Czekałam na wiadomość, że tata jednak żyje
Z Julią Handzlik, córką tragicznie zmarłego w katastrofie pod Smoleńskiem
Mariusza Handzlika – podsekretarza stanu w Kancelarii Prezydenta RP Lecha
Kaczyńskiego, rozmawia Marta Ziarnik
Pani ojciec od lat związany był z polityką i dyplomacją, pełniąc m.in.
funkcję doradcy premiera ds. polityki zagranicznej, a w ostatnich latach życia
funkcję podsekretarza stanu w Kancelarii Prezydenta RP. Praca była jego pasją?
– Tak, tata był dyplomatą zarówno z wykształcenia, jak i z zamiłowania. Kochał
swoją pracę i ona była całym jego życiem. Kochał ją, bo pozwalała mu dużo
podróżować – co uwielbiał, a także dlatego, że dzięki niej poznawał bardzo wiele
wybitnych osób. Tata znał naprawdę najważniejsze osoby na świecie. Z wieloma z
nich nawiązywał też bliższe znajomości aniżeli tylko te, których wymagały jego
obowiązki zawodowe. Na pewno pomagało mu w tym to, że miał taki niezwykły urok,
którym przyciągał do siebie innych, i jego duże poczucie humoru. Ale nigdy praca
nie była ważniejsza od nas – dzieci. Zawsze znajdował czas, żeby choć na kilka
godzin – pomiędzy kolejnymi wizytami – przyjechać do nas do domu i chwilę z nami
porozmawiać. Był takim tatą, który starał się spędzić każdą wolną chwilę z
dziećmi. Gdy przyjeżdżał, opowiadał nam o tym, co zobaczył i kogo poznał, i snuł
plany, kiedy również nas zabierze w te miejsca. I zawsze spełniał te obietnice.
Zdarzało się nawet tak, że nagle zabierał któreś z nas ze sobą do pracy. W taki
sposób mogliśmy z dnia na dzień, np. w weekend, odwiedzić jakiś kraj.
Potrafił wejść do domu, zawołać: "Wycieczka!" i pakować walizkę?
– Mniej więcej tak to wyglądało. Kiedy miał dużo pracy i ciągłe wyjazdy, to gdy
wpadał do nas w przerwie między jednym samolotem a drugim, wychodził znienacka z
propozycją, byśmy się szybko spakowali, to weźmie nas ze sobą. Oczywiście nie
było tak, że brał całą naszą trójkę. Jechał ten, kto mógł, kto nie miał w tym
czasie innych ważnych zajęć i planów. To były takie spontaniczne i szalone
wycieczki. Bardzo to wszyscy lubiliśmy i widać było, że tata również. Podczas
takich eskapad najpierw załatwiał wszystkie swoje sprawy służbowe, a później
zabierał nas na zwiedzanie miasta i pokazywał kolejne wspaniałości. Zawsze wtedy
wygłupiał się, udając jakiegoś przewodnika itp., i w śmieszny sposób opowiadał
nam o tych miejscach. Jeśli też mógł, zabierał nas na spotkania, gdzie
przedstawiał nas ważnym osobom, z którymi prowadził rozmowy.
Na przykład?
– Chociażby z angielską królową i księciem Karolem. Tata dobrze się znał także z
ambasadorami z całego świata. Przyjaźnił się z ambasadorem Gruzji – Konstantinem
Kawtaradzem, który często bywał u nas w domu oraz ambasadorem Litwy – Edigiusem
Meilunasem. Bardzo serdeczne relacje utrzymywał także z ambasadorem Włoch, który
zaprosił nas na wakacje do swojego domu, gdzie spędziliśmy naprawdę
niezapomnianych kilka tygodni. Tata wziął nas też na Światowy Dzień Młodzieży i
poznaliśmy wówczas Papieża Benedykta XVI. Ja i moje rodzeństwo spotykaliśmy się
z głowami państw, w tym np. z prezydentem Estonii, a także z dyplomatami z
całego świata. Dzieciństwo spędzałam w towarzystwie wielu wybitnych osób, jak
choćby Jana Karskiego, z którym tata bardzo się przyjaźnił. Wiele z tych osób
poznaliśmy jednak w bardzo młodym wieku, więc nawet nie jesteśmy świadomi tego,
z kim kiedyś mieliśmy szczęście spotkać się i porozmawiać.
Poza podróżowaniem Pani ojciec miał jeszcze jakieś inne pasje, ukryte
talenty?
– Tata miał ich wiele. Ale podróżowanie było największą jego pasją. Łączyło się
z nią także poznawanie nowych kuchni i smaków, dzięki czemu tata pokochał także
gotowanie. Bo podobnie jak pokazywał nam nowe i piękne miejsca, które poznał,
tata starał się też odkrywać przed nami nowe smaki, nawet te najbardziej dziwne
i śmieszne. Świetnie znał się na włoskiej kuchni i jej potrawy najczęściej dla
nas przygotowywał. Kiedy gotował coś włoskiego, zakładał fartuch i udawał, że
mówi do nas po włosku, choć wcale tego języka nie znał. Ale nam się to bardzo
podobało. Uwielbialiśmy te momenty, które mogliśmy z nim spędzać. Tata bardzo
lubił też słuchać jazzu, kochał Franka Sinatrę i miał w domu setki płyt.
Przed objęciem stanowiska podsekretarza stanu w Kancelarii Prezydenta Lecha
Kaczyńskiego Pani ojciec pracował w wielu placówkach zagranicznych. Czy rodzina
wyjeżdżała w tym czasie razem z nim?
– Z reguły tak. Gdy tata był pierwszym sekretarzem i radcą ds.
polityczno-wojskowych w ambasadzie w Waszyngtonie, to na placówkę pojechaliśmy
razem. I mieszkaliśmy wówczas w Stanach Zjednoczonych przez sześć lat, od 1994
do 2000 roku. W tym czasie ja poszłam do szkoły i urodził się mój brat Janek.
Kiedy jednak w 2000 roku wróciliśmy do Polski i tata dostał kolejną placówkę w
Nowym Jorku, to my już zostaliśmy z mamą w kraju, żeby znów nie zmieniać szkoły
i środowiska. W tym czasie tata, kiedy tylko mógł, to nas odwiedzał.
Od 2006 r. Mariusz Handzlik był już związany z Kancelarią Prezydenta Lecha
Kaczyńskiego. Opowiadał w domu o swojej pracy?
– Kiedy tata zaczął pracować w Kancelarii, to często go tam odwiedzałam –
podobnie jak moja siostra i brat. I osobiście poznałam pana prezydenta, bo był
on nie tyle szefem mojego taty, ile, można powiedzieć, przyjacielem. Mieli ze
sobą świetny kontakt i bardzo dobrze się dogadywali. Pamiętam, jak kiedyś, gdy
odwiedzałam tatę w pracy, pani prezydentowa zaprosiła mnie do siebie do biura,
żeby pokazać mi swojego pieska. Pozwalała mi też czasami pobiegać po Pałacu
Prezydenckim, wejść na przykład do kuchni i coś tam skubnąć itp. Czułam się więc
w Pałacu nie jak ktoś obcy, tylko jak członek rodziny. Para prezydencka
zapraszała nas też czasami na obiad itp., na przykład w drugi dzień świąt. Ale
częściej chodził z tatą na takie zaproszenia mój młodszy brat, którego tata
wszędzie ze sobą zabierał.
Jak zapamiętała Pani z tych spotkań pierwszą damę?
– Była to bardzo dobra i serdeczna kobieta. Miała podejście do dzieci i widać
było, że bardzo je lubi. Nigdy nie czułam z jej strony jakiegoś dystansu, który
mógłby się kojarzyć z pierwszą damą. Jak już mówiłam, nigdy nie było problemu,
żebym czekając na tatę, pobiegała i pozwiedzała Pałac Prezydencki. Muszę się też
przyznać, że kiedyś, podczas jednej z tych moich eskapad po Pałacu, niechcący
ułamałam rękę jednej ze stojących tam rzeźb. Później tata pomagał mi ją sklejać.
Ale większych nieprzyjemności poza burą od taty na szczęście nie miałam.
Wraca Pani pamięcią do 10 kwietnia ubiegłego roku?
– Tak. To było coś niewyobrażalnego, strasznego. Kiedy się obudziłam, zobaczyłam
w telefonie dziesiątki nieodebranych połączeń – głównie z Kancelarii – i już
wtedy pomyślałam, że jest coś nie tak. Od razu też zadzwoniła moja babcia z tą
tragiczną informacją… Później szybko włączyłam telewizor, bo nie wierzyłam
temu, i kiedy relację zobaczyło moje rodzeństwo, najpierw nastąpiła cisza, po
której Jasiek zaczął przeraźliwie krzyczeć… Zaczęłam wtedy odbierać kolejne
telefony od pracowników z Kancelarii, czekając na informację, że tata jednak
żyje. Ale nic takiego nie usłyszałam. Ludzie dopytywali też o Jaśka, bo obawiali
się, że i tym razem poleciał z tatą, jak to często bywało. Tego dnia czekaliśmy
przed telewizorem na choć cień nadziei.
Była Pani w Moskwie na identyfikacji?
– Nie. Następnego dnia pojechaliśmy wszyscy do Warszawy, gdzie mieliśmy
spotkanie w Kancelarii. Do Smoleńska pojechała moja babcia, ale nie rozpoznała
taty.
Babcia opowiadała, jak wyglądał jej pobyt w Moskwie i same procedury
identyfikacyjne?
– Babcia po powrocie rozmawiała z nami i opowiadała, że tam, na miejscu, była
przesłuchiwana i że musiała dać do pobrania swoje DNA. Po tym przesłuchaniu
pokazali babci jedno ciało do identyfikacji, ale nie rozpoznała w nim taty.
Powiedziała, że pokazana jej osoba jest dużo starsza niż jej syn. Później babcia
wróciła do Polski, a identyfikacja odbywała się już za pomocą DNA.
Pani tata został zidentyfikowany na samym końcu.
– Tak. Tata był podobno ostatnią zidentyfikowaną osobą. Wrócił do kraju w
ostatnim kursie, czyli 23 kwietnia.
Rodzina odzyskała z Moskwy wszystkie rzeczy po zmarłym?
– Dostaliśmy część rzeczy. Co dziwne, zwrócono nam na przykład zawartość
portfela taty, ale samego portfela już nie. Dostaliśmy tylko dokumenty, w tym
dowód i prawo jazdy, karty płatnicze i 20 złotych. Jednak gdy zapytaliśmy, gdzie
jest portfel, osoby, które wydawały nam rzeczy w Mińsku Mazowieckim,
powiedziały, że tylko tyle dostały ich z Rosji. Zastanawia mnie jeszcze coś, a
mianowicie kiedy czytałam protokół z sekcji zwłok taty, opisane było w nim, co
znaleziono w jego płaszczu, czyli m.in. klucze do mieszkania i zegarek. Płaszcz
później dostałam, ale też bez tych rzeczy, które w nim były znalezione.
Pani ojciec nie zabierał ze sobą w delegacje telefonu, laptopa ani żadnych
dokumentów służbowych?
– Tata miał przy sobie telefon służbowy, ale podobno odesłali go później do
Kancelarii. Laptopa raczej nie woził, ale na pewno miał przy sobie teczkę z
dokumentami. Razem z jednym z kolegów taty z Kancelarii próbowałam się później
dowiedzieć, gdzie ona jest, ale powiedzieli nam, że żadnej teczki i dokumentów w
Polsce nie ma. W tej sali, w której byliśmy, a w której znajdowały się rzeczy
ofiar katastrofy, nie było też żadnych innych dokumentów.
Jak rozumiem, czytała Pani dokumenty w prokuraturze. Natknęła się w nich Pani
na coś, co szczególnie Panią zdziwiło bądź zaniepokoiło?
– Tak, czytałam te dokumenty. I szczerze mówiąc, było kilka takich kwestii,
które wydały mi się dziwne bądź nieprawdziwe. Na przykład to, że tatę
odnaleziono w zupełnie innym sektorze niż ciało prezydenta, choć jako jeden z
najbliższych współpracowników tata powinien siedzieć w tej samej części samolotu
co głowa państwa. Rosjanie twierdzili, że w takim razie tata mógł chodzić po
samolocie. Kolejna sprawa to sposób opisu taty. Rosjanie nie napisali nic, co
mogłoby wskazywać, że jest to ciało właśnie mojego taty. Nie było tam zawartych
żadnych znaków szczególnych itp. Nigdzie nie było informacji np. o pieprzyku
bądź znamieniu. A przecież po tego typu znakach rozpoznaje się ludzi.
Najbardziej jednak niepokoi mnie wiek, jaki podali dla ciała, które miało być
ciałem taty. Napisali tam bowiem, że jest to mężczyzna około 50-60-letni. A
przecież mój tata miał 45 lat i był bardzo zadbanym mężczyzną. To wszystko
sprawia, że naprawdę nie wiem, czy taki opis spowodowany był pośpiechem Rosjan,
czy też może wynikało to z tego, że to nie był mój tata…
W tej sytuacji bierze Pani pod uwagę ewentualną ekshumację?
– Na razie o tym nie myślę. Chcę najpierw dowiedzieć się, co w sprawie
katastrofy ustalili śledczy. To, czy będziemy domagać się ekshumacji, będzie też
pewnie zależało od decyzji innych rodzin w tej kwestii.
Pani rodzina jest na bieżąco informowana o spotkaniach i postępach w
śledztwie?
– Dostajemy listy z prokuratury i informacje o spotkaniach. I na początku
chodziłam na każde z nich, jednak zauważyłam, że niewiele one dają. Nie wnoszą
nic nowego i niczego się z nich faktycznie nie dowiaduję. Można powiedzieć, że
podczas tych spotkań istotne dla nas informacje są przemilczane. Dlatego też
obecnie chodzę już tylko na te spotkania, na których mamy się dowiedzieć czegoś
nowego i naprawdę ważnego.
Minął rok od katastrofy, śledztwo utknęło w martwym punkcie. Co to oznacza
dla rodzin?
– Ma pani rację. Śledztwo nie tylko się nie posunęło, ale jeszcze bardziej się
je gmatwa. Dla mnie bardzo bolesne i trudne jest to, że jest ono na siłę
upolityczniane. Nie rozumiem, dlaczego katastrofa łączona jest z konkretną
partią itp., co prowadzi do niepotrzebnych sporów. To naprawdę jest
niepotrzebne. Przecież ta katastrofa jest ciosem dla całego społeczeństwa
polskiego. I dlatego zarówno rodziny ofiar, jak i pozostali Polacy mają prawo
poznać rzetelne wyniki śledztwa i przyczynę tej tragedii.
Kiedy rozpoczynało się dochodzenie, przypuszczała Pani, że dziś, po roku,
nadal nie będzie wiedziała, dlaczego zginął Pani ojciec?
– Absolutnie nie. Myślałam, że będzie tak, jak powinno moim zdaniem być, czyli
że od razu rząd zabierze się rzetelnie za wyjaśnianie tej katastrofy i że w
ciągu kilku tygodni poznamy prawdę. Nie przypuszczałam, że po dwunastu
miesiącach śledztwo nadal może tkwić w martwym punkcie. Przecież my, rodziny,
nadal nic nie wiemy. Ponadto nadal nie widać konkretnych działań i współpracy w
sprawie wyjaśnienia tej katastrofy i nie otrzymaliśmy od Rosjan należących
przecież do nas dowodów w postaci chociażby samolotu i oryginałów czarnych
skrzynek.
Mieszkała Pani sześć lat w Stanach Zjednoczonych i zapewne zauważyła, że tam
katastrofy lotnicze są zupełnie inaczej wyjaśniane. Rząd powinien włączyć
zewnętrznych ekspertów do tego dochodzenia? W końcu zginął prezydent RP i
generałowie NATO…
– Tak jak pani zauważyła, mieszkałam w Stanach Zjednoczonych i tam faktycznie
wszystko jest załatwiane inaczej niż w Polsce. Wiem, że gdyby taka katastrofa
wydarzyła się w USA, Amerykanie dawno znaliby jej przyczynę. Dlatego też miałam
nadzieję, że otrzymamy od USA i specjalistów z innych krajów pomoc w trudnych
kwestiach.
Dziękuję za rozmowę.
