Państwo wykluczonych

Ktoś, opisując Polskę za rządów Donalda Tuska, zauważył, że tzw. układ
pracuje na wielkich liczbach. Czas dowodzi, jak bardzo trafna jest ta uwaga. A
to znaczy, że wielcy będą jeszcze bardziej wyniesieni, a malutcy mogą zapomnieć,
że żyją. Niech no tylko jeszcze dobiegnie końca "dorzynanie watahy"… Taka
filozofia niektórych raduje, innych bardzo niepokoi.

Obserwując działania rządu Donalda Tuska, coraz lepiej widać, jak premier i jego
ministrowie coraz nachalniej dobierają się do naszych kieszeni. Zresztą nie
chodzi tylko o kieszenie. Jeszcze cztery lata temu nikt nie zaryzykowałby
stwierdzenia, że gdy Platforma dojdzie do władzy, to zagrożone będą prawa i
swobody obywatelskie, wolność słowa i wypowiedzi. Kibice na stadionach za słowo
"matoł" będą zatrzymywani, a o szóstej rano mieszkania blogerów i prowadzących
strony internetowe nawiedzać będą ósemkami, pod bronią, funkcjonariusze Agencji
Bezpieczeństwa Wewnętrznego. A miało być tak dobrze: "Jeszcze będzie
przepięknie, jeszcze będzie normalnie" – śpiewał Donaldowi Tuskowi lider zespołu
Tilt.

Obiecanki cacanki

Pamiętamy eksposé premiera – trwało ponad trzy godziny, zawierało dziesiątki
obietnic, a w refrenie kuszącej pieśni nade wszystko słychać było słowo
"miłość". Polska jawiła się jako kraina szczęśliwości – nareszcie bez PiS – z
pomysłem bonu oświatowego, dokończeniem reformy administracji publicznej i
finansów publicznych, uproszczeniem przepisów budowlanych, jednym okienkiem do
rejestracji działalności gospodarczej i w ogóle życia w normalności. Nic z tego
nie wyszło? To nie szkodzi, kto by tam pamiętał o podatku liniowym czy podatku
Belki. Warto przypomnieć: w Polsce zarobione pieniądze, po wielokroć
opodatkowane, gdy przyniosą zysk z lokaty (bardzo nisko oprocentowanej) muszą po
raz kolejny, w kwocie 19 procent, wrócić do Skarbu Państwa. Trudno znaleźć kraj
w Europie, który tak łupiłby swoich obywateli. Czy można się dziwić, że ponad 80
proc. Polaków nie ma ani grosza oszczędności?
Na etapie zapowiedzi pozostają do dziś zapewnienia dotyczące upowszechniania
internetu. A od niedawna dzieci w szkołach żyją obietnicą własnego komputera –
to nic, że bez oprogramowania. To nic, że urządzenie będzie nadawało się jedynie
do kosza na śmieci. Bo czy jest sens, by dziecko już od najmłodszych lat
zabijało czas grami komputerowymi cofającymi je w rozwoju? Za to mamy zapaść
polskiego przemysłu stoczniowego, przemysłu ciężkiego, rozłożono na łopatki
edukację, służbę zdrowia.
Całkiem niedawno 5 mld zł z budżetu państwa wyjęto na obsługę nowego zaciągu
75-tysięcznej armii urzędników. Aby taki lud wyżywić – pewnie wierny Platformie
w wyborach – podwyższono stawki podatku VAT, przynosi on do Skarbu Państwa kwotę
dokładnie 5 mld złotych. Doskonale też mają się KRUS, wszystkie ciała mu
podległe oraz właściciele setek hektarów ziemi. A przyszli emeryci z miast mogą
liczyć na jedną trzecią swojej obecnej pensji. Przy zarobku 1500 zł oznacza to –
jak łatwo obliczyć – 500 zł emerytury. To jest ok. 125 euro. Warto przypomnieć,
że Grecy wyszli na ulice i palili wszystko, co było na drodze, na wiadomość, że
ich emerytury wynosić mają 1000 euro. Ceny towarów w Polsce wielokrotnie
przewyższają ceny takich samych towarów w Niemczech i innych krajach unijnych,
jednak pensje Polaków są cztero- czy pięciokrotnie niższe. Praca, choćby w
edukacji czy służbie zdrowia, oznacza w przyszłości dobrowolne skazanie się na
życie na granicy śmierci głodowej. Bo czy można utrzymać się i wyżyć za 500
złotych? Już słyszymy, że banki oferują świetny "deal" – emeryci posiadający
własnościowe mieszkania będą mogli mieć kilkaset dodatkowych złotych do
emerytury, jeśli po śmierci oddadzą bankowi swoje mieszkanie. Ale jak młodzi,
którzy np. pracują w szkole za 1500 zł pensji, mają zapewnić sobie za 200 lub
300 tys. zł dach nad głową? W Warszawie, gdzie metr kwadratowy mieszkania
kosztuje 8-10 tys. zł, nauczyciel może marzyć jedynie o wynajmie i – jak pisał
Leopold Tyrmand w zamierzchłym PRL – przemieszkiwać kątem. Jak ma w tej sytuacji
rozwijać się rodzina i mają na świat przychodzić dzieci? Kilka dni temu
trzydziestopięcioletniej kobiecie z Gdyni urzędnicy zabrali półtoramiesięcznego
syna, bo stwierdzili, że jest… za biedna. Zdruzgotana decyzją matka walczy o
odzyskanie dziecka.

Budowlana ruina

Wśród obietnic rządowych słyszymy o budowie orlików, mają jeszcze być stadiony i
autostrady. Choć już dziś głośno się mówi o tym, że stadiony po mistrzostwach
będą utrzymywane z budżetu państwa. A autostrady…? To wciąż iluzja, około 200
mln zł wrzucono w błoto na obwodnicę augustowską, której budowę rozpoczęto, a
potem wstrzymano. Gigantyczną kwotę zapłaciliśmy w Warszawie za przedłużenie o
10 km trasy Armii Krajowej przez Bemowo do autostrady. Z 300 mln cena wzrosła do
ponad 2 mld 150 mln zł (kwota kuriozalna!). Na dodatek okazało się, że oddany do
użytku fragment drogi to bubel. Mimo że kilometr kosztował ponad 200 mln zł,
nowa droga wciąż wymaga napraw. Ale mamy za to, już uchwalony na przyszły rok –
fikcyjny, co prawda – budżet państwa. Więc kolejny sukces odtrąbiono w
mediach…
Dotychczas, kiedy Platformie Obywatelskiej szło gorzej, jej politycy i
zaprzyjaźnione media udowadniały, że winne są światowe trendy gospodarki,
kryzysy globalne, bankructwa bankowych potentatów, załamania i krachy na
światowych giełdach. W ostateczności, gdy i ta argumentacja zawodziła,
powoływano się na powodzie, tsunami, trzęsienia ziemi, światowy terroryzm. Czy
ta metoda sprawdzi się do końca?
Bo trudno zaprzeczyć, że czego Donald Tusk i jego ekipa się dotknie, obraca się
w ruinę. Jakiś czas temu oglądaliśmy wielką radość prominentnych działaczy
Polskiego Związku Piłki Nożnej fetujących decyzję o mistrzostwach Euro 2012.
Cieszył się też bardzo pan premier – żaden inny dotąd tak sprawnie nie biegał za
piłką jak on. A jednak dziś nawet "zaprzyjaźnione media" coraz częściej – choć
wciąż nieśmiało – pytają: "Czy z Euro nie będzie wielkiej kompromitacji?".
Niezawodne są za to państwowe urzędy, policja, straż miejska, celna, skarbowa i
inne państwowe służby. Jednostka w starciu z nimi jest niczym. Nakładają na
obywateli drakońskie i bezwzględne kary za najdrobniejsze przewinienia. Na
przykład w Toruniu za jazdę tramwajem z nieważnym biletem kara wynosi 80 zł,
jednak już po 48 godzinach kara się podwaja. Poczta Polska – choć i jej też
wkrótce ma nie być – jeszcze jakoś funkcjonuje i dostarcza materiały z
fotoradarów pod wskazany adres. Premier Tusk ogłosił zwiększenie prędkości na
drogach ekspresowych i autostradach, chociaż ani jednych, ani drugich właściwie
nie ma. Za to pełno dróg, po których poruszanie się autem zapewnia nieustanne
wizyty w serwisie. O cenie benzyny nawet nie warto wspominać. W stolicy o
warunkach parkowania i ogólnej sytuacji przemieszczania się przez miasto
jakimkolwiek pojazdem – też lepiej nie mówić. Najlepiej wyrejestrować samochód i
przerzucić się na rower, choć przy braku rowerowych ścieżek może to być
śmiertelnie niebezpieczne.

Strach – lek na wszystko

Premier i jego ekipa, w ogólnej sytuacji zapaści i dryfu państwa, utraty
sterowności państwowych służb, niewydolności władzy sądowniczej, musieli się
mocno zastanawiać nad tym, jak sprawić, aby obywatele kary pokornie przyjmowali,
płacili i ogólnie mieli respekt wobec funkcjonariuszy państwa. Uznano, że
obywatela trzeba podejść od strony emocjonalnej. Sprowadzeni z Zachodu eksperci
i wszelcy spin doktorzy to potwierdzili. Wiadomo – Polak typ uczuciowy. Niech
sobie popłacze, innym razem pośmieje, trzeba mu dać dużo rozrywki i rozbujać na
emocjonalnej huśtawce. Ale najlepiej – nastraszyć. Nich się boi, wszystko jedno
czego. I telewizja, gazety, niech mówią i piszą, co będzie, jak PiS znów dojdzie
do władzy. Niektórym redakcjom – od dekad żyjącym w lęku przed "demonami
polskiego patriotyzmu" – nie trzeba było tego tłumaczyć. Ale najlepiej niech
Polacy boją się państwa prawa. Przypomnijmy drakońską karę dla pani, która w
punkcie ksero, nie wydając paragonu fiskalnego, nie odprowadziła na rzecz
państwa trzech groszy, lub piekarza, którego puszczono z torbami za to, że
czerstwy chleb oddawał ubogim.

ABW o szóstej rano

Niech obywatel liczy każdy grosz do pierwszego, a jeśli jakiś pętak zechce
prowadzić satyryczne strony internetowe, w których będzie kpił – nie daj Boże, z
prezydenta RP i jego urzędników – nasłać mu do domu służby specjalne. Wtargną o
szóstej rano, zabiorą komputer i przeszukają mieszkanie – łącznie z piwnicą. I
niech się takiemu wichrzycielowi i jemu podobnym raz na zawsze odechce bawić w
internet. ABW to służby specjalne, poważne – 4,5 tys. zdrowych urzędników na
państwowym wikcie musi mieć zajęcie. A ich szef, Krzysztof Bondaryk, już pewnie
prowadzi nowe, mrożące krew w żyłach akcje. Pamiętajmy, że w Unii Europejskiej
polskie służby inwigilują swoich obywateli w stopniu najwyższym.
A media, jak zwykle – gdy zajdzie potrzeba – będą narkozą i znieczulaczem.
Czarne będzie białe, a białe czarne… Byłoby najlepiej, gdyby obywatele nic nie
widzieli i nie słyszeli. Na aparat słuchowy na Suwalszczyźnie (gdzie indziej nie
jest lepiej) czekać trzeba cztery miesiące, a na operację zaćmy – dwa lata.
Jesteśmy więc na dobrej drodze… Wychodzi na to, że na polskiej zielonej wyspie
najlepszy jest obywatel, który nie widzi, nie słyszy, nie potrzebuje mieszkania,
pensji, pracy… W ogóle niczego nie potrzebuje i nie pyta o to, co państwo mu
zaoferuje, ale sam proponuje… Może za przykładem moskwiczan wyjść na ulicę i
wykonać na cześć premiera specjalny układ taneczny – w Moskwie na cześć Dmitrija
Miedwiediewa tak właśnie zrobiono. Może też za wzór postawić sobie inny kraj,
choćby Koreę Północną, i każdego ranka przy gimnastyce wykonać kilka skłonów w
intencji pana premiera.
Zwłaszcza że Donald Tusk wykazuje się wyjątkową przenikliwością. Niedawno
zafundował Polakom, za ich pieniądze, nowe stanowisko w Kancelarii Prezesa Rady
Ministrów do spraw osób wykluczonych. Pewnie obejmie kuratelą także prowadzących
strony internetowe w rodzaju AntyKomor.pl, słuchaczy Radia Maryja, pacjentów
publicznych szpitali i przychodni zdrowia, a w przyszłości 99 proc. wszystkich
Polaków. Bartosz Arłukowicz, który objął to stanowisko, jeszcze pewnie nawet nie
wie, jak potężny oręż dostał w prezencie od pana premiera.
 

Dr Hanna Karp

Autorka jest medioznawcą, wykładowcą w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i
Medialnej w Toruniu.

drukuj