Polityka zagraniczna do bólu „poprawna”

Z Andrzejem Maciejewskim, ekspertem z Instytutu Sobieskiego, rozmawia
Paulina Jarosińska

Wizyta Baracka Obamy w Polsce, planowana na koniec maja, świadczy o tym, że
nasz kraj jest liczącym się graczem i w pełni suwerennym państwem – uważa
minister Radosław Sikorski. Czy zgodzi się Pan z taką diagnozą?

– Ostatnie wypowiedzi pana ministra Sikorskiego są chyba ripostą na wystąpienia
z kongresu organizowanego przez Instytut Sobieskiego "Polska – Wielki Projekt".
Prelegenci nie zostawili suchej nitki na szefie resortu spraw zagranicznych,
konstatując, że obecna polityka zagraniczna jest jedną z najgorszych w okresie
ostatnich 20 lat. Również w kontekście naszych relacji ze Stanami Zjednoczonymi.
Jeżeli dla Radosława Sikorskiego sukcesem jest pojawienie się prezydenta Baracka
Obamy na dwudniowym szczycie państw Europy Środkowo-Wschodniej, to ma on duże
poczucie humoru.

Jak wobec tego scharakteryzowałby Pan styl budowania relacji
polsko-amerykańskich przez obecny rząd?

– Polska polityka zagraniczna ogólnie jest miałka i do bólu "poprawna". Opiera
się ona na zasadzie "nie wychodzimy przed szereg", co w praktyce oznacza brak
woli walki o własne interesy. Mam tu na myśli nie tylko sprawę Gazociągu
Północnego czy wycofanie w polityce regionalnej. Ten brak woli walki o swoje –
mówiąc kolokwialnie – dostrzegamy również w naszych relacjach ze Stanami
Zjednoczonymi. Obama ma specyficzny styl rządzenia. Wycofał się w swojej
polityce do problemów wewnętrznych. Polska w Białym Domu jest postrzegana jako
jakieś tam państwo w Europie Środkowo-Wschodniej. Ameryka nie ma już interesów w
Polsce, w naszym regionie. Sprawa tarczy antyrakietowej się rozmyła, koalicja
antyterrorystyczna funkcjonuje bardziej wirtualnie niż realnie. Wszystkie strony
myślą tylko, jak się z niej z twarzą wycofać. Podłoże naszych relacji z Ameryką
jest dosyć złożone i nie jest wcale tak cukierkowo, jak chciałby tego Radosław
Sikorski. Można odnieść wrażenie, że Barackowi Obamie bliżej do Rosji niż do
niektórych członków NATO. Amerykanie obecnie nie mają partnera w sensie
politycznym, mimo takich aspiracji i zapewnień. Relacje z Ameryką to nie jest
prosta sprawa. Jednak to nie oznacza, że z tego powodu Polska ma prowadzić
względem USA politykę miałką, z pozycji małego państwa, a nie silnego, ambitnego
gracza.

Donald Tusk i Radosław Sikorski tak właśnie według Pana postrzegają Polskę –
jako państwo na marginesie?

– Nawet jeśli premier Tusk ma ambicje, to one przewyższają jego umiejętności.
Być może jego intencją jest spektakularne brylowanie na salonach europejskich,
jednak do takiego brylowania również potrzebne są zdolności. Konsekwentnie
wychodzi z niego nijakość, brak wizji i pomysłów. Ani premier, ani minister
spraw zagranicznych nie są mężami stanu, którzy realizują plan, mając
jednocześnie diagnozę. Dziś na poziomie Unii Europejskiej nie mamy prawdziwych
decydentów; mamy za to do czynienia z urzędnikami. Takimi właśnie urzędnikami są
ministrowie w rządzie Tuska. Nie mamy obecnie mężów stanu – jak na przykład
węgierski premier Victor Orban. To jest jedyny polityk, który potrafi
zaakcentować potrzeby, interesy własnego kraju i nie boi się o nie walczyć.
Urzędnik dla odmiany wykonuje polecenia przełożonego (patrz: Donald Tusk
realizujący zalecenia unijne bez względu na to, czy są one dobre dla Polski, czy
nie). Największą porażką dla polityka jest, jeśli zbiera oceny nijakie, jeśli
nie wykazuje charakteru.

Radosław Sikorski za wszelką cenę stara się nie być nijaki. Wyrazistości jego
polityce mają dodawać opinie, które nie wiadomo jak interpretować…

– Minister Sikorski tak właśnie buduje swój wizerunek. Zbliża się prezydencja
Polski w Unii i to ostatnia chwila, aby znaleźć jakiś pomysł na ten czas. Jest
to również gorączka przedwyborcza. W gruncie rzeczy od 1 lipca czeka nas
festiwal życzeń i plejada unijnych urzędników. Teraz jest "za pięć dwunasta", a
polski rząd szuka dopiero tematu numer jeden dla Europy. Nie zapominajmy
również, że premier Tusk jest mistrzem uników – pokazał to już wielokrotnie w
momentach trudnych. A jeśli coś nie wychodzi, to odpowiedzialna jest za to
oczywiście opozycja…

I w ramach polemiki z nią Sikorski podkreśla na każdym kroku, jak wspaniałą
pozycją w Europie i na świecie cieszy się Polska. A dowodem na to ma być
dwudniowa wizyta prezydenta Obamy…

– Ta wizyta pokazuje coś dokładnie odwrotnego, a mianowicie to, jak daleko w
hierarchii ważności jest dla Stanów Zjednoczonych Polska. Nasza rola jest
znikoma. Barack Obama liczy na korzyści wizerunkowe – odrobienie zaległości w
naszym regionie po nieobecności. Podobny cel ma polska strona – chce wydarzenie,
które w gruncie rzeczy wykazuje słabość naszej pozycji, przedstawić jako sukces.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj