Namiot nadziei na normalność
Naprzeciw Pałacu Prezydenckiego stoi biały przenośny namiot. Jest znakiem
rozpoznawczym protestu zorganizowanego przez Stowarzyszenie Solidarni 2010, na
czele z reżyser Ewą Stankiewicz. Pomimo przemocy użytej wobec protestujących,
akcja zakończy się dopiero wtedy, gdy zostaną spełnione postulaty wypisane na
transparentach i wykrzyczane w pierwszą rocznicę katastrofy smoleńskiej przez
tysiące Polaków niegodzących się na sposób prowadzenia smoleńskiego śledztwa i
postawę polskiego rządu.
Co kilka metrów na Krakowskim Przedmieściu można spotkać spacerujących parami
strażników miejskich lub policjantów. Im bliżej Pałacu Prezydenckiego, tym
więcej patroli. Pracownicy firmy zajmującej się oczyszczaniem miasta
pieczołowicie myją fragment chodnika. Wokół namiotu Stowarzyszenia Solidarni
2010 zebrało się kilkadziesiąt żywo dyskutujących ludzi. Wyczuwa się atmosferę
zwiększonej gotowości. Ale zacznijmy od początku.
Brutalna pacyfikacja
Kiedy zakończyły się uroczyste obchody pierwszej rocznicy katastrofy smoleńskiej
i służby porządkowe przystąpiły do usuwania wszelkich śladów obecności na
Krakowskim Przedmieściu kilkudziesięciotysięcznego tłumu, oddającego hołd
ofiarom katastrofy z 10 kwietnia 2010 r., po drugiej stronie ulicy przed Pałacem
Prezydenckim pozostał biały namiot ustawiony przez członków Stowarzyszenia
Solidarni 2010. Na jego ścianach zawisły postulaty. Główny z nich to żądanie
dymisji premiera Donalda Tuska i jego ministrów: Tomasza Arabskiego, Radosława
Sikorskiego, Bogdana Klicha oraz Jerzego Millera – za zdradę interesów państwa.
– Polska, oddając śledztwo w ręce Rosjan, straciła suwerenność. Za to Donald
Tusk powinien stanąć przed Trybunałem Stanu! – mówiła do tłoczących się wokół
namiotu dziennikarzy Ewa Stankiewicz. Na liście znalazły się również postulaty
utworzenia międzynarodowej komisji do zbadania przyczyn katastrofy,
natychmiastowej ekshumacji ofiar katastrofy oraz ujawnienia zdjęć satelitarnych
miejsca, gdzie rozbił się rządowy samolot Tu-154M. Na namiocie zawisł również
napis w języku angielskim: "We say no to Russian lies" czyli: "Rosyjskim
kłamstwom mówimy: "Nie"". Szybko okazało się jednak, że namiot, na którym
powieszono biało-czerwone flagi, a także grupa w większości młodych,
rozmawiających z mediami i przechodniami ludzi, stały się solą w oku rządzącym.
W poniedziałek po południu namiot zostaje szczelnie otoczony kordonem straży
miejskiej. Strażnicy zaczynają szarpać osoby znajdujące się w namiocie i obok
niego. Przystępują do usuwania namiotu. Nie pozwalają nawet zabrać znajdujących
się w środku rzeczy. Dziennikarza "Gazety Polskiej" Michała Stróżyka, który nie
chce wyjść na zewnątrz, brutalnie powalają na ziemię i zakuwają w kajdanki. Ten
sam los spotyka dwie inne osoby ze Stowarzyszenia Solidarni 2010. – Poczułem na
własnej skórze, że żądanie prawdy o Smoleńsku boli – powie później Stróżyk,
który poturbowany przez straż miejską z obrażeniami kręgosłupa, wstrząsem mózgu
i wybitym zębem trafia do szpitala.
Wędrujący namiot
Dzień później na miejscu rozebranego namiotu znów stoją protestujący. Tym razem,
aby nie dać straży miejskiej pretekstu do usunięcia ich siłą sprzed Pałacu
Prezydenckiego, namiot trzymają w rękach. Zbierają podpisy osób popierających
ich postulaty. Rozdawane są również ulotki informacyjne oraz żółte tulipany, do
których przyczepiono biało-czerwoną szachownicę.
Do akcji przyłączają się przechodnie. Paradoksalnie pozbawienie uczestników
protestu możliwości postawienia namiotu na ziemi i zmuszenie ich do trzymania go
w rękach powoduje, że akcja staje się jeszcze bardziej popularna. Osoby
trzymające namiot czują, że w ten sposób aktywnie wyrażają sprzeciw wobec tego,
co się dzieje w Polsce. W ten sposób, na przekór trudnościom, stoi on codziennie
od 7.00 do 22.00.
Bożena Miazga, zatrudniona w służbie zdrowia, przed południem pracuje, więc
zdecydowała, że do akcji będzie się włączała popołudniami. Twierdzi, że namiot
nie jest ciężki. – Dziś jestem pierwszy raz, ale będę starała się tutaj
przychodzić w miarę sił i możliwości – deklaruje. Ewa Sawicka, sekretarka, która
już od kilku dni bierze udział w akcji, twierdzi, że nie ma żadnych stałych
dyżurów. – Ludzie po prostu przychodzą i stoją tak długo, jak mogą – mówi.
Przekonuje, że warto tu przyjść, chociażby po to, żeby podyskutować lub spotkać
ludzi podobnie myślących. Jednym z trzymających namiot jest również Maciej
Eliasz Grubiński, student Politechniki Warszawskiej oraz instruktor Związku
Harcerstwa Rzeczypospolitej. – Dlaczego tu jestem? Bo dostrzegam powagę tego, co
się wydarzyło i co się dzieje w naszym państwie. Nie zgadzam się również z tym,
jak traktuje się tych, którzy tutaj protestują – mówi, przywołując
poniedziałkową akcję usuwania namiotu i brutalność miejskich strażników. –
Jesteśmy tutaj, żeby rozmawiać nie tylko z tymi, którzy się z nami zgadzają, ale
przede wszystkim z ludźmi o odmiennych poglądach – podkreśla.
Nie aktor, uczestnik Powstania
Do uczestników akcji podchodzi starsza kobieta. Nie ma już na tyle siły, żeby
trzymać namiot, ale przynosi upieczone przez siebie ciasto. Jeszcze inna
częstuje truskawkami. Starszy mężczyzna deklarujący, że walczył w Powstaniu
Warszawskim, wręcza protestującym bochenek chleba. To bardzo wymowne i
chwytające za serce gesty. W głowie powstaje myśl: "Dlaczego ludzie, którzy
kilkadziesiąt lat temu nie wahali się ryzykować życia w obronie Ojczyzny, dziś
znów czują, że muszą się zaangażować?". Kiedy przed Pałacem Prezydenckim stał
krzyż, przychodzili się modlić, teraz dbają, żeby protestujący nie byli głodni.
Podczas sobotniej konferencji prasowej Solidarnych 2010 do protestujących
podchodzi siwy, sędziwy mężczyzna. – Chciałbym państwu przekazać wyrazy mojego
najgłębszego szacunku za waszą postawę – mówi. – Jako człowiek starszego
pokolenia… – I nie aktor? – żartuje ktoś. – Nie aktor. Jestem dumny, że są
tacy spadkobiercy w walce o wolną i niepodległą Polskę. – A kim pan jest? – pyta
jeden z dziennikarzy. – Jestem historykiem, synem legionisty i uczestnikiem
Powstania Warszawskiego tu, na Starówce, wiernym tradycjom chrześcijańskim i
niepodległościowym – odpowiada. Wzruszająca scena, której nie pokażą media.
Wiele osób się zatrzymuje. Czytają postulaty. Dyskutują. Przybywa również
podpisów. U jednych akcja wzbudza ciekawość, inni przechodzą, obojętnie
wzruszając ramionami. Niestety nie brakuje też zachowań, które ciężko uznać za
cywilizowane. Jadący ulicą w kierunku placu Zamkowego rowerzysta zjeżdża na lewą
stronę jezdni i pluje na ścianę namiotu. Ktoś inny krzyczy: "Naziści!". Innym
razem jakiś "młody wykształcony z dużego miasta" rzuca papierową kulką w
przemawiającą przez megafon Ewę Stankiewicz. Ta zaprasza go do dyskusji. Młody
mężczyzna bardzo szybko traci rezon. Okazana przez niego przed chwilą pogarda i
ignorancja zostają skonfrontowane z szacunkiem i racjonalnymi argumentami ze
strony Stankiewicz. Nie potrafi podjąć dyskusji, odsuwa mikrofon, ma kłopot z
odpowiedzią na pytanie, kto w Polsce odpowiada za bezpieczeństwo prezydenta. W
końcu dostaje tulipana i zmieszany odchodzi. Parę kroków dalej wyrzuca go ze
złością.
Opowieść Krakowskiego Przedmieścia
Kilka dni temu prezydent Bronisław Komorowski w jednym ze swoich telewizyjnych
wywiadów określił inicjatywę przed Pałacem Prezydenckim "namiotem pełnym
nienawiści". Do tych słów przedstawiciele protestujących odnieśli się podczas
sobotniej konferencji prasowej. Przedstawili zdjęcia z likwidacji pierwszego
namiotu przez straż miejską. Widać na nich najpierw brutalnie zatrzymanego przez
strażników, a potem leżącego w szpitalu w kołnierzu ortopedycznym i z poobijaną
twarzą Michała Stróżyka. Całość opatrzona jest komentarzem: "Tak wygląda
"wolność słowa" w Polsce". – Apelujemy do pana prezydenta, aby zaprzestał
używania języka inwektyw, a zaczął używać języka argumentów. To jest namiot
nadziei na normalną, wolną i demokratyczną Polskę – mówiła Ewa Stankiewicz w
szóstym dniu protestu. Zwróciła uwagę, że określanie namiotu jako "pełnego
nienawiści" nie tylko mija się z prawdą, ale także naraża na niebezpieczeństwo
życie i zdrowie uczestników, czego dowodem jest chociażby pobity dziennikarz.
Przypomniała również skutki poprzedniej wypowiedzi Bronisława Komorowskiego na
temat krzyża na Krakowskim Przedmieściu. – Ta wypowiedź doprowadziła do
eskalacji konfliktu, a ludzie, którzy modlili się przed krzyżem, byli narażeni
na znęcanie się ze strony różnych bojówek. Przedstawiając zgromadzonym
dziennikarzom swoje postulaty, reprezentanci Solidarnych 2010 zaprzeczyli,
jakoby były one zbyt radykalne. – To walka o normalne państwo – podkreślali.
Dziennikarz Jan Pospieszalski zwraca uwagę, że Krakowskie Przedmieście w ciągu
dziejów było świadkiem wielu ważnych wydarzeń, które zmieniły losy Polski. – I
ta historia toczy się tu w dalszym ciągu. Krakowskie Przedmieście opowiada swoją
nową opowieść – mówi. Jego zdaniem, ludzie zaczynają dostrzegać, że
rzeczywistość jest inna, niż ją przedstawiają "establishmentowe" media, a co za
tym idzie, zmieniają swoje podejście do ludzi protestujących przed Pałacem
Prezydenckim.
– Minął rok od czasu katastrofy i nic nie wyjaśniono. Skompromitowano i
upokorzono Polskę wielokrotnie, ostatnio potajemnie zamieniając tablicę
zamontowaną przez Stowarzyszenie Rodzin Katyń 2010. Ludzie to widzą i sądzę, że
to ma wpływ na ich postawę. Są zainteresowani tym, co się tutaj dzieje i nawet
jeżeli nie w pełni akceptują naszą inicjatywę, to przynajmniej okazują jej pewną
życzliwą tolerancję – zauważa.
Na pytanie, czy nie za wcześnie na taką formę protestu i takie postulaty, Ewa
Stankiewicz odpowiada, że "tu nie chodzi o zastanawianie się nad tym, czy jest
za wcześnie, czy za późno". – Owszem, jest za późno o cały rok. Dymisja osób, o
których mowa w naszych postulatach, powinna była nastąpić dzień po katastrofie –
mówi.
Protestujący zgromadzeni przy namiocie Solidarnych 2010 twierdzą, że nie można
już dłużej czekać. Deklarują, że bez względu na to, jak długo będzie trwała
prowadzona przez nich akcja, musi się zakończyć odsunięciem od władzy ludzi
odpowiedzialnych za oddanie śledztwa w ręce Rosjan i bezczeszczenie pamięci o
ofiarach katastrofy. – Oni powinni zniknąć ze sceny politycznej – podkreślają.
Bogusław Rąpała
