Po drogach, po kolei i po obietnicach
Z Jerzym Polaczkiem, ministrem transportu w rządzie PiS, rozmawia Anna
Ambroziak
W najbliższych tygodniach wyruszających na wakacje czeka szukanie objazdów z
powodu remontów dróg. Prace trwają na wszystkich kluczowych trasach łączących
południe z północą Polski. Na przykład na 84-kilometrowym odcinku "gierkówki" z
Piotrkowa Trybunalskiego do granicy województwa mazowieckiego kierowcy do
dyspozycji będą mieli tylko po jednym pasie ruchu, a na siódemce z Krakowa do
Gdańska prowadzonych jest aż 25 remontów.
– Po pierwsze chciałbym zaznaczyć, że rząd Platformy Obywatelskiej jest
"dzieckiem szczęścia". Odziedziczył po rządzie PiS opracowany i szczegółowo
przygotowany program budowy dróg na lata 2008-2012 przyjęty przez Radę Ministrów
w 2007 roku. Skala wydatków zaplanowana łącznie na pięć lat sięgała kwoty 121
mld złotych. Zamiast tego mamy w tej kadencji realizację inwestycji drogowych w
Polsce na poziomie, który nie przekracza 60 procent planowanych corocznie
wydatków. Nie chodzi przecież o to, że buduje się więcej – bo tak miało być! Ale
o to, że buduje się "na pół gwizdka". Już wiadomo, że żadna z kluczowych
autostrad planowanych do realizacji na Euro 2012 nie będzie wykonana. Nie będzie
ani 180 kilometrów autostrady A1 ze Strykowa do Pyrzowic, nie będzie także
połączenia z Warszawą na autostradzie A2 z uwagi na rozwijający się dynamicznie
"problem" z wykonawcą chińskim. Jest też problem z połączeniem odcinka A4 z
Ukrainą.
Premier Donald Tusk deklaruje jednak twardą postawę wobec problemów
związanych z budową dróg i stadionów przed Euro 2012. Dodał, że rząd nie będzie
ustępował przed tymi, którzy chcą "naciągnąć" kraj na dodatkowe pieniądze.
– Dziś jest czas, aby rząd premiera Donalda Tuska odpowiedział Polakom, co z
tych deklaracji zostało wykonane nie w polityce PR, ale w rzeczywistości. Czy
rząd jest do końca świadomy, z którym chińskim konsorcjum podpisał kontrakt.
Premier powinien już dawno wiedzieć, że oddział chińskiej firmy zarejestrowanej
w Polsce nie ma w naszym kraju żadnego majątku, a jej gwarancje bankowe opiewają
na zaledwie 130 mln złotych. To spółka-córka chińskiego wykonawcy, która dwa
lata temu w Chinach zatrudniała zaledwie 320 osób i miała w 2009 roku sprzedaż
nieprzekraczającą w przeliczeniu na złotówki sumy około 1,8 mld złotych! – czyli
prawie tyle, na jaką kwotę opiewają kontrakty zawarte w Polsce. Jej
doświadczenie to niewielkie inwestycje w Afryce, w takich państwach jak:
Mauretania, Mali, Kenia i Demokratyczna Republika Konga. Tusk może ubiegać się o
uzyskanie odszkodowania do zaledwie kwoty 130 mln zł – z tytułu tzw. udzielonej
gwarancji przez banki wykonawcy. Zostanie za chwilę rozgrzebany plac budowy
autostrady, którą trzeba dokończyć – na pewno nie przed Euro 2012. Rząd – mówiąc
lapidarnie – podpisał umowę nie z tymi Chińczykami, którzy budują prawdziwe
autostrady. To niespotykane, że budowę autostrady do stolicy państwa powierzono
firmie bez weryfikowania jej wiarygodności. Poprzez własne biuro poselskie
ustaliłem więcej niż rząd przez ostatnie trzy lata.
Fakty mówią same za siebie – a jeśli rząd ma jeszcze wątpliwości, niech fakty te
zweryfikują odpowiednie służby. Dziwię się, że nie zrobił tego w 2009 roku.
Przypominam też, że w 2009 roku prezes Urzędu Zamówień Publicznych wydał
specjalną zgodę na wniosek dyrektora GDDKiA na zawarcie tego kontraktu – i to
jeszcze przed zakończeniem postępowania odwoławczego! Ciekaw jestem, na jakiej
podstawie tę zgodę wydano…
Do tego mamy pogłębiający się chaos w obszarze inwestycji kolejowych…
– Gdyby inwestycje kolejowe były realizowane zgodnie z planem, nie mielibyśmy
dziś do czynienia z ich spiętrzeniem w czasie. Najgorsze jednak jest to, że
realizuje się zaledwie połowę zaplanowanych w tej branży inwestycji. Rząd podjął
tu tak samo niekorzystną decyzję jak w przypadku inwestycji drogowych – obciął
wydatki o 5 mld złotych. To nie jest jedyne zaniedbanie rządu premiera Donalda
Tuska w kwestii kolei. Jeżeli Unia Europejska zacznie rozliczać nas z faktur za
inwestycje kolejowe zrealizowane przez firmy niemające do tego uprawnień, wtedy
do kasy Unii będziemy musieli zwrócić miliardy złotych.
Zarówno w sferze drogowej, jak i w kolejowej ma się wrażenie stale
pogłębiającego się chaosu. Reakcja rządu następuje dopiero post factum – gdy
robi się szum w mediach. Dopiero wtedy pan minister Grabarczyk śle listy do
ministrów Chińskiej Republiki Ludowej. Tymczasem od kilku tygodni polscy
podwykonawcy pracowali na kredyt, a teraz – zdesperowani – zeszli z placu
budowy.
Wszyscy pamiętamy exposé Donalda Tuska zapowiadającego czyste i wygodne
dworce oraz punktualne pociągi. Skończyło się na deklaracjach – dworce są
brudne, a pociągi się spóźniają. W zamian powstała nowa spółka kolejowa –
Dworzec Polski SA, wprowadza się też nowy podatek, tzw. opłatę dworcową.
– Kolejowa rzeczywistość brutalnie zweryfikowała buńczuczne deklaracje rządu PO.
Kolej w ostatnich dwóch latach boryka się z bezprecedensowym spadkiem liczby
podróżnych. Jako minister transportu podejmowałem w 2007 roku decyzje o
uruchomieniu procesu wejścia na giełdę PKP Intercity, nie później niż do końca
2008 roku. Tymczasem jedną z pierwszych decyzji obecnego rządu było wstrzymanie
tego procesu i powolne, acz skuteczne, doprowadzenie PKP Intercity do stanu
przedzawałowego. Zamiast sięgnąć do szerszego korzystania z modelu Partnerstwa
Publiczno-Prywatnego oraz rozwijać proces kształtowania komercyjnych warunków do
inwestowania w dworce we współpracy z samorządami, uderza się dziś w
konkurencyjność przewozów kolejowych nowym podatkiem, czyli opłatą dworcową.
Dodatkową opłatę wliczoną w koszty przejazdu zapłaci oczywiście klient.
Dziękuję za rozmowę
