Niebo też kiedyś zagrzmi nad Lwowem
W marcu w Przemyślu odbyła się uroczystość przekazania mniejszości
ukraińskiej Domu Narodowego, który będzie ośrodkiem integrującym wspólnotę
ukraińską rozsianą na Podkarpaciu i nie tylko. Wydawać by się mogło, że przy
okazji zwrotu Ukraińcom ich budynku postawiona zostanie w sposób zdecydowany
sprawa podobnej natury we Lwowie. Tymczasem – nic podobnego. Interes polskiej
mniejszości na zachodniej Ukrainie nie jest dla władz polskich priorytetowy.
Polska, wbrew temu, co próbuje się dziś forsować w kraju i za granicą, zawsze
szanowała prawa mniejszości, także przed wojną, choć nie ustrzeżono się wówczas
błędów. Kiedy jednak podjęto próbę ich naprawy, powołany do tego minister zginął
z rąk ukraińskich nacjonalistów. Obecnie mniejszości także cieszą się zakresem
wolności, który pozwala im w pełni kultywować swoje tradycje narodowe i
religijne. Dotyczy to m.in. Niemców, Litwinów, a także Ukraińców. Czy to samo
można powiedzieć o polskiej mniejszości w tych krajach, z których pochodzą
nasze? Niestety, nie. 30 marca prezydent Litwy, wbrew wzajemnym porozumieniom i
prawu europejskiemu i pomimo protestów podpisała dyskryminującą mniejszości
ustawę mającą w perspektywie zdziesiątkować polskie szkolnictwo w tym kraju i
doprowadzić do stopniowej lituanizacji mniejszości narodowych. Po raz kolejny
gładkie słowa i uśmiech mają przykryć cynizm, arogancję oraz poczucie
bezkarności, oby tym razem złudne. Niemcy również nie kwapią się z uznaniem
polskiej mniejszości u siebie, poprzestając na poklepywaniu wniebowziętych z
tego powodu polskich oficjeli.
Rodacy na łasce losu
Chciałbym jednak pozostawić na boku Litwę i Niemcy, a zwrócić uwagę Czytelników
na problemy polskiej mniejszości na Ukrainie, szczególnie jeśli chodzi o Ukrainę
Zachodnią, a konkretnie Lwów. W tym mieście polska mniejszość także oczekuje na
swój ośrodek, który byłby miejscem kultywowania własnych tradycji narodowych.
Może wystarczyły jakieś zapewnienia bez pokrycia ze strony obecnych także na
uroczystości przedstawicieli władz Lwowa, a może nic takiego nie było ze strony
polskiej oczekiwane? Jeśli tak, to możemy mówić o rozbrajającej wręcz
lekkomyślności i nieodpowiedzialności. Wiem, że zaraz usłyszymy pełne oburzenia
tłumaczenia typu: "Robimy, co możemy", tyle tylko, że takie oświadczenia
słyszymy już od lat.
Polacy jak nie mieli swego Domu, tak nie mają, i zapewne nie będą mieli tak
długo, jak długo polityka ustępstw w imię "dobrych stosunków" będzie
kontynuowana. Jest godny pochwały fakt, że Polska stara się reprezentować
interes Ukrainy w Europie, ale czy jest rzeczą etycznie usprawiedliwioną
pozostawiać sprawy rodaków w tym kraju własnemu losowi? Dla każdego polskiego
rządu hierarchia wartości powinna być oczywista, a nie jest. Podkreślam – nie
interesuje mnie sfera pustych deklaracji, a czyny. Na uroczystościach w
Przemyślu obecny był przedstawiciel władz lokalnych ze Lwowa, przewodniczący
tamtejszej rady obwodowej; był on uczestnikiem biesiadnego stołu wspólnie z
polskim parlamentarzystą, któremu problemy Polaków za miedzą są – jak można
przypuszczać – zupełnie nieznane bądź niewarte aż tak wielkiego zachodu, by psuć
nastrój chwili. Warto wszakże pamiętać, że to przedstawiciele partii rządzącej
we Lwowie wysuwają wobec Polski pretensje terytorialne o wcale nie tak małym
zasięgu, to tam brakuje jakiejkolwiek pozytywnej refleksji nad banderowskim
ludobójstwem na Wołyniu i w Galicji, a w miejsce tego gloryfikuje się zbrodnicze
zachowania.
Groźne resentymenty
Ukraina przeżywa głęboki kryzys gospodarczy i moralny. Wystarczy przejechać
przez ten kraj, by doświadczyć ponurej szarości, beznadziei i braku perspektyw.
Współczucie budzą umęczeni ludzie zapełniający dworce i środki komunikacji,
próbujący jakoś wiązać koniec z końcem. Tymczasem zamiast rozwiązywać nabrzmiałe
problemy, próbuje się ich karmić mirażem "Sobornej Ukrainy" obejmującej
wszystkie "odwiecznie ukraińskie" ziemie, przy czym o tym, które to ziemie,
decydować będą panowie ze Lwowa. Na fali biedy i frustracji łatwo budować mit
zewnętrznego wroga i na niego kierować gniew, marząc przy tym o "odwiecznie
ukraińskim" Przemyślu, Rzeszowie czy Zamościu. To, że ośrodki nacjonalistyczne
mają (na szczęście) oparcie jedynie na zachodzie Ukrainy, nie może nas
uspokajać. W przeszłości często do znaczenia dochodziły środowiska lekceważone
jako słabe i przez to nieszkodliwe. Stawały się one później zarzewiem
niewypowiedzianych tragedii dla milionów ludzi. Warto, by w Przemyślu zdawano
sobie sprawę, kogo się honoruje i z kim wznosi toasty.
Owszem, Ukraina Zachodnia a Centralna i Wschodnia to dwa różne światy, tak jak
dwa różne światy stanowią władze lokalne we Lwowie i centralne w Kijowie.
Historia, jak wiemy z doświadczenia, potrafiła jednak już nieraz zaskoczyć
Europę rozwojem wydarzeń, w jednej chwili burząc złudne poczucie stabilności i
bezpieczeństwa. Żaden szanujący się polityk nie może takich ewentualności nie
brać pod uwagę. Kto uważa, że w naszych czasach historia stanęła w miejscu i
"Unia nas wyżywi, a NATO obroni", jest człowiekiem cokolwiek naiwnym.
Szewczenko w kościele
Równie warta poruszenia jest sprawa respektowania praw katolików obrządku
łacińskiego, którzy na zachodniej Ukrainie są przeważnie Polakami. 24 marca
parafia św. Marii Magdaleny we Lwowie po raz kolejny przegrała proces o zwrot
świątyni. Jak czytamy na stronie internetowej archidiecezji lwowskiej (31
marca), przedstawiciele władz miejskich "wysuwali argumenty nie tyle prawne, co
natury politycznej. Podkreślano, że nasze wymagania są wygórowane, gdyż w
porównaniu z tym, co się robi dla Ukraińców w Polsce, u nas, we Lwowie, jest o
wiele lepiej Polakom. Przedstawicielka rady miejskiej powiedziała nawet, robiąc
aluzję do naszego kościoła, że wiele reżimów okupacyjnych we Lwowie zostawiło
swoje ślady architektoniczne, które zupełnie nie odpowiadają duchowi kultury
ukraińskiej (…). Podczas rozprawy sądowej przedstawicielka rady miejskiej
ciągle podkreślała, że gmach sali organowej to 'pomieszczenia niemieszkalne’,
unikając nawet słów 'kościół’, 'świątynia’ czy 'budynek sakralny’".
Rzeczywiście, trudno zmierzyć się ze wzniosłością argumentacji władz miasta,
których prominentny przedstawiciel uczestniczył trzy dni wcześniej w
uroczystościach przemyskich. Pewnie nadal uważa, że Ukraińcom w Polsce dzieje
się krzywda, a Polacy u niego mają o niebo lepiej. W czasie ostatniego pobytu we
Lwowie byłem we wspomnianym kościele. Świątynia i jej najbliższe otoczenie to
żywy skansen z czasów sowieckich. Umieszczony na frontonie, a raczej bocznej
ścianie (wejście główne zamurowane) napis informuje przybysza, że znajduje się w
pobliżu sali organowej. Wnętrze świątyni zagracone jest do granic możliwości, na
wiernych zaś spogląda w czasie nabożeństwa ogromny portret Tarasa Szewczenki
zawieszony na organach, których katolikom nie wolno używać, choć to ich ojcowie
je sprowadzili i za nie zapłacili. W kaplicy chrzcielnej, cieszącej kiedyś oczy
freskami Jana Henryka Rosena, zrobiono toaletę. Takie standardy panują we
Lwowie, mieście zamieszkałym przede wszystkim przez katolików obydwu obrządków i
rządzonym przez ludzi odwołujących się do wiary chrześcijańskiej, nierzadko do
katolicyzmu. Szkoda tylko, że brutalna gra polityczna bierze górę, a normy
chrześcijańskiej miłości i sprawiedliwości są dla ludzi władzy pustym sloganem.
Tu za Polakami nikt z Ukraińców się nie wstawi, ani świecki, ani duchowny. Tak
wygląda w praktyce miłość bliźniego w lwowskim wydaniu. Warto wspomnieć także o
niszczejącym kościele w niedalekim Komarnie, którego też nie zwrócono, choć stoi
pusty, a katolicy zmuszeni są korzystać z kaplicy cmentarnej. "Dom mój jest
domem modlitwy" – te słowa rajcy lwowscy powinni sobie wziąć do serca i
przypomnieć, co zrobił Jezus ze świątynnymi przekupniami. Niebo też kiedyś
zagrzmi nad Lwowem.
Pod pręgierzem pojednania
W tym kontekście nie można nie wspomnieć o planowanym letnim spotkaniu
prezydentów Polski i Ukrainy w Ostrowie po stronie ukraińskiej i w Sahryniu po
stronie polskiej. Ma to być rzekomo kolejny krok ku pojednaniu, a tak naprawdę
będzie to zapewne kolejny krok ku relatywizacji zbrodni wołyńskiej. Bardzo
wygodny dla wielu środowisk, także w Polsce, jest pogląd, wedle którego na
Wołyniu wszyscy wszystkich mordowali w równej mierze i z podobnym
zaangażowaniem. W Woli Ostrowieckiej i pobliskich Ostrówkach banderowcy
wymordowali z zimną krwią i właściwym sobie okrucieństwem około tysiąca
bezbronnych Polaków, w tym kobiety i dzieci. Sahryń był bazą wypadową UPA,
zaatakowaną wyprzedzająco przez Armię Krajową dla uniemożliwienia kolejnego
zbrodniczego napadu. Tu także w zupełnie innych okolicznościach zginęły setki
cywilów narodowości ukraińskiej. Jednak stawianie między obydwoma wydarzeniami
znaku równości jest poważnym nadużyciem i w praktyce zamazywaniem prawdy o
wydarzeniach na Wołyniu i we wschodniej Galicji: bezprzykładnego okrucieństwa i
bestialstwa wobec bezbronnej ludności polskiej, na której dokonywano typowej
czystki etnicznej. Nie chodzi o to, by się spierać, czyja śmierć jest bardziej
godna uczczenia, a o zachowanie właściwych proporcji i kontekstu wydarzeń, co
dla organizatorów kolejnego "pojednania" zdaje się nie mieć istotnego znaczenia.
Żadne, nawet najwznioślejsze przemówienie nie przesłoni prawdziwego wymiaru i
rozmiaru zbrodni i w najmniejszym stopniu nie przyczyni się do pojednania, a
wprost przeciwnie. Sztuczność tego typu wydarzeń nawet o charakterze
państwowo-kościelnym będzie raczej krokiem w kierunku utrwalenia podziałów.
Banałem jest już twierdzenie, że tylko prawda, choćby dla obu stron
najboleśniejsza, oczyszcza. Tanie efekciarstwo na potrzebę chwili jest nic
niewarte.
Pytać należy więc o to, co zamierzają zrobić rząd czy władze województw
przygranicznych, aby Polacy na Ukrainie nie czuli się przez Polskę opuszczeni i
zapomniani, a przez Ukrainę dyskryminowani i obrażani. Wielu, z którymi o tym
rozmawiałem, mówiło przez łzy o poczuciu opuszczenia i niepewności, a nawet
lęku. Czy wystarczą płomienne przemówienia, uściski oficjeli i spełnianie
kolejnych ukraińskich postulatów w Polsce? Oczywiście – można udawać, że coś się
robi, można dużo mówić, można się irytować, że rodacy wyrywają rządzących ze
słodkiej drzemki. Tylko w imię czego? Czy dążąc do osiągnięcia dalekosiężnych
celów (o ile rzeczywiście się je ma) można sobie pozwolić na ignorowanie
krzywdy, która dzieje się tuż obok? Pewnych spraw na ołtarzu dobrych stosunków
zwyczajnie złożyć nie wolno, bo byłaby to niegodziwość. Oczekuję więc osobiście
od naszych posłów, ministrów, wojewodów większej roztropności i zdecydowania na
przyszłość. Nie ma Domu Polskiego i kościoła Marii Magdaleny we Lwowie, a także
świątyni w Komarnie, nie powinno też być spotkania w Sahryniu, bo stanie się ono
frazesem. Dość już deklaracji, moralizatorskiego pustosłowia i krętactw. Czas na
czyny. Polska dała przykład, choćby 21 marca w Przemyślu. Co zrobi pan Oleh
Pankewycz, przewodniczący Lwowskiej Rady Obwodowej i jego koledzy we Lwowie?
Marek Wesołowski
