).
Ponadto Poleszak nieprawdziwie napisał w recenzji, że Piotrowski dotychczas nie
zajmował się w swojej pracy naukowej problematyką polskiej konspiracji
niepodległościowej lat 1939-1956. Bez trudu można znaleźć co najmniej
kilkanaście artykułów naukowych, pozycji książkowych, biogramów oraz
przyczynków, a także wydawnictw źródłowych autorstwa Mirosława Piotrowskiego
poświęconych zagadnieniom polskiej konspiracji niepodległościowej podczas II
wojny światowej i po jej zakończeniu. Cały dorobek Piotrowskiego dostępny jest
od lat na jego stronie internetowej.
Poleszaka wspierała grupa profesorów z KUL i UMCS, zaś tekst recenzji został
przekazany pracownikom Instytutów Historii KUL i PAN. Nieoficjalnie wiadomo
także, że w pisaniu recenzji pomagali Poleszakowi pracownicy Biura Edukacji
Publicznej i zarazem jego podwładni z IPN. Szczątkowe informacje na temat
przygotowywanej recenzji pojawiały się na historycznych forach internetowych już
w grudniu 2009 roku. Zastanawia więc determinacja Poleszaka oraz wspierających
go Wnuka i Filipowicza w dyskredytowaniu Piotrowskiego. Podobnie niepokój budzi
liczba nieprawdziwych informacji zawartych w recenzji, która całkowicie
uzasadnia i w pełni motywuje decyzję Piotrowskiego o oddaniu sprawy do sądu.
Za recenzję do więzienia?
W sierpniu 2010 r. Piotrowski skierował do Sądu Rejonowego III Wydziału Karnego
w Lublinie prywatny akt oskarżenia przeciwko Poleszakowi o pisanie i
rozpowszechnianie nieprawdziwych informacji, których skutkiem jest zniesławienie
i narażenie na utratę dobrego imienia przez Piotrowskiego jako profesora i
nauczyciela akademickiego. Miesiąc później Poleszak wycofał swój tekst z
"Zeszytów Historycznych WiN-u", uzasadniając decyzję nadesłaną odpowiedzią na
recenzję, a nie złożonym do sądu aktem oskarżenia, o czym wielokrotnie
informował w "Gazecie Wyborczej". Tym samym niesłuszne są oskarżenia stawiane
przez Wnuka pod adresem Piotrowskiego, że podejmując kroki prawne, uniemożliwił
on Poleszakowi opublikowanie recenzji. Nadmienić należy, że w tym samym
tygodniu, w którym wycofano tekst recenzji, dymisję ze stanowiska dyrektora
Instytutu Historii KUL złożył Mirosław Filipowicz.
Kilka miesięcy później rozpoczęło się przysłowiowe już "młotkowanie" "Gazety
Wyborczej", która, dyplomatycznie rzecz ujmując, za Piotrowskim nie przepada i
która tę sprawę co chwilę przypomina i podgrzewa. Autorzy listu otwartego
potępiającego "metody" Piotrowskiego, opublikowanego na łamach "Wyborczej",
wysłali go do czterech ogólnopolskich gazet, w tym do "Naszego Dziennika".
Tymczasem nikt, poza "Gazetą Wyborczą", listu nie opublikował. W kolejnych
artykułach straszono, że historycy piszący krytyczne recenzje będą trafiać jako
oskarżeni do sądu. Potępiano Piotrowskiego, że blokuje ukazanie się recenzji, że
spory naukowe przenosi na salę sądową, powoływano się na bliżej nieokreślone
zasady dyskusji naukowej, odwoływano się do "wspólnego etosu". Nikt nie zwrócił
uwagi, że w tym przypadku nie chodzi o spory naukowe, ale o pisanie nieprawdy. W
obronie Piotrowskiego nie stanęli wtedy etycy z KUL, przestrzegający ostatnio
przed "radykalizowaniem" się uniwersyteckich nastrojów. W mediach chętnie
wypowiada się ks. prof. Andrzej Szostek, który przyjmując i podzielając punkt
widzenia "Gazety Wyborczej", wyraża krytyczne opinie o działaniach
Piotrowskiego. Ksiądz Szostek nie zgodził się na rozmowę z Piotrowskim,
przekazując mu informację odmowną za pośrednictwem rzecznik prasowej KUL. Nie
wyraził chęci wysłuchania argumentów drugiej strony, uzasadniając, że nie jest
już rektorem uczelni. Mimo to ksiądz Szostek przedstawia się w prasie jako były
rektor KUL i podpisuje się pod słowami nieuzasadnionej krytyki wobec obecnego
rektora ks. prof. Wilka, co nie jest szczytem etycznej elegancji. Wielu obecnych
pracowników uczelni ocenia znacznie lepiej administrowanie KUL przez obecnego
rektora aniżeli przez jego poprzednika.
Piotrowski, nie otrzymawszy wsparcia ze strony swojego macierzystego instytutu,
oddał sprawę do sądu, korzystając z przysługującego mu prawa do ochrony własnej
czci i dobrego imienia, gwarantowanego każdemu przez art. 47 Konstytucji RP.
Czym innym jest bowiem toczenie sporu o postawach, ideach czy przebiegu pewnych
zdarzeń historycznych, a czym innym są twierdzenia odnośnie do rzekomych braków
w pracy naukowej i stosowanie celowych zabiegów świadomej manipulacji
ukierunkowanych na zniesławienie autora książki i narażenie go na utratę dobrej
opinii w środowisku naukowym. Nie można tego typu działań usprawiedliwiać
wolnością słowa ani swobodą prowadzenia dyskusji naukowej, granicą wolności
słowa jest bowiem kłamstwo; tam, gdzie ono się zaczyna, kończy się wolność
wypowiedzi. Zasadę tę, obok naukowców, winni przede wszystkim stosować
dziennikarze, także z "Gazety Wyborczej".
Prawda czy Reszka
W spór pomiędzy historykami aktywnie zaangażowała się "Gazeta Wyborcza", która
od grudnia 2010 r. do maja 2011 r. napisała co najmniej kilkanaście artykułów na
ten temat: "Gdy polityka zagraża debacie naukowej" ("Gazeta Wyborcza" z 16.03
br.), "Sąd zamiast polemiki naukowców" ("Gazeta Wyborcza" z 11.03 br.), "Za
recenzję naukową przed sąd. Polemika czy pozew?" ("Gazeta.Lublin" – wyd.
internetowe z 22.12.2010 r.) czy "Profesor jak cenzor?" ("Gazeta Wyborcza" z
22.12.2010 r.). Tego ostatniego tytułu próżno już szukać w internecie,
"Wyborcza" "po cichu" zmieniła już jego nazwę. Autorem większości "Gazetowych"
tekstów na temat sporu pomiędzy Piotrowskim i Poleszakiem jest redaktor Paweł P.
Reszka. Cykl artykułów rozpoczął on od umówienia się na rozmowę z Piotrowskim i
bez jakiejkolwiek próby podjęcia kontaktu w wyznaczonym terminie opublikował
tekst bez wypowiedzi głównego zainteresowanego. To specyficzny rodzaj
dziennikarskiej rzetelności.
Reszka napisał też kuriozalny artykuł o rzekomym wytupaniu Piotrowskiego przez
Radę Instytutu Historii KUL podczas jej posiedzenia 15 marca 2011 roku. Mimo że
prowadzący obrady dziekan WNH prof. Krzysztof Narecki i kilku innych pracowników
potwierdziło, że żadnego tupania nie słyszeli, następnego dnia w "Wyborczej"
ukazał się artykuł: "Na KUL wytupali profesora Piotrowskiego, europosła PiS". W
rozmowie z dziennikarzem "Wyborczej" Pawłem P. Reszką dziekan Narecki ponownie
potwierdził, że w czasie posiedzenia Rady Wydziału WNH "tupanie" nie miało
miejsca. "Wyborcza" nie wyraziła zgody na opublikowanie sprostowania, w którym
Piotrowski w punktach wskazał wszystkie zawarte w artykule nieprawdziwe
informacje. Redaktor Reszka nie zareagował również na oświadczenie przesłane na
jego redakcyjny adres e-mailowy przez autorów odpowiedzi na recenzję – dr Ewę
Rzeczkowską i prof. Zbigniewa Karpusa w związku z pierwszym artykułem na temat
sporu historyków, który ukazał się w "Wyborczej" 22 grudnia 2010 roku. Redaktor
nie uznał także za potrzebne przeprowadzenie rozmowy z szefem redakcji "Zeszytów
WiN-u", w których miały się ukazać tekst Poleszaka oraz odpowiedź na recenzję.
Czy redaktor opisujący i pouczający w kwestiach standardów uniwersyteckich sam
przestrzega zaleceń etyki i rzetelności dziennikarskiej?
"Etyka w pigułce"
W ostatnich dniach wiele mówi się na KUL o etyce i normach uniwersyteckich.
Wielokrotnie o uniwersyteckim savoir-vivrze pisano w "Gazecie Wyborczej". O
standardach badań naukowych przypominał też Rafał Wnuk, ale czy sam ich
przestrzega? Podczas jednej z konferencji Wnuk zaprezentował swoje negatywne
nastawienie do Narodowych Sił Zbrojnych, nazywając tę niepodległościową narodową
formację mianem "partyjnej bojówki". W opublikowanym w 1999 r. artykule
"Wierzchowiny i Huta", poświęconym akcji oddziału NSZ wobec kolaborującej z NKWD
i bezpieką ukraińskiej wsi Wierzchowiny, Wnuk zamieszcza konkluzję, której ton
do złudzenia przypomina peerelowskie piśmiennictwo sądowe: "Zgrupowanie
"Szarego", wybijając ludność Wierzchowin – grzmi Wnuk – zadało dotkliwy, jeśli
nie śmiertelny, cios etosowi NSZ. Mord rzucił cień na całą organizację. Zbrodnia
ta obciąża konkretnych ludzi, wykonawców i rozkazodawców. Nie można obwiniać
poszczególnych członków NSZ, którzy niejednokrotnie wykazali się największym
poświęceniem w walce o niepodległość i nieprzeciętnymi kwalifikacjami moralnymi.
Mordu dokonały oddziały NSZ i na nich spoczywa odpowiedzialność, jednak
rozciąganie tej odpowiedzialności na wszystkich ludzi związanych z narodowym
nurtem konspiracji i stawianie ich w jednym rzędzie z organizacjami
nazistowskimi, wydaje się być poważnym nadużyciem zarówno z historycznego, jak i
etycznego punktu widzenia". Zasadniczo Wnuk zżyma się, jeżeli chodzi o tematykę
narodową, postuluje, ażeby na KUL ograniczyć liczbę konferencji naukowych temu
poświęconych. W sukurs Wnukowi idzie ks. prof. Alfred Marek Wierzbicki,
przestrzegając w "Wyborczej" przed "guru, najczęściej o skrajnie prawicowych
przekonaniach". Ksiądz profesor zaniepokojony jest stylem dyskusji na
uniwersytecie, który "nie może być pochodną modelu lansowanego przez Radio
Maryja. Dalsze przechylanie się KUL-u w tym kierunku – pisze ks. Wierzbicki –
będzie oznaczać dziczenie kultury katolickiej" (Gazeta.pl – wydanie internetowe
z 27.05 br.). Dziwić się należy, że słowa te wypowiada kapłan, etyk i profesor
katolickiej uczelni! Czy w takim razie jako cywilizowane należy traktować
zachowanie jednego z profesorów Instytutu Historii KUL, który podczas wykładów
kpi z symboli religijnych, prostacko przekręcając imię Matki Bożej?
Już nie krople deszczu, ale wiadra zimnej wody spadają na głowy niektórych
kulowców. Z wzrastającym rozdrażnieniem i irytacją obserwują, że ich poglądy nie
znajdują zrozumienia wśród dużej liczby studentów. Dezaprobatę budzi też
angażowanie "Gazety Wyborczej" w wewnętrzne sprawy uczelni, a także próba
narzucania przez to medium tonu i charakteru akademickich dyskusji. Za fasadą
troski o wolność słowa oraz bezstronność i niezależność wypowiedzi próbuje się
eliminować osoby o odmiennych poglądach na problemy historyczne i współczesne.
Ci, którzy pouczają o etyce w nauce i gołosłownie zarzucają przenoszenie na
uniwersytet metod politycznych, sami metody polityczne stosują. Skoro więc
"Gazeta Wyborcza" i ostatnio "Polityka" są "odpowiednim" forum do dyskusji o
kwestiach naukowych i światopoglądowych pracowników katolickiej uczelni, to
łatwo dostrzec niebezpieczeństwo dla poziomu i bezstronności nauki.
Ewaryst Błotnicki
