Podwójne uderzenie w Radio Maryja

Misterna konstrukcja regulacji prawnych, cynizm samego pomysłu,
lekceważenie Rodziny Radia Maryja wskazują na to, że poseł Jan Filip Libicki sam
tego wszystkiego nie wymyślił, lecz że jest to wynik jakiegoś zbiorowego wysiłku
tęgich umysłów politycznych, najprawdopodobniej środowiska, które dysponując
absolutną większością w parlamencie i kontrolując najwyższe urzędy w państwie,
przystąpiło do monopolizacji życia publicznego w Polsce tak, by utrzymać swój
stan posiadania po kolejnych wyborach.

Poseł Jan Filip Libicki, legitymujący się katolicyzmem, potraktowany został jako
narzędzie wewnętrznej dywersji, bo przecież gdyby taka inicjatywa wyszła ze
strony ateisty lub postkomunisty, to miałaby marne szanse powodzenia. Ale
katolik? Jak najbardziej. Taki katolik musi szczególnie podkreślić swoje
zaangażowanie w obronę życia i upodobanie Mszy św. w rycie trydenckim, tak jakby
tylko ten ryt oddawał istotę samej Mszy św., a sama Msza św. sprowadzała się do
rytu.
Trudno powiedzieć, czy poseł Libicki do końca zdaje sobie sprawę, jakie
konsekwencje mogą mieć jego propozycje dotyczące Radia Maryja, jest jednak
pewne, że stał się bardziej rozpoznawalny niż przed ich ogłoszeniem. Jeżeli o to
mu chodziło, to cel swój osiągnął. Bo dwie są drogi kariery i zdobywania
popularności: jedna to autentyczny sukces, druga to skandal. Poseł J.F. Libicki
wybrał chyba to drugie "s".
Bo jak inaczej nazwać nonszalancję, z jaką stosunkowo młody przecież jeszcze
człowiek, magister historii, pozwala sobie w jednym z artykułów ("Gazeta
Wyborcza", 14-15.05.2011 r.) niejako na rozstawianie po kątach osób i środowisk
katolickich, łącznie z osobami duchownymi, biskupami i kardynałami, a nawet
samym Papieżem. Stosując metodę chwalenia jednych katolików, żeby przyłożyć
innym katolikom, poseł Libicki zebrał siły, aby wreszcie napisać, co myśli o
Radiu Maryja i dlaczego trzeba tej radiostacji narzucić, co ma mówić i kogo ma
zapraszać. A chodzi tu nie tylko o opinię publicysty, ale także o inicjatywę
ustawodawczą posła i jego ugrupowania, która może mieć określone skutki prawne.

Pod pozorem pluralizmu
Projekt wniosku dotyczący Radia Maryja ma na celu za pomocą wprowadzenia nowych
przepisów prawnych, w tym wynikających z nich sankcji finansowych, zmusić Radio
do tzw. pluralizmu. Słowo to odgrywa kluczową rolę w ideologii politycznej
poprawności, będąc niejako lokomotywą, która taranuje w drodze do światowego
socjalizmu wszelkie przeszkody w postaci prawdziwych autorytetów, zdrowych zasad
i szlachetnych norm.
Gdy nie da się wprost zniszczyć fundamentów kultury jakiegoś narodu, to trzeba
ją osłabiać, a fundamenty podmieniać sukcesywnie, najpierw podając je jako
propozycję, potem jako równoprawne, a następnie przegłosować demokratycznie jako
lepsze. Najważniejsze w tym procesie jest zachwianie przekonań, rozkołysanie ich
i skierowanie na inne tory. Jeśli moralność chrześcijańska opiera się na
monogamicznym małżeństwie kobiety i mężczyzny, to pluralizm w tej sprawie będzie
polegał na tym, że może to być związek dwóch kobiet, dwóch mężczyzn, trzech
kobiet, czterech mężczyzn, aż dojdziemy do postmodernistycznego haremu.
Zgodnie z sugestią posła J.F. Libickiego każdy komitet wyborczy lub kandydat
będzie miał prawo do bezpłatnego prezentowania swoich poglądów na antenie Radia
Maryja. Gratka nie lada, bo będzie można za pomocą tej katolickiej rozgłośni
promować rozwody, sodomię, ateizm, antypolonizm i wszystko, co jest przeciwne
dziedzictwu naszej kultury narodowej i suwerenności państwowej. W imię
pluralizmu. Dlaczego nie? Przecież takie właśnie poglądy mają niektórzy posłowie
czy senatorowie. Tymczasem zmusić do pluralizmu to wprowadzić inne zasady niż
te, jakie wypracowane zostały przez wieki, to podsunąć nowe "autorytety",
sztuczne i naprędce sklecone, to podmyć katolickie zasady, na jakich opiera się
misja tej rozgłośni, to zmienić jej ducha, by zostawić samą tylko nazwę. Bo
przecież przekaz tylu treści socjalistyczno-liberalnych, nasączonych kłamstwem i
manipulacją, nie spłynie po słuchaczu jak po szkle, lecz zostawi swoje osady,
niszcząc delikatną czułość sumienia. Jeśli główna misja Radia Maryja to
odpowiedź na wezwanie błogosławionego Papieża Jana Pawła II: "Polska potrzebuje
ludzi sumienia", to bez kształtowania polskich sumień w zderzeniu z cywilizacją,
która niszczy sumienia, Radio Maryja straci swoją rację bytu. A to sumienie ma
być wszędzie, również w polityce, również w gospodarce, również w edukacji i
kulturze.
Poseł Libicki nie potrafi odróżnić polityki jako dziedziny moralności, a więc i
sumienia – czym usprawiedliwia swoje zaangażowanie w sprawy społeczne Radio
Maryja – od politykierstwa, które dziś uprawia rząd i większość parlamentarna,
dla których na sumienie, polskie sumienie, katolickie sumienie nie ma miejsca
nigdzie.

Ukarać słuchaczy
Ale poseł J.F. Libicki idzie jeszcze dalej – żąda karania Radia Maryja za brak
przestrzegania tego prawa, które on (lub jego partia) zgłosi pod obrady Sejmu.
Żąda kar finansowych, co praktycznie oznacza, że chce ukarania słuchaczy, gdyż
Radio, nie będąc rozgłośnią komercyjną, nie zajmuje się zarabianiem. Jeśli więc
Radio Maryja istnieje dzięki temu, że utrzymywane jest z dobrowolnych składek
swoich słuchaczy, to słuchacze, żeby być wolnymi od wysłuchiwania
pluralistycznej propagandy polityczno-wyborczej, jaka przelewa się w innych
rozgłośniach, będą za to ukarani. Trudno o większą pogardę dla słuchaczy Radia
Maryja niż takie właśnie prawo. Słowo "pogarda" nie jest tu użyte przypadkowo i
nie ma znaczenia tylko emocjonalnego, bo pogarda to nieliczenie się z godnością
drugiego człowieka, a taką godność posiadają słuchacze Radia Maryja, którzy nie
życzą sobie słuchania różnych komitetów wyborczych, jeśli tam zetknąć mieliby
się z kłamstwem i pomiataniem naszą godnością polską i katolicką (jak np.
"polskość to nienormalność", "katolicy to oszołomy" etc.). A jeśli komukolwiek
to się jednak podoba, to może słuchać innej rozgłośni. Radio Maryja nie zakazuje
przecież nikomu słuchania pozostałych stacji radiowych.

Pod pozorem niedyskryminacji
O ile jedno uderzenie w Radio Maryja poszło ze strony "katolickiej", o tyle
drugie ze strony urzędu państwowego, jakim jest Krajowa Rada Radiofonii i
Telewizji. Tu z kolei odwołano się do innego słowa mieszczącego się w ramach
ideologii politycznej poprawności. Chodzi tu o tzw. dyskryminację, a dokładnie
mówiąc – o dyskryminację "ze względu na narodowość". Zarzut dyskryminacji jest
mocnym zarzutem we współczesnej aksjologii prawniczej i pełni tę samą funkcję
jak dawniej zarzut działalności antysocjalistycznej. Jak socjalizm był ponad
patriotyzmem, tak dziś zakaz dyskryminacji ma być odpowiedzią na promowanie
tradycyjnych wartości, takich jako normalne małżeństwo czy miłość do ojczyzny.
Kto promuje normalne małżeństwo jest homofobem, a kto uczy miłości do ojczyzny,
ten jest nacjonalistą, bo dyskryminuje inne narodowości. Taka aksjologia i taka
logika przyświecała pismu skierowanemu do Radia Maryja w związku z wypowiedzią
Jana Kobylańskiego, który domagał się, aby Polskę w Sejmie i w rządzie
reprezentowali "prawdziwi Polacy". Wyrażenie to potraktowane zostało jako
dyskryminujące inne narodowości, co jest ewidentnym nieporozumieniem i
nadużyciem. Przecież autor tych słów nie mówił, że chodzi o Polaków "z
pochodzenia" (choć polskie pochodzenie nie jest czymś nagannym) i nie wytykał
nikomu z parlamentu ani z rządu, jakiej jest narodowości. Wyrażenie "prawdziwy
Polak" ma przede wszystkim znaczenie kulturowe, bo oznacza kogoś, kto kocha
Polskę, jej dzieje, jej kulturę, jej język, jej obyczaje, a mając taką
świadomość jako polityk, dba o jej pomyślność i rozwój. I jak można mieć
pochodzenie niepolskie, a być prawdziwym Polakiem, tak można mieć pochodzenie
polskie i prawdziwym Polakiem nie być. Jeżeli jednak KRRiT zwróciła się o opinię
nie do kulturoznawcy, lecz do prawników (opinię w sprawie rozgłośni sformułowali
dr Adam Bodnar i mgr Krzysztof Śmiszek z Zakładu Praw Człowieka na Wydziale
Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego, "Nasz Dziennik", 10.05.2011
r.), to jest jasne, że zwróciła się do osób, których opinia nie może być w pełni
miarodajna, a raczej będzie jednostronna i jest jednostronna. Dlaczego KRRiT nie
zwróciła się do ekspertów, których wskazałoby choćby Radio Maryja? Jest to
przecież elementarny wymóg zachowania obiektywizmu i pluralizmu, z którym liczyć
muszą się zwłaszcza zadeklarowani obrońcy wolnego słowa, w tym przewodniczący
KRRiT Jan Dworak, członek Stowarzyszenia Wolnego Słowa. W takim postępowaniu nie
ma ani logiki, ani rzetelności. Po co więc całe to zamieszanie?
Zbliżają się wybory parlamentarne. Wobec pogrążania naszego kraju w stan coraz
większej realnej zapaści rządzący chcą przejąć całkowitą kontrolę nad
rzeczywistością wirtualną, czyli nad mediami, aby nie dopuścić do tego, żeby w
mediach mogła pojawić się prawda bez domieszki kłamstwa i manipulacji, prawda
nie o błahostkach, ale o sprawach istotnych. Dlatego właśnie przypuścili atak na
Radio Maryja, które nie boi się mówienia prawdy i nie boi się miłości do Polski.
Idzie drogą błogosławionego Jana Pawła II, który wielokrotnie podkreślał, że
miłość do ojczyzny i własnego narodu to nie sprawa tylko polityczna, ale wymóg
IV przykazania Dekalogu, wymóg moralny i religijny, a więc taki, który
obowiązuje katolików w Polsce, mających prawo mówić o tym w swoim Radiu – Radiu
Maryja.

 

Prof. Piotr Jaroszyński
 


Autor jest kierownikiem Katedry Filozofii Kultury KUL.

drukuj