Modernizacja czy rozwój? Pytania o przyszłość Polaków
Kiedy słyszę i czytam, że modernizacja Polski wymaga poważnych zmian
mentalności Polaków, przypominam sobie pewnego holenderskiego profesora
ekonomii, który rozpoczął wykład w moim instytucie od zdania: ekonomista, który
obiecuje społeczeństwu zamożność pod warunkiem zmiany mentalności, jest
ideologiem, a nie ekspertem. Jeśli wierzyć medialnym autorytetom, to zamożność
wymaga laicyzacji, relatywizmu, pamięci o możliwie wszystkich ofiarach
totalitaryzmu – poza polskimi – oraz rezygnacji z "chorobliwego" patriotyzmu.
Możemy więc być kimkolwiek, byle nasza mentalność stała się "niepolska".
Modernizacja jest dla mnie ideologicznym zawołaniem nowo-starych inżynierów
społecznych obiecujących raj na ziemi pod warunkiem, że damy im władzę i
pozwolimy realizować scenariusze postępu. A dla mnie na przykład modernizacja
kolei wymaga wymiany gorszych torów na lepsze, brudnych i zdezelowanych wagonów
na bardziej nowoczesne, wygodne i bezpieczne oraz stworzenia rozkładów jazdy,
które zgadzają się z kursowaniem pociągów. Nie sądzę, by konieczne było także
"zmodernizowanie świadomości pasażerów", wystarczą nowoczesne tory, pociągi i
dworce.
Peter L. Berger w swojej "Rewolucji kapitalistycznej" bardzo przekonująco
formułuje tezę o pewnej szczególnej różnicy między kapitalizmem a socjalizmem.
Ten pierwszy jest praktyką działalności gospodarczej, ten drugi – wyłącznie
doktryną i projektem ideologicznym. Kapitalizm, prywatna własność i wolny rynek
to naturalne warunki działalności gospodarczej, zaś "ekonomia socjalizmu", ta
nauczana i stosowana w PRL, to sztuczny, wymagający stosowania przymusu twór,
który w wolnym kraju i demokratycznym systemie nigdy nie jest praktykowany.
Dlatego gospodarka szwedzka, traktowana często przez polskich "wolnorynkowców"
jako przykład "zachodniego socjalizmu", dla P.L. Bergera jest przykładem
kapitalistycznego systemu produkcji, który od innych kapitalistycznych systemów
różni się jedynie zasięgiem instytucji państwa opiekuńczego. Nie jest to "żadna
trzecia droga, jest to wariant drogi pierwszej (tj. kapitalistycznej). Z gruntu
mylne jest traktowanie jej jako odmiany socjalizmu…".
Dlatego pytania o konieczność pogodzenia "wyzwań rozwojowych" z "potrzebami
społecznymi", "tradycji z nowoczesnością" traktuję jako przykład myślenia rodem
z PRL. To w tamtych czasach trzeba było sprostać "wyzwaniom rozwojowym
socjalizmu", nawet kosztem "potrzeb społecznych". Podobnie polska tożsamość
zwana w PRL "tradycją" lub zamiennie "zacofaniem" była dla modernizacji Polski
na wzór sowiecki zagrożeniem. Nie było dla niej miejsca w zmodernizowanym,
socjalistycznym raju.
Echa kolonializmu
Jeśli naprawdę przyznajemy komuś prawo do konstruowania i wprowadzania w życie
"scenariuszy modernizacyjnych dla Polski" wymagających zmian naszej świadomości,
to jesteśmy wciąż zanurzeni w PRL po uszy. Jeśli uwzględnianie potrzeb wyborców
jest dla nas "uleganiem populizmowi", a zamożność Polaków – celem mniej ważnym
niż modernizacja, to nic dziwnego, że konkretne problemy, np. w służbie zdrowia,
komunikacji kolejowej, przy budowie autostrad, w systemie emerytalnym czy
polityce rodzinnej, nie są rozwiązywalne.
Nasi tzw. fachowcy, zamiast działać, dyskutują "modernizacyjne scenariusze dla
Polski" i zastanawiają się, czy jest możliwe godzenie ze sobą religijności z
przedsiębiorczością lub innowacyjności z moralnością.
Pozwolę sobie przypomnieć, że teoria modernizacji swoje sukcesy w nauce,
polityce i mediach odnosiła przede wszystkim w latach 60., gdy kraje tzw.
Trzeciego Świata startowały po okresie kolonializmu do wyścigu o gospodarczy i
polityczny sukces. U podstaw ówczesnej teorii modernizacji tkwiło przekonanie,
że rozwój zawsze oznacza przechodzenie od społeczeństwa "tradycyjnego", przez
formy pośrednie, do społeczeństwa "nowoczesnego" oraz że społeczeństwa
tradycyjne muszą się "podciągnąć" do poziomu rozwiniętych społeczeństw
zachodnich, naśladując rozwiązania przyjęte przez innych.
Modernizacja zawsze jest procesem odgórnym, sterowanym i stymulowanym z
zewnątrz. Jak zauważa prof. Piotr Sztompka, modernizacja to zbliżanie się
społeczeństwa w sposób zamierzony, celowy, planowany do uznanego modelu
nowoczesności, najczęściej do wzorca jakiegoś istniejącego społeczeństwa
uważanego za nowoczesne. Trudno uwolnić się od wspomnień o obietnicach sprzed
1989 roku i po nim. W czasach PRL musieliśmy "zbliżać" się do przodującej
gospodarki Związku Sowieckiego. Potem, pozostając w tym samym schemacie
myślenia, budować "drugą Japonię", Irlandię, a w popularnych piosenkach – San
Francisco. Teraz, w czasach transformacji ustrojowej, mamy budować
postindustrialne i ponowoczesne społeczeństwo.
A moim zdaniem, chodzi o rozwój społeczno-gospodarczy Polski, sprawną demokrację
i uczciwe, sprawiedliwe oraz silne (tak!) państwo. Przyznam, że od Polski
zmodernizowanej wolę Polskę zamożnych, wolnych, szczęśliwych Polaków, którym
bezpieczeństwo, nieźle opłacaną pracę, edukację, służbę zdrowia, emerytury,
sprawną infrastrukturę komunikacyjną i społeczną gwarantuje nie tylko wolny
rynek, lecz także dobrze działające własne państwo, w którym równie dobrze jak
przedsiębiorcy czują się pracownicy ich firm, konsumenci, rolnicy, czyli po
prostu możliwie wszyscy obywatele.
Kapitał tradycji
Po co zmieniać mentalność ludzi, którzy wykazali się na trudnej drodze ku
niepodległości, wolności i demokracji zarówno odwagą, jak i kreatywnością,
przedsiębiorczością oraz zdolnością do ponoszenia ryzyka? Mówią nam, że
warunkiem modernizacji ma być "zanik tradycyjnego społeczeństwa". Czy nasz
(nawet jeśli niepełny) sukces w "obalaniu komuny" zawdzięczamy "nowoczesności
naszych postaw", czy raczej tradycji, która sprawiła, że uważnie słuchaliśmy
nauczania Jana Pawła II oraz duszpasterzy towarzyszących ludziom "Solidarności"?
Czy w drodze do 1989 r. kierowaliśmy się patriotyzmem i pamięcią o
demokratycznej, wolnej Polsce, czy normami typowymi dla społeczeństw, jak piszą
socjologowie – "postnowoczesnych"?
Drogi zwieńczonego sukcesem rozwoju społeczno-gospodarczego konkretnych narodów
są zawsze "własne", endogenne, autonomiczne, nawet jeśli podobne czy identyczne
są narzędzia tego rozwoju, takie jak internet, nowe technologie czy źródła
energii.
Dzisiaj szczególnie modny w konstruowaniu idealnych scenariuszy rozwoju
społeczno-gospodarczego jest "kapitał społeczny", czyli normy współpracy,
umiejętność współdziałania na rzecz innych, wzajemne zaufanie oraz zdolność do
samoorganizacji w stowarzyszeniach i organizacjach pozarządowych. Ponieważ
wyniki wielu sondaży pokazują, że poziom zaufania do innych ludzi jest w Polsce
znacznie niższy niż np. w krajach skandynawskich, szybko powstała kolejna
"dyrektywa modernizacyjna", która brzmi: dopóki Polacy nie zaczną sobie
wzajemnie ufać, dopóty żadna "modernizacja" nie będzie im dana… Począwszy od
prof. Janusza Czapińskiego po prof. Piotra Sztompkę, przy wsparciu licznego
grona socjologów, media uderzają w lament nad Polakami, którzy nie chcą sobie
wzajemnie ufać.
Skąd wzięła się ta szczególna, podobno typowo polska, mentalna przeszkoda –
nieufność?
Zdaniem Francisa Fukuyamy, tworzeniu i przekazywaniu wartości współtworzących
kapitał społeczny służą stabilne (!) mechanizmy i takie instytucje, jak
tradycja, religia i obyczaje. Przyczyny słabości kapitału społecznego tkwią,
jego zdaniem, w strukturach państw socjalistycznych i komunistycznych, które
wbrew własnym deklaracjom wzmacniały jednostkowy egoizm. Gromadzenie kapitału
społecznego i budowanie klimatu zaufania to skomplikowany i nie do końca zbadany
proces kulturowy. Polityka państwa może go wzmacniać lub niszczyć, jeśli
zaufanie publiczne uległo destrukcji, odbudowa jest trudna, a metody nieznane.
Państwo, jak pisze Fukuyama, może pomóc, ale skala i skuteczność tej interwencji
zależą od kultury i struktury danego społeczeństwa.
Jeśli tak, to im więcej w III RP peerelowskich resentymentów, tym słabszy musi
być kapitał społeczny i niższy poziom wzajemnego zaufania. Że nie jest to tylko
hipoteza, pokazują porównania wskaźnika poziomu społecznego zaufania w różnych
państwach. Okazuje się, że zaufanie do siebie ma 68 proc. Szwedów, 59 proc.
Finów, 54 proc. Szwajcarów, 42 proc. Niemców z zachodniej części kraju, 32 proc.
Niemców z części wschodniej. Podobnie źle jak w Niemczech wschodnich jest w
krajach dawnej sfery wpływów ZSRS, czyli komunizmu. Ufa sobie tylko 22 proc.
Bułgarów, 20 proc. Rumunów, 26 proc. Polaków oraz 15 proc. Serbów.
Czy to dziwne, że w krajach, w których do niedawna kontrolowano korespondencję i
poglądy, w których wsadzano do więzień za niechęć do "socjalistycznego ustroju",
ludzie nie ufają sobie tak jak Szwedzi czy Finowie? Może Fukuyama ma rację, że
niski poziom kapitału społecznego to nie wadliwa mentalność np. Polaków, lecz
dramatyczny spadek po komunizmie.
Mam wrażenie, że dla klimatu zaufania lub nieufności kluczowe znaczenie mają
stabilne i demokratyczne rządy oraz uczciwe i sprawiedliwe państwo. Sondaże
pokazują, że im bardziej zadowoleni z demokracji są obywatele danego państwa,
tym bardziej ufają sobie nawzajem. Im mniejszy jest w ich krajach poziom
korupcji, tym wzajemne zaufanie i poziom kapitału społecznego wyższy. Może więc
potrzebujemy nie tyle "modernizacyjnych scenariuszy", ile uczciwych polityków,
sędziów, prokuratorów i przedsiębiorców? A także dziennikarzy, rzecz jasna, o
których coraz trudniej w III RP.
Odrzucić ideologię
Czy nieprawdopodobna sprawa porwania i zamordowania Krzysztofa Olewnika nie jest
najlepszym dowodem na to, że wolny rynek, przedsiębiorczość i ekonomiczny rozwój
są w Polsce w rękach skorumpowanych polityków, prokuratorów i policjantów? Jaka
lekcja wynika z faktu, że wśród prowadzących tę sprawę awansowali nie ci, którzy
próbowali prowadzić normalne śledztwo, lecz ci, którzy je gmatwali? Dzisiaj
żadnemu przedsiębiorcy, który dostanie propozycję "nie do odrzucenia", nie
przyjdzie do głowy odmówić. On już wie, jakie są reguły gry. Dzisiaj usunąć z
policji i prokuratury tych, którzy mataczyli, jest znacznie trudniej, przez lata
otoczyli się zapewne sobie podobnymi, a korupcja i nadużycia mają znacznie
lepszą ochronę niż wtedy, gdy jeszcze nie wiedzieliśmy, jak działa polskie
państwo.
Dlatego piszących scenariusze modernizacji zachęcam do konsekwentnej walki z
korupcją, poprawiania kondycji demokracji, do możliwie zdecydowanego odcięcia
się od minionego, totalitarnego systemu. Wychowywanie Polaków – zgodnie z
wytycznymi modernizacji – czyli: "pamiętajcie, macie ufać sobie nawzajem",
pozostawmy sierotom po PRL. Może w 2011 r. warto pamiętać, że znacznie lepszą
lekcję na temat naszej "mentalności" dał nam 20 lat temu Jan Paweł II w czasie
pielgrzymki nazwanej przez "modernizatorów" kontrowersyjną. Bo Jan Paweł II
przypomniał nam, że to od Dekalogu zależy przyszłość świata.
Może warto też przypomnieć zwolennikom marksistowskiego zawołania: "byt określa
świadomość", że pewien zupełnie inny myśliciel, Max Weber, twierdził, że
kapitalizm zrodził się nie z "bytu", tylko ze świadomości, czyli
protestanckiego, purytańskiego etosu, który spowodował niebywałą kumulację
kapitału w wyniku ograniczanej z powodów etycznych i religijnych konsumpcji.
Innymi słowy, nie tyle chciwość, ile powściągliwość przyczyniła się do "wybuchu
kapitalizmu", zamożność buduje nie "wolność od norm i ograniczeń", lecz
przestrzeganie "tradycyjnych" wartości chrześcijańskich.
Dlatego proponuję debatować w Polsce nad rozwojem społecznym i gospodarczym
kraju, którego celem jest poszerzenie zasięgu zamożności Polaków, swobód
obywatelskich, zbudowanie sprawnego, suwerennego i uczciwego państwa z dobrze
funkcjonującą demokracją. Nad prywatyzacją – lub nie – Lotosu i służby zdrowia,
nad zapewnieniem Polakom zysków z eksploatacji gazu łupkowego, nad systemem
szkolnictwa i nauki, nad emeryturami, nad płatnościami bezpośrednimi w
rolnictwie i polityką spójności. Podtrzymuję propozycję wyrzucenia z języka
debaty publicznej "scenariuszy modernizacyjnych" czy "rozwojowych wyzwań" i
skupienie się na problemach, które rozwiązać trzeba już dziś.
Ale to wymaga rezygnacji z radosnej twórczości demiurgów, z pisania idealnych i
wielce teoretycznych scenariuszy modernizacyjnych dla Polski i zajęcia się losem
zwykłych, normalnych Polaków, a nie ich niedoskonałą "świadomością".
Dr Barbara Fedyszak-Radziejowska
Autorka jest socjologiem, pracownikiem Instytutu Rozwoju Wsi i Rolnictwa
PAN, przewodniczącą Kolegium Instytutu Pamięci Narodowej.
