Nieprędko zaszumią tu nowe sady

Puste chmielniki, wycięte sady – taki widok dominuje dziś w owocowym
zagłębiu Lubelszczyzny, jakim od zawsze była gmina Wilków. Rolnicy są
przygnębieni i zrezygnowani, gdyż zaczynają zdawać sobie sprawę z tego, że
powrót ich gospodarstw do kondycji sprzed powodzi to kwestia wielu lat. Rządowa
pomoc na odtworzenie produkcji rolnej nie uwzględnia bowiem specyfiki gospodarki
sadowniczej. Bardziej zaawansowana jest odbudowa infrastruktury gminnej Wilkowa.
Naprawa zniszczonych dróg i szkół pochłonęła już ponad 20 milionów złotych.
Obecnie trwają przygotowania do realizacji unijnego programu pomocowego
sięgającego 22 mln zł, który przeznaczony jest m.in. na modernizację sieci
mostów i obiektów sportowych.

Wilków był jedną z najbardziej poszkodowanych przez ubiegłoroczną powódź gmin w
Polsce. Wezbrane wody Wisły dwukrotnie zalewały ponad 90 proc. terenu gminy.
Przez prawie dwa miesiące pod wodami ogromnego rozlewiska znalazły się 23
miejscowości, prawie 2 tys. gospodarstw. Klęska żywiołowa objęła ok. 5 tys.
osób, które jednego dnia straciły często cały życiowy dorobek, a także środki
utrzymania na przyszłość.
– Jeśli chodzi o odbudowę nasadzeń i infrastruktury rolnej, to wszystko znajduje
się jeszcze w powijakach – uważa Grzegorz Teresiński, wójt Wilkowa. – Ludzie
dopiero czyszczą pola. Widać sporo nowych nasadzeń, ale – choć trudno mi to
precyzyjnie określić – jest to jeszcze znikomy procent – podkreśla.

Zbyt drogie sadzonki
Odtwarzanie produkcji rolnej odbywa się poza strukturami samorządowymi w ramach
specjalnego programu rządowego, który koordynuje Agencja Restrukturyzacji i
Modernizacji Rolnictwa. – Z moich informacji wynika, że zainteresowanie rolników
tym programem jest bardzo duże, ale większość decyduje się na odtworzenie
produkcji w zakresie parku maszynowego, budynków gospodarczych, magazynów,
chłodni, przechowalni, a nie sadów – twierdzi Teresiński. Jego zdaniem, wynika
to z obowiązku 5-letniego ubezpieczania nasadzeń, w sytuacji, gdy będą one
dawały plony gwarantujące zysk dopiero po okresie 4-5-letnim. Stąd bardzo nikłe
wykorzystanie środków z tego programu do odtwarzania sadów. – Rolnicy angażują w
to własne środki, by uniknąć dodatkowych kosztów ubezpieczenia. Ci, którzy mają
zdolność kredytową – ale takich jest niewielu – posiłkują się kredytem, inni
robią to na miarę swoich możliwości – wskazuje.
Zagadywani w tej sprawie rolnicy z gminy Wilków potwierdzają spostrzeżenia wójta
Teresińskiego. – Co mogę panu powiedzieć… Ciężko nam. Ze zniszczonego
3,5-hektarowego sadu udało się dotąd obsadzić drzewkami pół hektara, bo na
więcej nie mieliśmy pieniędzy – mówi niechętnie pracująca przy młodych drzewkach
kobieta. – Przyjeżdżali tu z różnych telewizji i gazet, pokazywali nas z mężem
na ekranie i nic z tego nie wynikło. Na to gadanie szkoda czasu i pana, i mojego
– ucina rozmowę.
Widok pustych chmielników w Wilkowie to nie tylko efekt ubiegłorocznej powodzi,
ale także trwającej od lat stale zmniejszającej się rentowności tych upraw. –
Kiedyś płacili po kilkanaście złotych za kilogram suszu, a potem cena spadła do
3 zł, więc zlikwidowaliśmy chmiel, a w to miejsce zasadziliśmy maliny i warzywa
– mówi pieląca grządki między słupami chmielnika pani Małgorzata Kuś z Machowa.
Prowadzi z mężem gospodarstwo sadownicze, lecz cały ich 5-hektarowy sad
zniszczyła powódź. – Przetrwała tylko gruba stara antonówka, ale było jej raptem
20 arów. Reszta wyschła, bo to były szlachetne, delikatne i mało wytrzymałe
odmiany – opowiada kobieta. Pomoc na odtworzenie produkcji rolnej dostali, lecz
przeznaczyli ją na utwardzenie podjazdu kostką brukową i zakup maszyn, a nie na
sadzonki. – Trzeba by je było ubezpieczać, i to od razu na 5 lat, co bardzo dużo
kosztuje – wyjaśnia. Kupują sadzonki dzięki oszczędnościom. Udało im się już
obsadzić blisko połowę powierzchni zniszczonego sadu. Jednak ani tej jesieni,
ani przyszłej wiosny nie uda się odtworzyć stanu sprzed powodzi. – Po prostu nie
mamy z czego. Teraz nie jest najgorzej, bo oboje z mężem zatrudniliśmy się do
prac interwencyjnych. Zarabiamy po 1340 zł miesięcznie na osobę. Co będzie, gdy
skończą się te prace, strach nawet myśleć – mówi kobieta.

Zamiast domu przyczepa
Choć w Wilkowie odbudowano już większość zalanych domów, niektórzy z powodzian
nadal nie mają gdzie się podziać. Dotyczy to m.in. liczącej 88 lat pani Janiny
Turskiej z Zastowa Polanowskiego. Razem z synem Antonim mieszka w przyczepie
kempingowej, gdyż jej dom zgodnie z nakazem nadzoru budowlanego został
rozebrany, a nowego nie mają za co postawić.
Pani Janina nie może przeboleć straty domu i całego majątku. Dom budowała razem
z nieżyjącym już mężem. – Napracowałam się na długi i procenty! – pokazuje z
płaczem spracowane ręce.
– Przy podziale majątku rodziców nasz rodzinny dom został mi przypisany z tzw.
dożywotką dla mamy – mówi pan Antoni Turski. – Ja mieszkam koło Olkusza u córki
i tu się zamierzałem właśnie przeprowadzić. Przez lata wkładałem w ten dom
wszystkie oszczędności – w parkiety, w centralne ogrzewanie, w remont łazienki.
Przyszła powódź i nic nie zostało. Ławy popękały, napęczniały parkiet
porozpychał ściany. Komisja budowlana najpierw zabroniła mi do domu wchodzić, a
potem nakazała rozbiórkę. Koszt nowego budynku wyceniono na 237 tys. zł netto, a
przyznano nam na ten cel 100 tys. zł, choć jednocześnie zapowiedziano, że można
ubiegać się o 300 tysięcy złotych. Złożyłem takie podanie i gdy już rozebrałem
dom, przyszło pismo odmawiające pomocy wyższej niż 100 tysięcy. – A co ja mogę
zrobić za 100 tys.? Murki postawić i patrzeć później, jak będą mokły? Albo wziąć
kredyt pod hipotekę i potem nie mieć z czego spłacić? – pyta retorycznie pan
Antoni.
Pan Turski nie poddaje się, złożył odwołanie od tej decyzji. – To takie
odbijanie piłeczki. Obiecali ludziom po 300 tys. zł i teraz nie wiedzą, jak z
tego wybrnąć – podsumowuje działania urzędników.
Nie wszyscy rolnicy dostali odszkodowania za straty w uprawach poniesione w
czasie powodzi. Należy do nich Edward Chodoła z Podgórza, którego dom leżący na
wzgórzu nie został zalany, ale powódź zniszczyła mu sady. – Tu był nasz sad –
pokazuje zaorane pole. – Posiałem właśnie gorczycę, a na jesieni może posadzimy
drzewka. Bo tu ziemia powiślańska, żyzna, szkoda, żeby nie rodziła – mówi z
przekonaniem.
Posadził już sadzonki jabłoni na miejscu położonego nieopodal drugiego
straconego sadu. Jednak to duży wydatek, jedno drzewko kosztuje 3-4 złote.
Starsze drzewa jeszcze stoją, gdyż lepiej zniosły powódź i są pokryte liśćmi,
choć bez kwiatów. Ale specjaliści radzą pozbyć się złudzeń: po takiej wodzie
drzewa wcześniej czy później zachorują i uschną. – Na razie nie karczujemy, bo
nie dalibyśmy ze wszystkim rady – wyjaśnia pan Edward. – W Zastowie wyrywają
drzewka w ramach prac interwencyjnych i jeszcze im za to płacą, a u nas w
Podgórzu nie. Nawet żadnego odszkodowania nam nie dali. Prawdę mówiąc, to byli i
tacy, co więcej skorzystali na tej powodzi, niż stracili. Trzeba było mieć czas
i chodzić koło tych darów, a kto nie miał czasu, bo pracował, to nie dostał.
Taka jest prawda.

Powódź skłóciła ludzi
Wilków w ostatnim czasie znów stał się sławny – za sprawą tzw. afery
sadzonkowej. Wybuchła, gdy okazało się, że zakupione przez Polski Czerwony Krzyż
sadzonki rozprowadzone wśród powodzian przez Gminny Ośrodek Pomocy Społecznej w
Wilkowie trafiły zaledwie do 5 rodzin, w tym syna kierowniczki ośrodka i jej
sąsiada. Zdenerwowani rolnicy przyszli protestować do urzędu gminnego. Kobieta
już została zwolniona ze stanowiska, a sprawą zajęła się prokuratura.
Sadzonki stały się tej wiosny w gminie Wilków towarem bardzo poszukiwanym. Do
tego stopnia, że nasiliły się kradzieże nowo posadzonych drzewek. W holu urzędu
gminnego przeczytać można leżący na poczesnym miejscu komunikat Komendy Policji
w Opolu Lubelskim ostrzegający przed tym procederem. Policjanci radzą, aby
oznaczać drzewka mieszankami kilku farb, co umożliwi ich późniejszą
identyfikację. – Nie wiem, co się z ludźmi po tej powodzi stało – mówi młody
mężczyzna, który z żoną i dwójką malutkich dzieci przyjechali na pole sprawdzić,
jak rosną warzywa posadzone w miejscu wykarczowanego sadu. – Jeszcze w czasie
powodzi wszyscy byli dla siebie tacy serdeczni, pomagali sobie. A potem chyba ta
pomoc skłóciła ludzi. Teraz mają do siebie pretensje, że ten dostał więcej cukru
albo lepszą lodówkę.

Więcej pytań niż odpowiedzi
Początkowo do pojawiającego się stale w mediach Wilkowa popłynęła szerokim
strumieniem niezbyt skoordynowana, ale dość obfita rządowa i społeczna pomoc. Na
wałach chętnie – bo zbliżały się wybory samorządowe – pozowali przed kamerami
politycy, głównie rządzącej koalicji, obiecując, że nie zostawią powodzian samym
sobie. Obiecywano specjalny program odbudowy domów, odtworzenie produkcji rolnej
czy prac interwencyjnych, mających zapewnić środki do życia do czasu uzyskania
dochodów z upraw.
Po ubiegłorocznych wyborach zainteresowanie losem mieszkańców Wilkowa znacznie
osłabło. Niedługo po wyborach skończyły się też rządowe środki przyznane na
prace interwencyjne dla powodzian, choć zapewniano, że będą one kontynuowane
przez co najmniej 12 miesięcy. W grudniu ubiegłego roku z braku środków
rozwiązano wszystkie umowy o pracę. Wznowiono je w lutym br., gdy powiatowy
urząd pracy dostał ponad 7 mln zł na prace interwencyjne. Korzysta z nich – jako
podstawowego źródła utrzymania – około 400 osób. Jest to jednak pomoc doraźna i
nie ma pewności, że zostanie wznowiona po kolejnych jesiennych wyborach. Jeszcze
w ubiegłym roku wójt Teresiński postulował przygotowanie rządowego programu
systemowego wspierania powodzian, z uwzględnieniem faktu, że rolnicy z tego
terenu realny dochód osiągną w najlepszym razie po 4-5 latach. – Stale ponawiam
pytanie, co się stanie, gdy środki na roboty publiczne wygasną, bo są
przyznawane okresowo na kilka miesięcy, ale jak dotąd nie uzyskałem żadnej
odpowiedzi ze strony jakiegokolwiek ministerstwa – irytuje się wójt.
Podobnie otwartą sprawą jest zabezpieczenie Wilkowa przed kolejną powodzią.
Odbudowa i wzmacnianie wałów nie rozwiązuje problemu, gdyż – zdaniem
specjalistów – przeszło 20-letnie zaniedbanie prac regulacyjnych na korycie
rzeki spowodowało wypiętrzenie dna, co było główną przyczyną powodzi i takiej
skali zniszczeń. Jeżeli nie powstanie centralny program regulacji koryta Wisły,
mieszkańcy nie tylko Wilkowa dalej będą żyli w poczuciu wielkiego zagrożenia. –
W tej chwili prace przy odbudowie i modernizacji wałów prowadzone są
intensywnie. Ale kiedy się one zakończą i czy do tego czasu nie dojdzie do
kolejnego kataklizmu, tego nie sposób przewidzieć – ostrzega wójt Wilkowa. –
Najgorszą rzeczą jest istniejący chaos kompetencyjny, jeśli chodzi o ochronę
przeciwpowodziową. Kto inny odpowiada za wały, kto inny za tzw. międzywale, a w
momencie gdy dochodzi do tragedii, stawiany jest pod tablicę samorząd, który nie
jest ani właścicielem, ani podmiotem odpowiedzialnym za odbudowę wałów czy
regulację koryta rzeki – podsumowuje Teresiński. Wniczym nie zmienia to jednak
sytuacji poszkodowanych mieszkańców Wilkowa, bezradnych w walce z żywiołem.

 

Adam Kruczek

drukuj