Kto kogo naciska

O zaprzestanie nacisków na prokuraturę, mających na celu doprowadzenie do
skazania autorów książki "Smoleńsk. Zapis śmierci" za ujawnienie informacji z
postępowania przygotowawczego, zwrócił się do "Naszego Dziennika" Wiktor
Świetlik, dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia
Dziennikarzy Polskich. Autor prośby nawet nie próbował zweryfikować swojej
wiedzy ani w prokuraturze, ani w redakcji "Naszego Dziennika", a – jak sam
przyznał – tezę o rzekomych naciskach wysnuł na podstawie informacji o "piśmie",
jakie redakcja skierowała do prokuratury. Tyle że nie było to "doniesienie", a
dziennikarskie zapytanie – pytaliśmy, czy kolportowanie książki reklamowanej
przez autorów jako powstałej w wyniku czynu zagrożonego karą dwóch lat więzienia
może nieść negatywne skutki dla księgarzy.

"Proszę Państwa o zaprzestanie nacisków na prokuraturę, mających na celu
doprowadzenie do skazania dziennikarzy Michała Krzymowskiego i Marcina
Dzierżanowskiego, autorów książki 'Smoleńsk. Zapis śmierci’, z art. 241 Kodeksu
Karnego, grożącego karą 2 lat więzienia za ujawnienie informacji z postępowania
przygotowawczego. Za przyznanie się do takiego pośredniego nacisku traktuję
następującą informację pochodzącą z 'Naszego Dziennika’: 'Śledztwo ma swoją
genezę w piśmie, jakie �Nasz Dziennik’ skierował do warszawskiej prokuratury
okręgowej. Poprosiliśmy w nim o odpowiedź, czy kolportowanie książki
reklamowanej przez samych autorów jako złamanie prawa może mieć negatywne skutki
dla księgarzy’" – napisał Wiktor Świetlik, dyrektor Centrum Monitoringu Wolności
Prasy SDP. Jak dalej ocenił, "próba dyskredytowania ich [autorów książki – red.]
przez naciski na prokuraturę jest łamaniem zasad elementarnej solidarności
koleżeńskiej, która jest przecież częścią etyki zawodowej", a sam "Artykuł 241
k.k. i jego stosowanie w dzisiejszej Polsce są wysoce kontrowersyjne i
postrzegane jako środek ograniczania wolności słowa".

Nie zweryfikował, tylko wysnuł

Wiktor Świetlik w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" potwierdził, że zarzucane
redakcji naciski na prokuraturę wynikały wyłącznie z opublikowanego tekstu i nie
były one weryfikowane ani w prokuraturze, ani w redakcji "Naszego Dziennika".
Jak zaznaczył, w obliczu różnicy światopoglądów winniśmy toczyć spór
publicystyczny, a nie "wysyłać listy po prokuraturach, żeby ścigać tę książkę".
Pytany, skąd wnioskuje o rzekomej aktywności redakcji w tej sprawie, przyznał,
że z naszej publikacji można było wysnuć, iż bardzo dokładnie interesowaliśmy
się działaniami prokuratury.
– Nie chcę zarzucać panu Świetlikowi złej woli, ale generowanie sztucznej afery
z rutynowej czynności dziennikarskiej, jaką jest wysyłanie pytań do różnych
instytucji, w tym prokuratury, bicie piany z tego powodu jest niepoważne.
Podkreślam, pytań, nie doniesień o podejrzeniu popełnienia przestępstwa, bo
takowego nie było. Nikt o kajdany dla pana Krzymowskiego się nie dopominał –
mówi Katarzyna Orłowska-Popławska, zastępca redaktora naczelnego "Naszego
Dziennika". – Zarzutu jakoby "nacisku" na prokuraturę w tej sprawie nie warto w
ogóle komentować. Odsyłam zresztą pana Świetlika i wszystkich zainteresowanych
do prokuratorów. Warto może ich samych zapytać, czy czują się "naciskani" przez
"Nasz Dziennik" – dodaje. – Co do rzekomego braku solidarności dziennikarskiej,
to przykład braku reakcji po zatrzymaniu naszych reporterów w Moskwie w lutym
br. świadczy, że ta zasada działa selektywnie, tylko w jedną stronę. Przypomnę,
że Polska Agencja Prasowa odmówiła zamieszczenia komunikatu o konferencji
prasowej na lotnisku, po ich powrocie z Moskwy. Na pytanie dlaczego, usłyszałam
"merytoryczne": bo tak zdecydował redaktor. Dzień przed dysertacją Centrum
portal Press cieszył się ze skazującego "Nasz Dziennik" wyroku sądu w procesie z
powództwa TVN. Więc pytam pana Świetlika: gdzie ta solidarność? Może Centrum
pochyli się nad tą sprawą. Mechanizm jest prosty: kiedy trzeba przyłożyć Radiu
Maryja, to w medialnych komentarzach obowiązuje parytet legalizmu prawnego nad
wolnością słowa i tzw. solidarnością dziennikarską, kiedy "Nasz Dziennik" wysyła
pytania do prokuratury, to okazuje się, że obowiązuje parytet tzw. solidarności
nad legalizmem. To przejaw wyjątkowej hipokryzji – kwituje Orłowska-Popławska.

Wydumane naciski

Oto jak wyglądały fakty: 18 kwietnia br. w rozmowie telefonicznej z prok.
Lewandowską "Nasz Dziennik" zapytał o to, jak śledczy badający okoliczności
wycieku akt śledztwa smoleńskiego (postępowanie w sprawie ujawnienia informacji
z postępowania przygotowawczego w publikacji w tygodniku "Wprost" było wówczas w
toku) interpretują działania autorów książki "Smoleńsk. Zapis śmierci", którzy
reklamują swoje dzieło jako złamanie prawa, i czy księgarnie – mając taką
rekomendację autorów – podejmując się sprzedaży książki, mogą złamać prawo.
Prokuratura nie dysponowała ani książką, ani jej reklamą i nie była w stanie
udzielić nam odpowiedzi. Licząc na komentarz prokuratury w interesującej nas
sprawie, przesłaliśmy prok. Lewandowskiej link do strony internetowej, gdzie
reklamowana była książka, oraz treść zamieszczoną przez wydawcę na obwolucie:
"Za napisanie tej książki grozi nam do dwóch lat więzienia – prokuratorzy
twierdzą, że ujawniamy w niej tajne informacje. To paradoks, bo śledztwo zostało
wszczęte, jeszcze zanim 'Smoleńsk. Zapis śmierci’ trafił do księgarń.
Prokuratorzy mają rację. Rzeczywiście dotarliśmy do 57 tomów akt śledztwa
smoleńskiego i dokładnie je przestudiowaliśmy. Rozmawialiśmy z kilkudziesięcioma
naocznymi świadkami katastrofy, bliskimi ofiar i ludźmi znającymi kulisy tych
wydarzeń. To wszystko złożyliśmy w pierwszą fabularyzowaną rekonstrukcję
największej polskiej tragedii po II wojnie światowej".
Redakcja jednak nie otrzymała z prokuratury komentarza w sprawie księgarzy.
Zamiast tego 21 kwietnia br. prokuratura z własnej inicjatywy przysłała nam
informację, że nasze pismo zostało przekazane do Wojskowej Prokuratury Okręgowej
w Warszawie "celem rozpoznania w zakresie ewentualnego popełnienia przestępstwa
z art. 241 § 1 k.k.". Informację tę pozostawiliśmy bez rozgłosu. Nie
interweniowaliśmy ani w prokuraturze wojskowej, ani w cywilnej. Podobnie zresztą
stało się 4 maja 2011 roku w przypadku kolejnego pisma, jakie z urzędu
dostarczyła nam Wojskowa Prokuratura Okręgowa w Warszawie, w którym to
prokuratura cywilna została poinformowana o odesłaniu omyłkowo przekazanej WPO
korespondencji "Naszego Dziennika".
Drugi kontakt redakcji z prokuraturą związany z książką znalazł swoje odbicie
dopiero w publikacji z 12 maja br., w której prok. Lewandowska wyjaśniała nam, z
jakich powodów nasze pytanie dotyczące książki zostało przekazane prokuraturze
wojskowej.
Następnie 23 maja br. prokuratura cywilna – ponownie z urzędu – przysłała nam
pismo, informując o wszczęciu śledztwa w sprawie książki. To sprowokowało nasz
trzeci kontakt z prokuraturą w tej sprawie. Zapytana wówczas o powód podjętych
przez śledczych działań, które stały się odpowiedzią prokuratury na nasze
zapytania dotyczące innego problemu, prok. Lewandowska wyjaśniła nam, iż
prokuratura tak funkcjonuje i na tego rodzaju sygnały musiała zareagować z
urzędu.

Upominają "jak" czy "kogo" trzeba?

Świetlik, tłumacząc powody swojego wystąpienia, zaznaczył, że autorzy książki
już wcześniej sygnalizowali swoje problemy z prokuraturą i m.in. dlatego zwrócił
uwagę na naszą publikację. Zapytaliśmy zatem, czy CMWP zajmie się obroną
wolności słowa i zareaguje chociażby w sprawie procesów wytaczanych redakcji
"Naszego Dziennika" przez TVN. – Zwróćcie nam uwagę na swoje sprawy i
niewątpliwie się nad nimi pochylimy – zaznaczył Świetlik. Jak dodał, Centrum
jest zasadniczo przeciwko stosowaniu w sporach dziennikarskich przepisów prawa
karnego i w sytuacjach rażących możemy liczyć na apele CMWP. – Jako Centrum nie
uchylamy się od interwencji w żadnych tego rodzaju sytuacjach – zapewnił
Świetlik. Jak przypomniał, Centrum interweniowało w sprawie dziennikarzy
"Naszego Dziennika" zatrzymanych na terenie Federacji Rosyjskiej oraz
występowało np. do pełnomocnika red. Adama Michnika, by ten zaprzestał wytaczać
kolejne procesy polemistom Michnika.
Poprosiliśmy również Wiktora Świetlika o odpowiedź, czy przejawem "solidarności
dziennikarskiej" było zamieszczenie w książce fragmentów zaczerpniętych z
"Naszego Dziennika" bez podania źródła informacji. Szef CMWP uznał wówczas, że
jeżeli faktycznie doszło do takiej sytuacji, to byłoby to niestosowne. – Jeżeli
dokonywany jest plagiat, to jest w oczywisty sposób naganne. Jednakże podkreślam
tu słowo "jeżeli" – dodał.
Apel CMWP to nie pierwsze zbyt pochopne i niemające odzwierciedlenia w
rzeczywistości działanie podejmowane wobec "Naszego Dziennika". Wcześniej Rada
Etyki Mediów zarzuciła redakcji naruszenie zasad rzetelnego dziennikarstwa
poprzez podanie informacji na temat funkcjonariusza BOR Jacka Surówki (zginął w
katastrofie smoleńskiej), który miał dzwonić do żony zaraz po rozbiciu się
samolotu pod Smoleńskiem… REM nie zauważyła jednak, że jej oskarżenia dotyczą
sprawy, która nigdy nie miała swojego odzwierciedlenia na naszych łamach.
Wówczas Magdalena Bajer, przewodniczącą REM, pytana, czy czytała w "Naszym
Dzienniku" wytykany nam artykuł, zaprzeczyła i dodała, że słyszała o nim od
kolegów. Próbując wytłumaczyć swoje działania, Bajer argumentowała, że przecież
"Nasz Dziennik" pisze o katastrofie.
Warto wspomnieć tu również dziennikarską prowokację w sprawie rzekomo
antysemickich treści na wykładach o. Tadeusza Rydzyka, dyrektora Radia Maryja,
dla studentów Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu. Nagrania
ujawnił i przekazał prokuraturze tygodnik "Wprost".
 

Marcin Austyn

drukuj