Słyszałam coś w rodzaju uderzenia
Z Aleksandrą Ignatienkową, ratownikiem medycznym z Pogotowia Ratunkowego
Rejonu Smoleńskiego, rozmawia Piotr Falkowski
Jak dowiedziała się Pani o katastrofie?
– Pojechali najpierw strażacy. My od razu byliśmy za bramą, żołnierze nam ją
otworzyli i jechaliśmy do samolotu, a strażacy byli już w środku. Tam było
jakieś kierownictwo, pokazali strażakom, gdzie jechać, a my za nimi. Słyszeliśmy
zresztą coś w rodzaju uderzenia, stuknięcia.
I co zobaczyli Państwo na miejscu?
– Byliśmy jednymi z pierwszych, którzy tam dotarli. Widzieliśmy fragmenty
samolotu. Wszystko w ziemi, takiej błotnistej, mokrej, jak to po roztopach. To
jest w ogóle ciężkie zobaczyć katastrofę z taką liczbą ofiar. Ten obraz zostaje
na zawsze. Do dzisiaj mam przed oczyma ten straszny widok. Już pięciu martwych
ludzi robi wrażenie. A tu tylu!
Spodziewali się Państwo, że będą tam żywi ludzie potrzebujący pomocy?
– Od razu nie wiedzieliśmy, ile będzie ofiar, czy może ktoś przeżył, więc
zawiadomiliśmy głównego lekarza, żeby wezwał więcej karetek. Jeszcze zanim
dojechaliśmy, już do niego zadzwoniliśmy. Dotarły dwa zespoły ratownicze
miejskie, a rejonowy nie dojechał wcale. Oni szli pieszo, bo dojechać od strony
szosy nie było jak. Ale zaraz ich zwolniono, bo nie było kogo ratować.
Długo szukali Państwo żywych?
– Ja wtedy na zegarek nie patrzyłam. Nie wiem. To był stres i dla nas. Niech pan
mnie zrozumie.
I co tam robił Państwa zespół?
– Naszym zadaniem było szukanie żywych, aby im pomóc, ale ich nie było. To
bardzo trudno opisać komuś, kto tam nie był. To nie były zwłoki, tylko fragmenty
ciał, krew, wnętrzności. Biegaliśmy między tym wszystkim i próbowaliśmy znaleźć
chociaż jakieś ciało w całości. Jeszcze był tam ogień, ale strażacy zaraz go
ugasili. Po co wy przychodzicie, jeszcze każecie wspominać takie rzeczy?!
Człowiek, który tego nie widział, nie zrozumie. Tego nie da się opisać.
Pamięta Pani znalezienie ciała prezydenta?
– Nie szukaliśmy ciał. To śledczy byli od tego. Nas przy tym nie było.
A co Państwo robili, gdy już się okazało, że nie ma żywych?
– Zostaliśmy w pobliżu, kazano nam zabezpieczać akcję ratowniczą. Przecież tam
było mnóstwo ludzi. A funkcjonariusze MCzS mieli ciężki sprzęt, piły, ktoś mógł
się zranić, źle poczuć, zasłabnąć. Ale na szczęście nie było poważniejszych
problemów.
Pamięta Pani, jak przyjechali premierzy, a potem brat Lecha Kaczyńskiego?
– Tak, ale oni byli z ochroną, nie dopuszczono nas. Widziałam premiera tylko z
daleka.
Kiedy zakończyli Państwo swój dyżur?
– O piątej rano.
Kiedy Pani widzi np. w telewizji informacje o katastrofie, o śledztwie, to co
Pani wówczas myśli? Przecież to wydarzenie, w którym brała Pani udział
osobiście.
– To nie tak. Tam jest dużo polityki. A mnie polityka nie interesuje w ogóle.
Dziękuję za rozmowę.
