IPN osłania przed recydywą PRL
Z dr. Wojciechem Muszyńskim, historykiem IPN, współredaktorem książki
"Złote serca czy złote żniwa", rozmawia Małgorzata Rutkowska
"Złote serca czy złote żniwa" zmiażdżyły najnowszą książkę Jana Tomasza
Grossa, stając się bestsellerem. Prawda zwyciężyła z bajkopisarstwem?
– Naszym celem nie było żadne "miażdżenie", z tabloidową postmodernistyczną
publicystyką trudno wygrać. Czytelnicy zawsze będą chętnie sięgali po
skandalizujące opowiastki obyczajowe lub zadziwiające odkrycia w rodzaju: UFO
wpłynęło na losy bitwy pod Waterloo. Właśnie w tym nurcie plasuje się pisarstwo
Grossa. Chodzi tylko o to, żeby czytelnicy zdawali sobie sprawę, że to jest
beletrystyka albo fikcja paranaukowa. Pomysł naszej książki narodził się jakiś
rok temu; nie sądziliśmy wówczas, że będzie stanowiła jakąś odpowiedź na
publikację Grossa, choć mówiło się już, że pracuje on nad nową książką. Nasza
koncepcja zakładała wydanie pracy, która ukaże szerokie spojrzenie na stosunki
polsko-żydowskie w wielu kontekstach: od analizy pojedynczych faktów związanych
z pomocą Żydom lub jej brakiem, poprzez sprawy prawne, po ogólny kontekst
historyczny lat 1939-1947. Kiedy okazało się, że Gross wydaje "Złote żniwa" i
towarzyszy temu niezwykła oprawa propagandowa, musieliśmy zmienić harmonogram
prac, tak aby wydać książkę w momencie, gdy Polacy będą się tym tematem
interesować.
Kolejne książki amerykańskiego socjologa obnażają jednak stan naszej
historiografii. Na "Strach" IPN zareagował, wydając pracę prof. Marka
Chodakiewicza "Po Zagładzie" – teraz nie było żadnej oficjalnej polemiki. Z
czego to wynika – z braku argumentów, odpowiedniego warsztatu, przebadanych
źródeł?
– W moim przekonaniu jest to wynik kilku okoliczności. Po pierwsze, IPN nie jest
powołany do tego, żeby uprawiać polemiki z Grossem, który oskarża Polaków o
uczestnictwo w holokauście, ani z Davidem Irvingiem, który z kolei neguje fakt
eksterminacji Żydów i w ogóle istnienia komór gazowych. Internet pełen jest
różnego rodzaju maniaków i wyznawców spiskowych "rewelacji" – jedna z moich
ulubionych to teoria, że Stany Zjednoczone nie istnieją, że to byt wirtualny,
taki matrix, a wszyscy, którzy tam podróżują, są wprowadzani w stan letargu, w
czasie którego koduje im się w mózgu wspomnienia z pobytu w Waszyngtonie czy
Chicago. Gdybyśmy w Instytucie mieli się tym wszystkim zajmować, zabrakłoby
czasu na poważną działalność naukową. Jeżeli Gross uważa, że jest powołany, by
"potrząsać sumieniem Polaków", to niech tak uważa. Problem jest nie w tym, co on
myśli i pisze, ale co wokół tego wyprawiają media i politycy, którzy te jego
teorie nieodpowiedzialnie reklamują. Strach pomyśleć, co by się stało, gdyby
pewnego dnia ludzie mediów wpadli na pomysł promowania spiskowych teorii o
nieistnieniu USA.
Ale Gross istnieje nie tylko na poziomie popkultury, lecz stara się też
wkraczać ze swoimi teoriami do świata nauki.
– I w tym miejscu dopiero pojawia się pole dla polskich historyków, którzy
powinni zabrać głos i wykazać nawet nie tyle nienaukowość "Złotych żniw" – bo
książka ta nie odpowiada żadnym standardom naukowym – ile jej kompletną
ahistoryczność i tendencyjność. Większość jednak wzrusza ramionami i uchyla się
od zabierania głosu, uważając, że ich to nie dotyczy, że tego rodzaju polemiki
są poniżej ich naukowej godności. Niektórzy czują sympatię do Grossa i ciągnie
ich w światła popkulturowych jupiterów. Innym wygodniej jest milczeć, aby nie
narazić się środowisku tzw. tolerancyjnych, którzy wydają się trzymać rządy dusz
w post-PRL. Nie rozumieją, że walka o historyczną prawdę trwa cały czas. Ich
moralnym obowiązkiem jest nie tylko kwerenda archiwalna i pisanie książek
naukowych, ale też praca popularyzatorska, ukazywanie prawdy o naszej
przeszłości niezależnie od panującej politycznie poprawnej mody. A więc i udział
w debatach przeznaczonych nie tylko dla specjalistów, ale także zwykłych ludzi.
Podejrzewam też, że milczenie większości środowiska było wynikiem swego rodzaju
intelektualnego lenistwa, zamykającego się w stwierdzeniu, które często można
usłyszeć: "Przecież to wszystko wiadomo, co tu więcej tłumaczyć!". Może się też
pod tym kryć jakaś obawa przed podejmowaniem tematów kontrowersyjnych, strach
przed narażeniem się "salonowi" czy jak na to zareagują znajomi. Nie ulega
wątpliwości, że publiczne wypowiadanie się na niektóre tematy może skutkować
przypięciem łatki "oszołoma" czy "endeka", co negatywnie zaciąży na dalszej
karierze naukowej.
Przepraszam, ale to mnie nie przekonuje. Jak postawa konformizmu ma się do
wolności badań naukowych? Przecież przysięga doktorska zobowiązuje do kierowania
się prawdą.
– Tu nie chodzi o kłamstwo, tylko o grzech zaniechania. To nie jest tak, że
historycy sprzeniewierzają się swojej misji, jak to było w czasach PRL, i mówią
nieprawdę. Nie, dziś po prostu chcą mieć święty spokój. Są przekonani, że jeśli
czynnie nie uczestniczą w kłamstwie, to jest już lepiej, niż było w PRL. Ale w
każdym systemie wygodniej jest być konformistą. Jest jednak za taki konformizm
kara. Jeżeli sami będziemy sobie ograniczać tematy, które chcemy poruszać w
naszych badaniach, i sami będziemy się cenzurowali, wolność badań naukowych
zdecydowanie ulegnie ograniczeniu. W "Newsweeku" ukazał się niedawno tekst, że
Polacy domagają się od Ukraińców potępienia ludobójstwa na Wołyniu, a sami
niewiele o tym wiedzą. I to racja, tylko jakie są tego przyczyny? Po pierwsze,
przez prawie dwadzieścia lat poświęcano prawdę o rzeziach UPA na ołtarzu
proukraińskiej polityki wschodniej. Wyszydzano takich historyków jak dr hab.
Wiktor Poliszczuk, a dziś jeden z jego rzekomych pogromców, dr Grzegorz Motyka,
wydaje książkę, w której powiela tezy Poliszczuka, wcześniej przez siebie
zwalczane. Po drugie, wołyńskie rzezie nie zajmują wiele miejsca w szkolnych
programach nauczania. Po trzecie, w mediach to temat "nieciekawy" i pomijany.
Skoro tematyka historyczna w TVP może się pojawić (a i to sporadycznie) po godz.
23.00, to jak ma ją obejrzeć przeciętny człowiek, który wstaje do pracy o godz.
6.00? Efekty są takie, że optymistycznie licząc, 50 proc. Polaków to historyczni
analfabeci, niekojarzący najprostszych faktów z dziejów najnowszych. Stwarza to
doskonałe możliwości do funkcjonowania publicystyki Grossa i jemu podobnych.
Profesor John Radziłowski w swoim artykule zamieszczonym w "Złotych sercach
czy w złotych żniwach" opisuje bardzo ciekawe zjawisko, jak neostalinowski
dyskurs zawłaszcza coraz większe obszary życia intelektualnego w USA. Ta
rewolucja dociera też do Polski. Postawić jej tamę w historiografii ma pismo
"Glaukopis", którym Pan kieruje?
– Na Zachodzie brylują ci, którzy wymyślili taki obraz, a u nas są ich klony,
papugi, które bezmyślnie powtarzają wzory zachodnie. Ale jest jeszcze gorzej.
Wiele osób zajmujących się historią bezrefleksyjnie używa języka propagandy PRL,
np. o wejściu Sowietów w 1944 r. piszą "wyzwolenie", a przecież to była nowa
okupacja, w różnej formie trwająca do 1993 r. – do wyjścia wojsk sowieckich.
Używa się też masowo określenia "Związek Radziecki". Po polsku, żeby to
właściwie brzmiało, powinno być "radiański", ale po co używać takich nowotworów,
skoro mamy słowo sowiecki, które najlepiej oddaje istotę sprawy. Takie przykłady
można mnożyć – to jest pośmiertny triumf komunistycznych propagandystów.
My chcemy pokazać, że można odrzucić wzorce z PRL. "Glaukopis" powstał po to, by
młodzi historycy mieli gdzie publikować wyniki swoich badań. Interesowała nas
głównie najnowsza historia Polski, historia sztuki, literatura. W naszym piśmie
można znaleźć informacje o wydarzeniach ciekawych i nieznanych, artykuły zaś są
pisane bez kagańca politycznej poprawności. Nie interesuje nas publicystyka ani
modne socjologiczno-historyczne spekulacje – tzw. historia społeczna; tworzymy
pismo naukowe, co jednak nie oznacza wcale, że nudne. Józef Mackiewicz mawiał,
że "jedynie prawda jest ciekawa", a nas właśnie interesuje przywrócenie prymatu
prawdy obiektywnej w naukach humanistycznych.
W IPN znajduje Pan przestrzeń do badania tematów uznawanych za niepopularne?
– Na pewno tak: to jest oaza swobody badawczej. Nikt nikomu nie przeszkadza w
badaniu tematów uznawanych przez niektórych za "politycznie niepoprawne".
Pracownikom naukowym z Instytutu przypisuje się zapędy do dzikiej lustracji i
walkę teczkami. A to są horrendalne bzdury. Żeby się o tym przekonać, wystarczy
zapoznać się z listą publikacji wydanych przez IPN. Działania lustracyjne
wynikające z ustawy o IPN prowadzi specjalny, odrębny pion. Natomiast pracownicy
pionu edukacji, w którym pracuję, zajmują się działalnością stricte naukową, a
nie wyścigiem w ujawnianiu jak największej liczby tajnych współpracowników SB.
Na to po prostu nie mamy czasu, choć myślę, że to wielka szkoda: warto bowiem
pokazywać zarówno tych ludzi, którzy dali się SB złamać, jak i tych, którzy
pozostali niezłomni. Miałoby to na pewno walor dydaktyczny.
Wśród zapomnianych niezłomnych jest szczególnie wielu narodowców, np.
Stanisław Kasznica. Dlaczego wciąż pokutuje czarna legenda tego obozu urobiona
przez komunistów i "salon" III RP?
– Narodowe Siły Zbrojne były przez dziesięciolecia "czarnym ludem"
komunistycznej i lewicowo-liberalnej propagandy, a ich żołnierzy oskarżano o
wszystkie możliwe zbrodnie. Dziś już używanie sformułowania "bandy NSZ" nie jest
możliwe, gdyż po prostu dyskwalifikuje ono ich autora. Ukazuje się coraz więcej
opracowań naukowych, zarówno o NSZ, jak i o całej historii obozu narodowego.
Fałszywe stereotypy muszą w końcu zniknąć. Wybitnie przyczynił się do tego IPN.
To jego działania, szczególnie w okresie, gdy kierował nim śp. prof. Janusz
Kurtyka, spowodowały, że pojawił się inny język w debacie o najnowszej historii
Polski. Obecnie Instytut jest barierą, która osłania Polaków przed recydywą PRL
w naukach historycznych.
Skąd wzięły się Pana zainteresowania obozem narodowym? W szkole mówiono coś
pozytywnego o Romanie Dmowskim?
– Ale gdzież tam! To był PRL, połowa lat 80. Miałem wtedy kilkanaście lat, a
Dmowski i jego polityczne prace były naprawdę bardzo mało znane i nie budziły
specjalnej ciekawości. Dreszcz emocji wywoływał za to Piłsudski. O nim naprawdę
publicznie nie można było mówić dobrze, bo uważano go za pogromcę Sowietów i
antykomunistę. Cud nad Wisłą w 1920 r. – to było coś! Walczyć z komuną, strzelać
do bolszewików – to rozpalało wyobraźnię, moją i kolegów. Jeśli chodzi o
narodowców, to bardzo się nam podobała legenda Narodowych Sił Zbrojnych.
Legenda, bo nikt nic konkretnego o NSZ nie wiedział – wiadomo było tylko, że to
prawicowcy, nacjonaliści i jeszcze długo po wojnie strzelali do ubeków i
partyjniaków. Być może to właśnie stąd się wzięły moje zainteresowania…
Chciałem po prostu wiedzieć więcej. W liceum, do którego chodziłem – im. Jana
Zamoyskiego w Warszawie – panował nastrój jednolicie opozycyjny, nie trzeba było
się kryć z niechęcią do komuny. Działała grupa młodzieżowa afiliowana przy
Konfederacji Polski Niepodległej, z którą się związałem.
Jak udało się Panu łączyć piłsudczykowski czyn i chłodny realizm myśli
narodowej?
– Byłem chłopakiem takim jak wielu innych: chciałem walczyć z komuną. Na
poznanie idei narodowej przyszedł czas później. Na początku roku szkolnego
mówiło się: "Nie ma co się uczyć, bo i tak pójdziemy do powstania". Wiosną
trzeba było za to szybko podciągać stopnie, a od nowego roku to samo. Zbierałem
bandaże i środki opatrunkowe, które magazynowałem w tapczanie, bo byłem
przekonany, że przydadzą się, gdy będziemy strzelali do czerwonych. Nasza
organizacja szkolna nazywała się Polska Organizacja Młodzieżowa. Rzucanie ulotek
w szkole to była zabawa, bo wszyscy wiedzieli, kto to robi, ale nikomu nie
przyszło do głowy, żeby nas łapać. Natomiast akcja ulotkowa w mieście, w
godzinach szczytu na przystanku pełnym ludzi, to było duże przeżycie. Ale
największą przygodą było malowanie sprejem napisu "Trzeci Kongres Konfederacji
Polski Niepodległej". To było w 1988 roku. Kiedy pisałem to długachne hasło,
każdy człowiek, który pojawił się w promieniu 200 metrów, był dla mnie ubekiem,
a każdy samochód – radiowozem. Sprzedawaliśmy też bibułę na Krakowskim
Przedmieściu przed uniwersytetem, ale to już wtedy niczym nie groziło.
Zamiast powstania był Okrągły Stół, kontestowany przez KPN, fraternizacja
części opozycji z Kiszczakiem i Jaruzelskim.
– Wszyscy wtedy liczyli, że to jest koniec komuny. U mnie w rodzinie np. nikt
nie przypuszczał, że komuniści i "elity solidarnościowe" mogą nas oszukać.
Świadomość była raczej niska, nikt nie wiedział, o co naprawdę idzie ta gra.
Popularne hasło "transformacji ustrojowej" nie oznaczało bowiem odcięcia się od
systemu PRL, ale jego przetworzenie. Otrzymaliśmy w wyniku tego PRL-bis nazywaną
obecnie III RP.
Po raz pierwszy dotarło do mnie, że rząd Mazowieckiego to nie moja bajka, w
czasie dyskusji w Sejmie o nowym godle: miał być orzeł w koronie, ale bez
krzyża. Ten krzyż już wówczas gorszył część dawnej opozycji "solidarnościowej".
Potem dużym zaskoczeniem było odkrywanie korzeni niektórych czołowych działaczy
solidarnościowej opozycji. Nagle okazywało się, że ten miał ojca prokuratora
stalinowskiego, inny to z kolei syn ubeka czy działacza KPP sprzed wojny.
Przyjmowałem to ze szczerym zdziwieniem, wcześniej nie wierzyłem, że coś takiego
może być. Ale okazało się, że tak. Polska inteligencja nie wiedziała wtedy
kompletnie nic.
Jak przewidywał Stefan Kisielewski, po 1989 r. zaczęły odradzać się
najważniejsze nurty polityczne sprzed II wojny światowej, ale były tylko bladym
cieniem swoich poprzedników. Narodowa Demokracja, która sprawowała rząd dusz nad
kilkoma pokoleniami Polaków, nie odzyskała dawnego znaczenia. Co na tym
zaważyło?
– Fakt pewnego niedostrojenia tego nurtu do nowej rzeczywistości. Działacze,
którzy objawili się w 1989 r., to było jakieś pospolite ruszenie – zupełny brak
nawet minimum profesjonalizmu. Oni w większości byli mentalnie "zamrożeni" w
1939 r. i nagle nastąpiła odwilż. Mówili językiem z innej epoki, z przedwojennej
Polski, co po traumie PRL było zupełnie niezrozumiałe. Inna smutna sprawa to to,
że zamiast mówić o sprawach bieżących i ważnych, zaczęli opowieści o masonach,
Żydach i tym wszystkim, co narodowcy głosili przed wojną. Ludzie, którzy w
klatce mentalnej siedzieli 50 lat, po prostu nie rozumieli, że czasy się
zmieniły i zmienił się język polityki. Nie rozumieli ich także słuchacze. Nie
istniał też żaden polityczny plan: środowiska narodowe nie były przygotowane na
upadek reżimu komunistycznego, o którym marzyły tyle lat.
Do której części opozycji władze PRL zaliczały w latach 80. kręgi narodowe?
– Dziś, gdy są dostępne materiały SB, widać wyraźnie, że od początku
strategicznym celem służb było wpuścić aktywizujących się narodowców w ślepą
uliczkę opowieści o "intrygach żydomasońskich". Wiara w takie brednie całkowicie
paraliżuje i demobilizuje organizacyjnie każdy ruch polityczny, zamieniając go w
sektę paranoików węszących wszędzie spisek masoński i powtarzających mantrę, że
"nic się nie da zrobić". Dzięki tej manipulacji właśnie udało się odciąć
większość środowisk narodowych od udziału w podziemnej "Solidarności".
Szczególnie niechlubną rolę odegrali w tym TW "Roguski", właściciel "podziemnej"
oficyny organizowanej przy pomocy komunistycznych służb, oraz TW "X", autor
broszurek z cyklu "Judeopolonia" z lat 80. To m.in. dzięki ich aktywności SB
odniosła sukces, neutralizując część środowisk odwołujących się do tradycji
endeckiej. Natomiast ci narodowcy, głównie młodzież, którzy pozostali aktywni
(druk i kolportaż bibuły, demonstracje), byli zajadle zwalczani przez środowiska
postkorowskie, współdziałające w tym z prasą reżimową. Opluwała ich "Trybuna
Ludu", a opozycjoniści pisali donosy do Episkopatu Polski i interweniowali u ks.
bp. Władysława Miziołka, oskarżając tę młodzież o wszystko, co najgorsze: od
antysemityzmu po współpracę z SB. Ta ostatnia insynuacja była szczególnie
szkodliwa prestiżowo i – jak się dziś okazuje – ogólnie fałszywa. Ale w taki
sposób tworzono wokół młodzieży narodowej klimat podejrzeń. Szerzej na ten temat
pisał dr Tomasz Kenar w numerze 19/20 pisma "Glaukopis" z 2010 roku.
Poznając myśl narodową, zyskał Pan i poglądy polityczne, i impuls do badań
naukowych?
– Gdy zacząłem studia historyczne w 1991 r., okazało się, że wciąż są tematy
tabu, a jednym z nich jest właśnie obóz narodowy. Chodziłem na seminarium prof.
Tomasza Witucha, któremu wiele zawdzięczam. Jego wykłady były fascynujące, a
poza tym każdy jego student wiedział, że zawsze może liczyć na pomoc profesora.
Sam miałem możliwość się o tym przekonać.
W 1995 r. z kolegami z koła naukowego wpadliśmy na pomysł, żeby pokazać film
dokumentalny na temat wojny domowej w Hiszpanii. Film był lewicowy, ale
przedstawiał wiele ujęć powstańców gen. Franco. Dla równowagi zrobiłem plakat z
gen. Franco i napisem, że film ukazuje krucjatę przeciwko bezbożnemu komunizmowi
i ateizmowi. Plakat wisiał kilka dni, a następnie rozpętało się piekło. Zostałem
wezwany przez ówczesnego dyrektora Instytutu Historii UW, który zapytał, czy
chcę się pożegnać ze studiami. Nie wiedziałem, o co chodzi. Okazało się, że
właśnie o plakat. Dyrektor zagadnął mnie: "Czy pan wie, że na tym wydziale są
osoby, które całą wojnę przeżyły w chlewikach, bo musiały się ukrywać?".
Odpowiedziałem, że nie wiedziałem, że mamy na wydziale jakichś Hiszpanów… Na
to usłyszałem, że Franco to Mussolini, Mussolini to faszyzm, faszyzm to Hitler,
Hitler to holokaust. I zostałem wyrzucony z gabinetu z zapowiedzią, że zajmie
się mną komisja dyscyplinarna. Spotkałem wtedy przez przypadek prof. Witucha,
któremu opowiedziałem całe zdarzenie. Poszedł zaraz porozmawiać w mojej sprawie
i zakończył rozmowę stwierdzeniem, że on jako profesor podpisuje się pod tym, co
napisałem. W efekcie nie zostałem wyrzucony, ale projekcję filmu odwołano. Za to
"Gazeta Wyborcza" odtrąbiła zwycięstwo, publikując artykuł "Franco nie
przeszedł".
Dmowskiego stereotypowo określa się mianem "kontrowersyjny", usuwając w cień
jego wielkie zasługi dla Polski i oryginalność strategii geopolitycznej.
Aktualność prac "ojca polskiego nacjonalizmu" jest uderzająca.
– Doceniam indywidualizm Dmowskiego i niebywały realizm jego myśli. Rozumiał, że
warunkiem odzyskania wolności będzie uprzednie uwolnienie umysłów naszego
społeczeństwa. Zaborcy przez ponad 120 lat wmawiali Polakom, że są głupi i do
niczego się nie nadają – to musiało pozostawić wielkie spustoszenie w
świadomości. Dmowski odrzucał więc fałszywą narodową megalomanię, obnażał i
krytykował polskie kompleksy oraz słabości, ale nie pozwalał Polski obrażać.
Posiadał niezwykłą umiejętność uczenia się od innych narodów rzeczy, które mogły
kraj unowocześnić i wzmocnić. Uważał bowiem, że tylko Polska silna i nowoczesna,
inspirowana przez Europę Zachodnią, będzie w stanie zachować swoją tradycję i
tożsamość. Warta wyjaśnienia jest sprawa jego stosunku do Rosji: Dmowski nigdy
nie był prorosyjski. Więcej nawet, prywatnie Rosji nie lubił, a tamtejszej
kultury nie cierpiał, czemu np. dał wyraz w rozmowach z amerykańskim
dziennikarzem Emilem Dillonem – opublikowaliśmy w "Glaukopisie" (nr 5/6 z 2006
r.) notatki z tych spotkań. W 1914 r. poparł Rosję, ponieważ była ona aliantem
mocarstw zachodnich – Francji i Wielkiej Brytanii, a także dlatego, że walczyła
z Niemcami, które uznawał za najgroźniejszego wroga polskich dążeń
niepodległościowych.
W ostatnich latach jako członek Zespołu ds. opiniowania wniosków o nadanie
odznaczeń za działalność opozycyjną przy Kancelarii Prezydenta RP Lecha
Kaczyńskiego miał Pan możliwość zadośćuczynić ludziom, którzy przenieśli w PRL
ideę niepodległości.
– Zostałem do zespołu oddelegowany w 2006 r. oficjalnie jako reprezentant IPN, a
potem już z mianowania. Jako historyk miałem tam służyć pomocą. To było wielkie
wyróżnienie, bo w tym gremium znajdowały się osoby, których to raczej ja
powinienem pytać o radę. Byli tam: pani Zofia Romaszewska, która całe podziemie
znała od podszewki, Janina Jankowska, wybitna dziennikarka radiowa, Maria
Maruszczyk, córka mec. Władysława Siły-Nowickiego, mec. Jacek Taylor i Ewa
Bierezin. Mogłem tylko dziękować, że znalazłem się wśród takich osób. Nasz
zespół został powołany po to, by nagradzać osoby, które do tej pory nie zostały
zauważone, jak to prezydent nazwał – takie "szare myszki podziemia". I szereg
takich ludzi zostało wreszcie dostrzeżonych i uhonorowanych – było ich, jak
sądzę, ponad tysiąc. Znaleźli się w tym gronie działacze ROPCiO, KPN, Ruchu
Młodej Polski, "Solidarności Walczącej" i NZS. Żałuję, że nie udało się
odznaczyć pośmiertnie Rafała Gan-Ganowicza oraz braci Ryszarda i Jerzego
Kowalczyków, którzy w 1971 r. wysadzili w powietrze aulę w Opolu, gdzie miały
się odbyć uroczystości "Dnia Milicjanta".
Obecny prezydent zamiast bohaterów walki z komuną woli nagradzać "utrwalaczy"
PRL. Historyk może afirmować taką politykę orderową?
– Były pewne naciski, żeby nasz zespół działał dalej, tak jakby nic się nie
stało. Argument był taki, że zawsze będzie możliwość pomocy różnym zasłużonym
osobom. Nie jest tajemnicą, że prezydent Komorowski nie jest moim idolem, choć
miałem też pewne zastrzeżenia w stosunku do jego poprzednika. Ale to, co mnie
ostatecznie przekonało, żeby opuścić zespół, to zachowanie Komorowskiego w
sprawie krzyża smoleńskiego, który został "aresztowany" i zamknięty na klucz w
kaplicy w Pałacu Namiestnikowskim. Przywoływało to analogie do aresztowania
obrazu Matki Bożej Częstochowskiej, w podobny sposób potraktowanego przez SB w
latach 60. Recydywą PRL pachniało także zaproszenie gen. Jaruzelskiego na
wycieczkę do Moskwy, kiedy Komorowski pełnił obowiązki prezydenta. Swoją decyzję
z pisemnym uzasadnieniem przekazałem dyrektorowi Jackowi Michałowskiemu. Z
zespołu odeszły też inne osoby: jako pierwsza Zofia Romaszewska, potem panie
Maria Maruszczyk i Janina Jankowska. Na nasze miejsca weszli za to m.in. Jan
Lityński, Ludwika Wujec. Nie chciałbym się znaleźć w takim gronie, w żadnym
razie…
Dziękuję za rozmowę.
