SLD w ślepej uliczce

Legalizacja jednopłciowych związków, finansowanie zapłodnienia in vitro,
przyzwolenie dla narkotyków, walka z Kościołem, poparcie dla niemoralnej
kontrkultury stają się spoiwem programowym jednoczącym środowiska lewicy
"kawiorowej". Nie są jednak wystarczającym bodźcem dla milionów oczekujących
wsparcia w wyrównaniu nierówności społecznych. Wzrost biedy, bezrobocia i kryzys
gospodarczy, tradycyjnie uznawane jako szansa wzmocnienia partii lewicowych,
wcale nie muszą prowadzić do władzy socjalistów. Jeśli załamują się gospodarka i
państwo, gniew ludu zwraca się przeciw elitom politycznym jako takim, a na fali
tego niezadowolenia zwyciężyć może równie dobrze silna partia prawicowa, tak jak
stało się na Węgrzech.

Maj nie był dla lewicy szczęśliwym miesiącem. Socjalistyczny magnat Dominique
Strauss-Kahn, prezes Międzynarodowego Funduszu Walutowego, typowany na
przyszłego prezydenta Francji, trafił w USA za kraty z zarzutem usiłowania
gwałtu, a socjalistyczny celebryta Bartosz Arłukowicz zdradził swoją lewicową
partię i trafił do liberalnego rządu Donalda Tuska, który specjalnie dla niego
stworzył nowe ministerialne stanowisko. Oba te wydarzenia, tak odległe w
przestrzeni i wymiarze, ukazują symbolicznie sytuację, w jakiej znajdują się
lewicowe środowiska polityczne. Po pierwsze, jeszcze raz udowodnione zostało, że
z obroną biednych partie socjalistyczne nie mają wiele wspólnego, gromadząc
najbogatszych ludzi świata i wyróżniając się raczej promocją wyzwolenia od
wszelkich tradycyjnych norm moralnych. Po drugie, szczególnie wyeksponowana
została daremność trudu polskich towarzyszy usiłujących zachować kierownicze
wpływy w grupie trzymającej władzę. Jakieś wpływy, jakiś majątek pozostaną, ale
na trwałą władzę ma ochotę kto inny, kto zadecyduje, który towarzysz i na jakich
warunkach jest na danym etapie potrzebny.

Wyklęty powstań ludu ziemi
Sojusz Lewicy Demokratycznej ma zasadniczy problem ze stosunkiem do Platformy
Obywatelskiej. Partia Donalda Tuska upatruje bowiem swojej szansy w byciu
rodzimą wersją wiecznej partii władzy, niczym dzierżąca stery w Meksyku przez
ponad siedemdziesiąt lat Partia Instytucjonalno-Rewolucyjna. Platforma zajęła
więc to miejsce w polskiej rzeczywistości, którego chcieli dla siebie
postnomenklaturowi działacze lewicowi, a marzenie to przecięte zostało przez
konflikt z Adamem Michnikiem zakończony tzw. aferą Rywina. Im dłużej PO rządzi,
tym bliżej do platformerskiego establishmentu obrosłym w majątek dawnym
pezetpeerowcom i ich potomkom. Doskwiera im brak wpływu na władzę, są więc
gotowi czym prędzej stać się przystawką w koalicji PO – SLD albo wytargować od
Platformy kawałek realnego panowania dla siebie. Niewielu chce natomiast umierać
za SLD, zacisnąć zęby na długie lata i grać o całą pulę. Mają zbyt wiele do
stracenia i widzą, że poparcie dla ich partii – mimo katastrofalnych rządów PO –
nie chce przekroczyć kilkunastu procent.
W ciągu całej obecnej kadencji Sejmu w łonie SLD ścierały się frakcja
zwolenników przyklejenia się do PO, pod wodzą Wojciecha Olejniczaka, i frakcja
zwolenników samodzielności, skupiona wokół szefa Grzegorza Napieralskiego. Mimo
stosunkowo wysokiego poparcia w pierwszej turze wyborów prezydenckich, czym
ocalił swój fotel przywódcy, Napieralski nie potrafił uchronić partii od
dezintegracji. Nie docenił "atrakcyjności" Platformy jako formacji zapewniającej
dostęp do przywilejów i bezpieczeństwo kariery dla swoich kolegów. Bezideowość
PO jest zasadniczym ułatwieniem dla eseldowców, którzy nie przejmują się hasłami
ochrony najbiedniejszych. Każdy z polityków lewicy zadaje sobie przecież
pytanie: co dalej? Możliwy jest udział w koalicji rządowej z PO w roli słabszego
koalicjanta albo ponowne 4 lata w opozycji. Partia Napieralskiego będzie musiała
przyjąć, co dadzą i, jeśli dadzą, nie mogąc stawiać twardych warunków. O ile
bowiem Prawo i Sprawiedliwość wydaje się zahartowane w byciu opozycją, o tyle
środowiska lewicowe przez kolejne lata bez dostępu do władzy zmarnieją.
"Minister-pełnomocnik premiera ds. koordynacji współpracy organizacji
pozarządowych i administracji w przeciwdziałaniu wykluczeniu społecznemu" –
nazwa urzędu wymyślonego dla posła Arłukowicza jest ponurym żartem z SLD-owskich
środowisk. Mianowanie Arłukowicza ministrem rządu Tuska stanowi również wyłom w
dotychczasowej więzi wewnętrznej partii postkomunistycznej, gdzie wystarczającym
spoiwem była wspólna ochrona przywilejów uzyskanych na początku lat 90.

Powstańcie, których dręczy głód
Powstanie "Solidarności" w roku 1980 stanowiło kres mitu partii socjalistycznej
– obrońcy robotników. Już wcześniej, w roku 1956 w Poznaniu, w 1960 w Nowej
Hucie, w 1970 na Wybrzeżu władza ludowa pokazała ludowi pracującemu zbrodnicze
oblicze. W latach 60. ujawniło się najpełniej, że podstawowe pęknięcie przebiega
na płaszczyźnie religijnej. Ogromna większość Polaków nie mogła zaakceptować
socjalizmu z powodu jego walki z religią. Dla socjalisty człowiek tu, na ziemi,
miał kiedyś, w przyszłości, osiągnąć szczęście bez odniesienia do Boga. W drodze
do idealnego stanu ludzkości ofiarą stawały się prawda i wolność. Dla lewicowych
intelektualistów przyjeżdżających z zagranicy do Polski po Sierpniu ´80 szokiem
były krzyże i portrety Jana Pawła II zawieszane na bramach strajkujących
zakładów i w siedzibach wolnych związków zawodowych. Zadawano sobie pytanie, czy
oto rodzi się jakaś nowa, chrześcijańska lewica, czy przeciwnie, objawia się
ostateczny koniec świata socjalistycznego. Jedno było wiadomo – PZPR nie będzie
nigdy kierowniczą siłą dla tych ludzi.
Po roku 1989 towarzysze z PZPR stanęli na czele przemian ustrojowych, pokazując,
jak łatwo się wzbogacić i stać kapitalistą, dziedzicząc nomenklaturowe
przywileje z czasów PRL. Tymczasem w III RP pojawiła się ogromna rzesza nowych
"wykluczonych", o których tak żarliwie upominał się podczas swoich pielgrzymek
do Ojczyzny Jan Paweł II. Ludzi, którym nagle powiedziano, że przetrwają tylko
silni, sprytni i ustawieni w układzie. Reszta nie będzie mogła liczyć na
spokojną starość, wykształcenie dzieci, opiekę lekarską ani na sprawiedliwe
sądy. Jeżeli SLD wracał do władzy, to dlatego, że polscy wyborcy czuli się
zdradzeni przez nowych, solidarnościowych przywódców, a nie z powodu bardziej
wiarygodnych propozycji partii Millera i Oleksego. Ten mechanizm zużył się już,
SLD nie potrafi i nie chce dłużej udowadniać, że przejmuje się losem biednych.
Skoro lewicowcy są finansistami, właścicielami potężnych mediów, to nie mogą w
żaden sposób przedstawić się jako rzecznicy ubogich. Są jedynie bohaterami
zbiorowej wyobraźni rodem z serialu telewizyjnego, o których wyborcy dowiadują
się niczym o przygodach dr. House´a czy Michaela Jacksona.
Pozostaje aktualna ta sama od zawsze zasadnicza kwestia etyczna: nie można
kreować się na obrońcę słabych i równocześnie popierać zabijania poczętych,
starców i nieuleczalnie chorych, walczyć z prawdą. Lewica jest "królestwem
wewnętrznie podzielonym" i stąd bierze się jej niezdolność do porwania rzesz
pokrzywdzonych grup społecznych. Legalizacja jednopłciowych związków,
finansowanie zapłodnienia in vitro, przyzwolenie dla narkotyków, walka z
Kościołem, poparcie dla niemoralnej kontrkultury stają się spoiwem programowym
jednoczącym środowiska lewicy "kawiorowej". Nie są jednak wystarczającym bodźcem
dla milionów oczekujących wsparcia w wyrównaniu nierówności społecznych. Wzrost
biedy, bezrobocia i kryzys gospodarczy, tradycyjnie uznawane jako szansa
wzmocnienia partii lewicowych, wcale nie muszą prowadzić do władzy socjalistów.
Jeśli załamują się gospodarka i państwo, gniew ludu zwraca się przeciw elitom
politycznym jako takim, a na fali tego niezadowolenia zwyciężyć może równie
dobrze silna partia prawicowa, tak jak stało się na Węgrzech.

Myśl nowa blaski promiennymi
W Polsce brakuje publicznej debaty nad problemami życia ludzi, bo zastąpiła ją
tabloidyzacja mediów. Zanik rzetelnej społecznej dyskusji w mediach publicznych
pomaga w zniknięciu SLD i wzmacnia PO. Środowiska lewicowe wpadły we własne
sidła, przygotowywały siebie w połowie lat 90. jako partię władzy, można się
domyślać, że był im na rękę brak wychowania obywatelskiego i ekonomicznego
Polaków.
Rzecznikiem silnego państwa, solidarności społecznej, poprawy sytuacji
dyskryminowanych ekonomicznie grup i obszarów kraju stało się Prawo i
Sprawiedliwość. SLD nie ma więc drogi odwrotu – na wzmocnieniu więzi społecznych
i instytucji społeczeństwa obywatelskiego (rozumianych jako system wzajemnej
pomocy) zyskuje raczej ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego. To ono rywalizuje z
Platformą Obywatelską o to, kto sprawniej poprawi los ludzi w konkretnych
trudnościach życia, kto zapewni ochronę przed niebezpieczeństwami ekonomicznej
katastrofy, klęskami żywiołowymi oraz agresywną polityką innych państw.
Środowiska prawicowe jakoś sobie radzą w zmieniającym się świecie, doskonale
wykorzystując nowe media. Ciekawa będzie przyszłość demokracji uczestniczącej,
rosnącego wpływu obywateli na instytucje władzy, która zderzać się będzie z
biurokracją i ograniczeniami praw oraz wolności. Ludzie instynktownie wyczuwają,
że państwo narodowe, tradycja, rodzinna własność, tradycyjne rolnictwo, wzajemne
wsparcie drobnych biznesów są elementami skutecznej obrony przed wirtualnym
światem wielkich korporacji i komercji. A to sfera tradycyjnie związana z życiem
wiejskim, bezpośrednim kontaktem, religijnością. Tu lewicowe środowiska ze swoim
nowoczesnym projektem społeczeństwa nie mają czego szukać.

Związek nasz bratni
Ciekawym poletkiem doświadczalnym przyszłej współpracy PO – SLD są od niespełna
roku media publiczne. Szorstka przyjaźń na razie zaowocowała podziałem władzy w
zarządach i radach nadzorczych oraz całkowitym usunięciem wszystkich audycji i
ludzi kojarzonych z prawicą, zwłaszcza w programach informacyjnych i
publicystycznych. Prezesem TVP został Juliusz Braun, kojarzony z PO. Jednak
żadne decyzje prezesa nie są możliwe bez wsparcia SLD mającego swoich ludzi w
radzie nadzorczej i zarządzie. Partia Donalda Tuska trzyma z kolei media
publiczne na ostrej diecie, doprowadzając do rekordowego spadku dochodów z
abonamentu. To uzależnia publiczne radio i telewizję od rządzących, bo sprawia,
że balansują one na krawędzi bankructwa. Rezultatem jest zaangażowanie ideowe
przeciwko Prawu i Sprawiedliwości (korzystne dla PO i SLD), widoczne w
programach informacyjnych i publicystycznych, oraz utrata udziałów w rynku na
rzecz mediów komercyjnych (korzystne dla PO). I dalsze obniżanie jakości
programu podporządkowane zdobywaniu niewybrednej widowni (korzystne dla SLD). To
obrazuje charakterystyczną taktykę części środowisk eseldowskich: uzyskanie
konkretnego, realnego wpływu w instytucjach, wrośnięcie w ich tkankę w roli
"fachowców", niekoniecznie pod szyldem partyjnym, czego symbolem jest
Stowarzyszenie Ordynacka. Taktyka ta pozwala zabezpieczyć interesy własnego
środowiska towarzysko-biznesowego w każdej konfiguracji politycznej.
Tak więc możemy sobie wyobrazić, jak wyglądałaby przyszła koalicja rządowa PO –
SLD. Wspólnota w zwalczaniu wroga – Prawa i Sprawiedliwości, połączona z
osłabianiem i komercjalizacją instytucji państwa, w których walczyć będą o
personalne wpływy poszczególne koterie. Platforma będzie uwzględniać aspiracje
pojedynczych grup i osób, zręcznie się wzmacniając. Środowiska lewicowe liczyć
będą jednak, że ich wrośnięcie w struktury państwa i biznesu sprawi, iż realna,
utrzymywana bez rozgłosu władza będzie większa. Zgodnie z przysłowiem: Złapał
Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb trzyma. Tak, jak dzieje się cały czas od 1989
roku. Tylko nie ma to nic wspólnego z reprezentowaniem biednych i wykluczonych.

 

Barbara Bubula
 


Autorka w latach 2007-2010 była członkiem KRRiT desygnowanym przez śp.
prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

drukuj