Logo to za mało
Na precyzyjne określenie konkretnego priorytetu naszej prezydencji w Unii
Europejskiej ekipie Donalda Tuska pozostało jeszcze kilka tygodni. Niechaj
będzie to akt prawny, zwiększenie budżetu w ważnej dziedzinie lub chociaż
dokończenie kluczowego projektu wzmocnienia korytarza energetycznego Północ –
Południe. Wystarczy, jak w tej ostatniej sprawie przejmiemy pałeczkę od Węgrów,
którzy sprawie korytarza poświęcają dużo uwagi w czasie swojej prezydencji.
W minionym tygodniu polska opinia publiczna była przez parę dni epatowana
rządową prezentacją polskich upominków na okres polskiej prezydencji w Unii
Europejskiej, który rozpocznie się już 1 lipca. Zaprezentowano logo prezydencji
– kilka różnokolorowych strzałek, z których ostatnia trzyma polską flagę.
Starożytni mawiali, że o gustach się nie dyskutuje. Wystarczy posłuchać
medialnej wymiany zdań, aby zobaczyć, jak bardzo rozbieżne są opinie na temat
tego, co jednym przypomina nierówno postawiony płot (Kargula i Pawlaka?), dla
innych symbolizuje polską zdolność do improwizacji w różnorodności. Dodajmy do
tego jeszcze zabawkę – bączka, który przedstawia Polkę ubraną w strój ludowy. W
miarę nabierania tempa przez rozkręcony bączek falbanki sukienki namalowane na
nim falują w oczach tak, jakby sukienka się unosiła. W tym przypadku wpadka
dyplomatyczna jest już o wiele bardziej widoczna, zahaczająca o małą
nieprzyzwoitość. Gdy dołożymy do tego niedawny projekt polskiego Ministerstwa
Spraw Zagranicznych – komiks o Fryderyku Chopinie, w którym aż roiło się od
wulgaryzmów wkładanych w usta naszego narodowego symbolu i jego rzekomego brata
kryminalisty, to można tylko ręce załamać nad wizją Polski, jaką spece od
rządowego marketingu medialnego serwują nam za granicą.
Nadmienię, że podczas kilku prezydencji UE, w których pracach uczestniczyłem
jako przedstawiciel naszego kraju, nigdy nie natknąłem się na kontrowersyjne
gadżety. Standardowym podarunkiem dla dyplomatów najwyższego szczebla od wielu
lat jest bowiem okolicznościowy album albo kolekcja monet (może być euro, byleby
z narodowymi symbolami na rewersie), tudzież spinki. Natomiast dla wszystkich
polityków, dyplomatów i urzędników niższego szczebla przygotowuje się
odpowiednio – dla panów krawaty, a dla pań chusty z narodowym motywem i kolorem.
O tych najpopularniejszych podarunkach – krawatach i chustach – na razie nie
słychać. Zakładam, że będzie to zrobione w stylu "na ostatnią chwilę" i stanowić
będzie kolejny temat medialny na parę dni. Premier zachwalał w ubiegłym tygodniu
logo prezydencji, minister będzie prezentował za miesiąc krawaty itd. O wiele
ciekawszym zjawiskiem przy prezentacji tych błyskotek na prezydencję był fakt,
że serwery polskiego MSZ w dniu prezentacji naszego logo zawiesiły się i nie
odpowiadały na liczne próby wejścia na stronę internetową ministerstwa.
Odzwierciedla to symbolicznie stan naszego przygotowania do prezydencji. Na
szczęście pozostało jeszcze kilka tygodni, aby udoskonalić serwery i uszyć
krawaty, które – poważnie mówiąc – z punktu widzenia zawodowych dyplomatów
pracujących w Brukseli, podobnie jak logo prezydencji, są kwestią zupełnie
nieistotną. Nikt nie poświęca jej tyle czasu, jak to miało niedawno miejsce w
prorządowych mediach. Po stokroć ważniejsza jest tzw. agenda prezydencji, czyli
lista priorytetów, konkretnych aktów normatywnych, nad którymi prezydencja chce
pracować i zaprezentować swój punkt widzenia.
Przede wszystkim konkrety
Tymczasem rząd Donalda Tuska do dziś nie ma żadnego konkretnego priorytetu
prezydencji polskiej. Wymienia się jedynie od wielu miesięcy kierunki i obszary
spraw (budżet, bezpieczeństwo energetyczne, Partnerstwo Wschodnie, poszerzenie
UE itd.), ale nie wskazuje się żadnego konkretu. W kontekście unijnego budżetu
nikt nie mówi o jasnym i czytelnym postulacie wyrównania dopłat bezpośrednich
dla rolnika polskiego na takim samym poziomie, jak uzyskuje to indywidualny
rolnik, np. w Grecji czy Francji. W obszarze bezpieczeństwa energetycznego aż
prosi się o to, aby to właśnie Polska domagała się rozwoju technologii
pozyskiwania gazu łupkowego w oparciu o programy finansowane przez UE. Obecnie
można odnieść wrażenie, że nasza polityka energetyczna jest zdominowana punktem
widzenia Rosji, Niemiec, Francji, tylko nie naszym.
Kilka miesięcy temu słyszeliśmy, że jednym z priorytetów polskiej prezydencji
będzie pomoc Turcji w jej integracji z UE. Teraz słyszymy, że raczej angażujemy
się w Bałkany Zachodnie (Chorwacja, Albania). Z tej kakofonii mieszania
priorytetów z ogólnymi kierunkami rozwoju UE, brakiem konkretów zastępowanych
medialnymi hasłami o charakterze propagandowym, można wywnioskować, że
powiedziano już tyle, iż w tej chwili w sferze medialnej wszystko wydaje się
priorytetem. Jeśli parę spraw z długiej listy rzekomych priorytetów uda się
popchnąć do przodu, wówczas zostanie to ogłoszone jako sukces prezydencji w myśl
reguły: cokolwiek się stanie, musimy mieć sukces.
Weźmy na przykład zakończenie negocjacji o członkostwie Chorwacji w UE. Nikt nie
słyszał o tym, aby był to priorytet naszej prezydencji. Jednakże parę tygodni
temu pojawiła się szansa, że Chorwacja zakończy niebawem negocjacje, a może
nawet zapadnie decyzja o poszerzeniu Unii o 28. kraj. Natychmiast będzie to
ogłoszone jako sukces naszej prezydencji. Podobnie z Partnerstwem Wschodnim, o
którym wiadomo, że za wyjątkiem paru krajów nie jest ono uznawane za program
ważny dla UE. Niedawno prezydent Nicolas Sarkozy zdecydował, że szczyt
Partnerstwa nie może odbyć się w czasie węgierskiej prezydencji w terminie, w
którym Francja postanowiła zwołać posiedzenie Grupy G20 we Francji, mimo że
termin spotkania Partnerstwa ustalony był wcześniej niż G20. Przeniesiono więc
posiedzenie Partnerstwa Wschodniego z prezydencji węgierskiej na polską. Tuż po
tym usłyszeliśmy medialne przekazy, że oto szykuje się kolejny sukces naszej
prezydencji – spotkanie Partnerstwa odbędzie się w Polsce! Na takiej zasadzie
można już dzisiaj założyć, że po 1 lipca będziemy regularnie informowani o tym,
jakie to sukcesy odniósł nasz kraj na arenie międzynarodowej w czasie
prezydencji. Urzędowy optymizm będzie święcił triumfy co miesiąc!
Jak to robią inni
W 2006 r. do objęcia prezydencji z dniem 1 lipca przygotowywała się Finlandia. W
maju na licznych briefingach dyplomaci fińscy informowali o tym, że spośród
licznych spraw unijnych, które Finlandia będzie prowadzić od 1 lipca,
szczególnie jedno rozporządzenie, tzw. REACH – o składnikach chemicznych w
produktach przemysłowych – jest dla Helsinek najważniejsze. Dla polskiego
przemysłu wartość roczna zapisów tego rozporządzenia mierzona była w miliardach
złotych, dla Unii Europejskiej w dziesiątkach miliardów euro. Finlandia
potrafiła nie tylko doprowadzić do końca trwające 3 lata negocjacje w tej
sprawie, ale dodatkowo uzyskała zapis o tym, że Europejska Agencja nadzorująca
wprowadzanie rozporządzenia REACH znajdować się będzie na jej terytorium.
Podobne przykłady można mnożyć w odniesieniu do innych prezydencji. Chodzi tutaj
o właściwy model. Nikt nie posądzał Finlandii o nadmierny egoizm narodowy.
Wszyscy gratulowali Finom konsekwencji i sukcesu w zakończeniu negocjacji nad
ważnym rozporządzeniem. Na tak precyzyjne określenie konkretnego priorytetu
naszego przewodnictwa pozostało jeszcze kilka tygodni. Zamiast miłych lub
kontrowersyjnych świecidełek, życzyć należy przede wszystkim polskiemu rządowi,
aby mógł pochwalić się na koniec prezydencji jakąś "pamiątką" podobną do tej
fińskiej. Polacy powinni móc powiedzieć sobie po zakończeniu naszego
przewodnictwa Unii Europejskiej w grudniu 2011 roku: mamy ważne dla nas zapisy
rozporządzenia, mamy na terenie naszego kraju dodatkowy oddział agencji unijnej,
zdobyliśmy konkretne fundusze na prowadzenie jednej z polityk europejskich
przyznanej nam w czasie naszej prezydencji.
Nie zapomnijmy o budżecie
Kalendarz planowania budżetu UE układa się dla naszego kraju dość szczęśliwie.
Polska otwiera trio – grupę trzech państw planującą budżet Unii na kolejną
7-latkę, tzn. na lata 2012- -2020. Po nas prace przejmie Dania, a zakończy je
Cypr. Budżet 7-letni jest najważniejszym – w sensie finansowym – zadaniem, które
przypadło nam w udziale od początku naszego członkostwa w UE. Ministerstwo
Finansów przejmie przewodniczenie prac Komitetu Budżetowego Rady UE nawet tuż
przed prezydencją. Minister Jacek Rostowski będzie więc jako pierwszy odpowiadał
za bieżące prace UE. Szefem Parlamentu Europejskiego jest do końca tego roku
Jerzy Buzek, a Komitet Budżetowy tegoż Parlamentu jeszcze w czerwcu ma wydać
swoje stanowisko w sprawie planowanego budżetu. Wreszcie komisarzem
odpowiedzialnym za prace nad budżetem jest Janusz Lewandowski. Można powiedzieć,
że obecny rząd ma bardzo wiele kart w ręku, aby nakreślić główne ramy budżetu UE
na 7 lat. Pierwsze ramy finansowe muszą być zaprezentowane we wrześniu tego
roku. Nikt po stronie polskiej nie może i nawet nie powinien uciekać w tej
sytuacji przed odpowiedzialnością za kształt przyszłego budżetu. Przypomnijmy,
że rząd polski w grudniu 2005 r. wynegocjował dla Polski 67 mld euro na
perspektywę finansową 2007-2013. Było to kilkanaście miliardów więcej, niż
planowali jego poprzednicy (Leszek Miller i Marek Belka projektowali ok. 50
miliardów). Następnie nieudolność obecnej administracji doprowadziła do tego, że
w połowie 2009 r. byliśmy przez jakiś czas tzw. płatnikiem netto, tzn. więcej do
unijnej kasy wpłacaliśmy, niż z niej otrzymywaliśmy…
Przy planowaniu 7-letniego budżetu należy zakładać tylko jedno: że budżet
powinien być dla nas jak najkorzystniejszy. Ponieważ równie ważna jak kwestia
wysokości budżetu jest jego struktura, dlatego także ten obszar stanowi ogromne
pole do popisu. Zapewnienie jak największych dopłat bezpośrednich do rolnictwa i
tzw. polityka spójności, czyli pomoc dla najuboższych regionów UE, to również
zadanie dla polskiego rządu na najbliższe miesiące. Utrzymanie korzystnej dla
nas metodologii obliczania zasad polityki spójności w oparciu o wysokość PKB
danego kraju to kolejne pole do zadaniowego, a nie propagandowego podejścia do
prezydencji. Brak konkretnych spraw, o które chciałby zawalczyć dla Polski rząd
PO – PSL, będzie porażką.
Od stycznia prowadzenie prac UE przejmie Dania, kraj o bardzo sprawnej
administracji, kierujący się w swojej polityce zasadą patrzenia na wszystko z
własnej perspektywy. Mają do tego Duńczycy prawo. Obecnie przymierzają się do
zamknięcia granic swojego kraju przed masowym napływem imigrantów z Afryki.
Jeśli prawo do autorskiej polityki mają Duńczycy, to również Polacy powinni
oceniać sprawy międzynarodowe z własnego punktu widzenia. Zdolności chyba nam
nie brakuje. Okazja do ich wykorzystania nadarza się znakomita.
Ogólna zasada prowadzenia polityki zagranicznej mówi, że winna ona toczyć się
ponad podziałami. Tymczasem w Polsce stała się ona ostatnimi czasy zakładnikiem
wyborów parlamentarnych czy też zwykłej bieżącej walki politycznej, personalnego
"wycinania". To truizm, jednak trzeba go podnosić – rząd powinien wokół jednego
czy dwóch priorytetów polskiej prezydencji zjednoczyć siły polityczne kraju.
Departament Planowania Ekonomicznego Ministerstwa Spraw Zagranicznych zapewne
przygotował już warianty negocjacyjne w sprawie stanowiska Polski dotyczącego
kolejnego unijnego budżetu. Należałoby obecnie promować raczej to stanowisko niż
sympatycznego bączka – symbol naszej prezydencji. Wprowadziłoby to nową jakość
do postrzegania naszego kraju również poza jego granicami. Może to być wspólna
praca na rzecz budżetu, który będzie odpowiadał ambicjom takich krajów jak
Polska, nowym członkom UE. Najgorsze byłoby potraktowanie prezydencji jedynie
jako jeszcze jednej okazji do szerzenia propagandy sukcesu.
Dariusz Sobków
Autor jest byłym zastępcą Stałego Przedstawiciela Polski przy Unii
Europejskiej.
