Podatki to odpowiedzialność za państwo
Rewolucjoniści i uszczęśliwiacze podatkowi często powtarzają modne wśród
konserwatystów i neoliberałów propozycje likwidacji podatku dochodowego i
przeniesienia "obciążeń podatkowych na podatki pośrednie", bo – jak powiadają –
"trzeba uwolnić pracę". To ma spowodować obniżenie kosztów pracy przez
likwidację podatku PIT, składki na ZUS i innych składek, co ma jakoby uczynić
nasz rynek pracy bardziej wydajnym i elastycznym. Ale trzeba powiedzieć, że to
nie jest dobry pomysł, co więcej, jest to pomysł bardzo szkodliwy.
Podatki to obszar najbardziej kontrowersyjny, gdy mówi się o naszym państwie,
jego jakości, tym, co nam daje i jak nas obciąża. Ale podatki to też dziedzina
silnie dotknięta chorobą ignorancji i dezinformacji. Jak wiadomo, wszyscy znają
się na medycynie i ekonomii – a w dziedzinie podatków najwięcej mamy
rewolucjonistów i uszczęśliwiaczy ludzkości. Ich podstawowa teza brzmi: znieśmy
podatki, a wszyscy będą szczęśliwi. W pewnych środowiskach każdy, kto tylko
będzie mówił, że podatki mamy wysokie (co jest nie całkiem prawdą) i należy je
radykalnie obniżyć i wprowadzić podatek liniowy (który jest ekonomicznym
nonsensem), natychmiast zostaje wysoko cenionym ekspertem i jest chętnie
przyjmowany na salony i przed telewizyjne kamery.
Często popełnianym błędem jest niewłaściwy sposób liczenia obciążenia
podatkowego. Na przykład formułuje ktoś "przygważdżające" stwierdzenie, że
obciążenia podatkowe stanowią "80 proc., a po odliczeniu różnych ulg ponad 60
proc. wynagrodzenia netto pracowników". To jest tani chwyt propagandowy
dezinformujący opinię publiczną, bo tak się nie liczy obciążeń podatkowych. Nie
można ich brać w stosunku do wynagrodzeń netto, czyli tego, co zostaje na rękę,
lecz brutto, w stosunku do kwoty razem z obciążeniami. Wychodzi bowiem absurd:
gdyby obciążenie stanowiło 50 proc., to znaczy z tego, co pracodawca przeznacza
na nasze wynagrodzenie, połowę oddawalibyśmy na rzecz dobra publicznego (a warto
wiedzieć, że taka najwyższa stawka progresji obowiązuje najbogatszych w wielu
krajach – i jest to tylko stawka podatku bez składek emerytalnych), to według
takiego "eksperta" obciążenie wynosi 100 procent. Jest to informacja, która
posiada jeden "walor": ma wywołać u czytelnika wrażenie, że to "wredne państwo",
wszystko nam zabiera. Warto wiedzieć, że w USA w latach 70. podatek dochodowy od
osób indywidualnych (tzw. personal income tax) w górnej stawce, dla
najbogatszych, wynosił ok. 80 proc., a zatem według tego sposobu liczenia,
obciążenie stanowi 400 proc. wynagrodzenia netto.
Państwo racjonalne, nie tanie
Przede wszystkim, żeby zrozumieć problem i ukształtować właściwe podejście do
podatku, trzeba uświadomić sobie, czym tak naprawdę jest podatek. Podatek to
zapłata za istnienie państwa, jest oczywiście obciążeniem, ale takim jak każdy
inny ponoszony koszt. Płacąc za coś, co ma zaspokoić nasze potrzeby, musimy
sobie zdawać sprawę z tego, że co tanie, oznacza zwykle gorszą jakość: niska
cena to zwykle bubel albo źle zrealizowana usługa. Najlepiej porównać podatek do
podobnej stałej opłaty, jaką jest czynsz: jeśli chcemy mieć mało obciążający
czynsz, to musimy się zgodzić na mieszkanie w źle wyposażonym, niestrzeżonym,
brudnym, zapchlonym i pełnym szczurów tanim slumsie; jeśli zaś chcemy godnie
mieszkać, musi nas to kosztować. I podobnie jest z państwem, jeśli chcemy, by
państwo właściwie realizowało swoje funkcje, to musimy za to zapłacić, a
koncepcję taniego państwa lepiej wyrzućmy do kosza. Zastąpmy je państwem
racjonalnym, które jest na właściwym poziomie finansowane – ale i nie marnuje
pieniędzy podatnika.
Po drugie, jeśli za coś płacimy, to lepiej, by zapłata była jawna i bezpośrednia
niż pośrednia. Skoncentrowanie zapłaty za państwo na podatkach pośrednich to
jest coś, co już było, młodzi entuzjaści reformowania podatków mogą tego nie
pamiętać, ale dokładnie tak działały podatki w socjalizmie: płaciliśmy prawie
wyłącznie podatki pośrednie, nasze dochody nie były bezpośrednio obciążone, ale
oczywiście byliśmy biedni, bo przeniesienie podatku na ceny musi spowodować ich
wzrost, co obniża realne dochody. I wcale nie zwiększa to efektywności. Gdyby
całe obciążenie przenieść na podatki pośrednie, to przedsiębiorcy, jako
zbiorowość pracodawców, musieliby dla utrzymania popytu skompensować wzrost
kosztów utrzymania zwiększeniem wynagrodzeń – i w sumie, całościowo koszty pracy
i tak musiałyby wzrosnąć.
Można sobie wyobrazić system podatkowy oparty wyłącznie na podatku pośrednim,
ale wtedy VAT musiałby być prawie dwukrotnie wyższy, bowiem wpływy z tego
podatku stanowią 60 proc. dochodów podatkowych. Tak drastyczne zwiększenie
obciążenia cen miałoby bardzo poważne negatywne konsekwencje. Podwyższenie cen
produktów i usług wskutek zwiększenia VAT zakłóciłoby strukturę popytu. Laicy
myślą, że jedna stawka VAT będzie neutralna dla gospodarki. Są w błędzie. Trzeba
bowiem wziąć pod uwagę ważną własność popytu, jaką jest zróżnicowanie jego
wrażliwości na podwyższenie ceny. Oznacza to, że w przypadku jednych produktów i
usług zwiększenie ich cen spowoduje znaczny spadek popytu, w przypadku innych –
niewielki, bo są tak ważne dla rodzin, że pomimo wzrostu cen ludzie muszą je
kupować. Takie zakłócenie cen przez duży narzut podatku pośredniego spowoduje
zatem, że popyt, a za nim struktura gospodarki przesunie się w kierunku dóbr
podstawowych, tylko na nie większość ludzi będzie stać.
Koncentrowanie opodatkowania na jednej, pośredniej formie obciążenia jest
ekonomicznie nieracjonalne, powoduje bowiem, że wyeksponowane zostają podstawowe
wady tego podatku: jego degresywny charakter, czyli to, że bardziej obciąża
biednych niż bogatych, bo biedni wszystko wydają na zaspokojenie swoich potrzeb,
a bogaci tylko część dochodów, oraz to, że jako "obciążenie ukryte w cenie" nie
daje szansy prowadzenia polityki ulg podatkowych zorientowanych na politykę
prorodzinną czy mobilizującą inwestowanie itd. Jest to – można powiedzieć – taka
kwestia intuicyjnego wyczucia: nie można koncentrować się na jednym źródle
finansowania celów publicznych, trzeba szukać racjonalnej struktury. Wysoki
podatek pośredni jest antyrodzinny.
W państwie demokratycznym obywatele powinni płacić na swoje państwo bezpośrednio
ze swoich dochodów – jest to z jednej strony element pewnej świadomości
dokładania się do celów stanowiących wartość powszechną, wspólną, z drugiej
strony pozwala nakładać tę cenę za państwo zgodnie z zasadą, że to państwo jest
dla obywatela, a nie obywatel dla państwa. Zauważmy, że sama zasada odniesienia
podatku do dochodu oznacza, że powinno się od przychodów odjąć koszty. Państwo
demokratyczne powinno pobierać od obywatela opłatę za swoje funkcjonowanie od
nadwyżki, jaka mu pozostaje po odjęciu od przychodów kosztów jego utrzymania –
niezawyżanych zanadto przez podatki pośrednie. To, co u nas uważano za ulgi
podatkowe i nie rozumiejąc ich ekonomicznego sensu, stopniowo zlikwidowano
(zaczęło się to za kadencji Leszka Balcerowicza jako ministra finansów w rządzie
Jerzego Buzka), faktycznie było prawidłowym uwzględnieniem części kosztów
gospodarstw domowych po to, by po odjęciu od przychodów opodatkować dochody. W
efekcie ta logiczna zasada opodatkowania dochodów nie jest faktycznie
realizowana, mamy podatek od przychodów – bardzo niemądrze i w niezgodzie z
logiką ekonomii. A dlaczego? Niech każdy sobie odpowie.
Progresywnie, czyli sprawiedliwie
Mówi się wiele o polityce prorodzinnej, ale zapomina się, że rodzinę można
efektywniej wspierać poprzez prawidłowe zdefiniowanie w prawie podatkowym
kosztów gospodarstwa domowego, a nie poprzez "punktowe dotacje", jak radzą
rewolucjoniści podatkowi – dotacje to typowo komunistyczny, bardzo korupcyjny
sposób na wspieranie rodzin. Co prawda, w pewnych szczególnych przypadkach
dotacje są potrzebne (chodzi tu głównie o ludzi ciężko dotkniętych przez los –
głównie niepełnosprawnych), ale nie powinno to być metodą podstawową.
Zapomina się, że koncepcja przeniesienia opłaty za państwo na podatki pośrednie
jest ślepa na skutki globalizacji, bo całkowicie pozbawia nas możliwości
zatrzymania na cele publiczne dochodów korporacji międzynarodowych. W wyniku
bezmyślności (delikatnie mówiąc) polskich polityków przejęły one znaczną część
naszego majątku produkcyjnego, często deprecjonując jego wartość, a
wypracowywane przez Polaków nadwyżki transferują do swoich krajów macierzystych
jako dywidendy i często drastycznie wysokie dochody osobiste – w efekcie nasza
gospodarka traci każdego roku co najmniej 50 miliardów złotych (3,5 proc.
produktu krajowego – warto mieć to na uwadze, gdy mówimy o deficycie i długu
publicznym). Racjonalnie skonstruowany podatek dochodowy od firm i od dochodów
osobistych jest jedyną metodą na cofnięcie części tego zawłaszczanego dochodu do
kraju na cele publiczne, czyli na dofinansowanie szkolnictwa, nauki, ochrony
zdrowia, remontów dróg, ochrony przeciwpowodziowej itd.
Podatki od dochodów osób fizycznych powinny być progresywne, by nisko
opodatkować osoby o najniższych dochodach i średnią klasę, bo ich dochody mają
największe znaczenie dla gospodarki jako źródło popytu i stabilizacji sytuacji
ekonomicznej rodzin. W obecnej trudnej sytuacji budżetowej powinno się wrócić do
40- -procentowej stawki podatku PIT, ale przywracając przy tym ważne dla rodzin
ulgi pozwalające uwzględnić istotne elementy kosztów utrzymania. Ale na świecie
mówi się dziś, po tym dojmującym dla światowej gospodarki kryzysie, że powinno
się wręcz "ścinać" absurdalnie wysokie i w 99,9 proc. nieuzasadnione apanaże
pewnych grup menedżerów – postuluje się nawet przywrócenie progresji z lat 70.,
gdy sięgała 80 proc., a nawet w niektórych krajach zachodnich 90 procent. Jest
bowiem paradoksem, że na przykład menedżerowie instytucji finansowych, które
doprowadziły do obecnego kryzysu, otrzymywali rocznie dziesiątki i setki
milionów dolarów wynagrodzenia, podczas gdy – w wyniku ich działań – miliony
ludzi straciły dorobek całego życia. To swego rodzaju rozpasanie w premiowaniu i
wynagradzaniu w niezgodzie z realną wartością pracy tych, którzy operują nie
swoimi, lecz cudzymi oszczędnościami może być ukrócone tylko przez progresywny
podatek dochodowy – z racjonalnym systemem ulg i odliczeń.
Niżej podpisany, któremu bliskie są konserwatywne zasady dbałości o rodzinę,
przestrzegania zasad moralnych, doceniania roli Kościoła jako najcenniejszego
ich strażnika, postrzegania roli państwa jako stabilizatora stosunków
społecznych i mecenasa dobra wspólnego itd. – z ubolewaniem patrzy, jak
środowiska konserwatywne z takim uporem trzymają się rażąco błędnych i
prowadzących do niszczenia państwa koncepcji ekonomicznych wykreowanych przez
słabo wykształcone ekonomicznie lub cynicznie fałszujące rzeczywistość
środowiska neoliberalne – i na przykład za sukces uważają obniżenie podatków
najbogatszym – a przecież z punktu widzenia interesu gospodarki to był błąd.
Jest to niestety fatum konserwatystów: brak porządnego, profesjonalnego
podejścia do kwestii ekonomicznych i wpisywanie się w chór cynicznych głosicieli
fałszywych prawd – w interesie wąskiej grupy zainteresowanej przejęciem na swoje
konta bankowe jak największej części wypracowywanej przez gospodarkę wartości.
Amatorszczyzna w kreowaniu rozwiązań ekonomicznych jest bardzo groźna także
dlatego, że trafia na bardzo żyzny grunt powszechnej niewiedzy, na której rosną
chwasty demagogii i populizmu.
Prof. Jerzy Żyżyński
Autor jest ekonomistą, profesorem na Wydziale Zarządzania Uniwersytetu
Warszawskiego, członkiem Narodowej Rady Rozwoju powołanej przez śp. prezydenta
Lecha Kaczyńskiego.
