Trubadurzy władzy
Z dr. Bohdanem Urbankowskim, poetą, dramatopisarzem, filozofem, autorem
książki "Czerwona msza, czyli uśmiech Stalina", rozmawia Justyna Wiszniewska
W tworzeniu kultury sowieckiej w Polsce po 1944 r. szczególną rolę odegrali
pisarze, a zwłaszcza poeci. Z jednej strony współdziałali w niszczeniu
tradycyjnej kultury polskiej, z drugiej wprowadzali w jej miejsce sowiecką.
Opowiada o tym Pana słynna książka "Czerwona msza", której trzecie wydanie
właśnie się ukazało. Jakie były jej początki?
– Dzieje pisania to właściwie materiał na osobną książkę. Pierwsza prezentacja
eseju, który stał się "Czerwoną mszą", odbyła się dokładnie 15 listopada 1974 r.
o godz. 18.00. Może bym nie pamiętał, ale przypomniał mi to donos TW "Jana",
który znalazłem w jednym z 11 tomów akt IPN, poświęconych mojej osobie i
Konfederacji Nowego Romantyzmu. Poetą "Jan" był kiepskim, ale jako donosiciel
plasuje się wśród mistrzów tego gatunku, bodaj najlepiej rozwiniętego w PRL. To
da się porównać tylko z lirycznym donosicielstwem "Marii Wolskiej", czyli
Barbary Kmicic i historiozoficznym kapownictwem "X-a", czyli Józefa Kurylaka.
Dzięki temu wiem, kiedy dokładnie czytałem wiersze o Powstaniu Warszawskim i o
Katyniu, o najeździe na Czechosłowację i śmierci Jana Palacha. No i kiedy miałem
jakieś nielegalne wystąpienia w szkołach czy klubach.
Dużo było tych donosicieli w Pana otoczeniu?
– Jak dotąd IPN rozszyfrował mi 16 pseudonimów, w ten sposób straciłem dwóch
przyjaciół, jedną romantyczną miłość, no i kilkunastu bliskich znajomych, bo
tylko bliscy znajomi donosili. Wcale się nie dziwię, że ludzie boją się akt IPN,
wolą żyć w kłamstwie. Dowiedzieć się, że przez całe życie towarzyszyli nam
donosiciele, "Wielki Brat cię widzi". Brrr!
Wówczas niemożliwy był dostęp do jakichkolwiek dokumentów dotyczących
partyzantki antysowieckiej czy tajnych współpracowników. Z jakich zatem źródeł
czerpał Pan informacje do swojej książki?
– Musiałem docierać do świadków, korzystałem z prasy komunistycznej – od
lwowskiego "Czerwonego Sztandaru" do organu KC PZPR "Polityka". Wynalazłem też
metodę "czytania w lustrze" – brałem różne wspomnienia ubeków: Wałachów,
Skwarków i z ich przechwałek, które to "bandy" rozbijali, rekonstruowałem obszar
działania i liczebność naszych partyzanckich oddziałów. To było potężniejsze niż
Powstanie Styczniowe – od Wileńszczyzny przez Lubelskie, Mazowsze aż po Bory
Tucholskie, a wiedzę o antysowieckim powstaniu można było wyczytać i z akt
sądowych, i nawet z wierszy Arnolda Słuckiego, Wiktora Woroszylskiego czy
Czesława Białowąsa. Tak więc nad książką pracowałem kilkanaście lat, w
międzyczasie musiałem robić inne rzeczy, dziesięć razy wyrzucano mnie z pracy.
Wprowadzając do historiografii pojęcie "powstanie antysowieckie",
przeciwstawia je Pan nie tylko rozpowszechnianej przez komunistów etykiecie
"walk z bandami", lecz także akceptowanemu przez część elit określeniu "wojna
domowa".
– W tej ostatniej sprawie kłóciłem się kiedyś nawet z profesorem Andrzejem
Paczkowskim. Powstanie antysowieckie to przecież odwrócone przeciw drugiemu
zaborcy powstanie antyniemieckie, poza tym struktura była podobna: walka
rozproszonych oddziałów. I najważniejsze: wojna domowa jest wtedy, gdy jakiś
naród się dzieli, są dwie armie, dwa ośrodki władzy. Tymczasem dla komunistów
władzą był Kreml, polską partyzantkę likwidowały oddziały sowieckie, przede
wszystkim rosyjskie, jak w 1863, ale i polsko-sowieckie. Zwycięska obrona
Kuryłówki przez Franciszka Przysiężniaka "Ojca Jana" była obroną przed NKWD,
zwycięska bitwa Mariana Bernaciaka "Orlika" w Lesie Stockim – bitwą zarówno z
rosyjskimi, jak i z polskimi sowieciarzami, ugrupowanie legendarnego Henryka
Flamego "Bartka", zwanego "Królem Podbeskidzia", zostało zlikwidowane przez
polskich i rosyjskich komunistów. Zachowało się świadectwo partyzanta, który
ocalał z rzezi – spał na strychu, większość oddziału na dole. Mordercy, którzy
najpierw zarżnęli wartowników, potem wyrzynali i rozstrzeliwali partyzantów,
wydawali komendy po rosyjsku.
Poezja żołnierzy-poetów, ucze-stników powstania antysowieckiego jest dziś
praktycznie nieznana. Jak ocenia Pan ich twórczość?
– Na uwagę zasługują tu Maciej Kalenkiewicz "Kotwicz", tragiczny dowódca
pierwszej bitwy tego powstania – boju pod Surkontami, 21 sierpnia 1944 roku.
Śmierć w bitwie przerwała jego karierę wojskową i literacką. A był to jeden z
najlepszych sztabowców, to on był współtwórcą koncepcji akcji "Ostra Brama" i
nieźle zapowiadał się jako poeta. Mało kto wie, że przed wojną zamieszczał swoje
wiersze w pismach warszawskich, m.in. dedykowany matce poemat "Majowe
nabożeństwo". Wybitnym poetą z kręgu cichociemnych był Stefan Borsukiewicz,
który zginął w Anglii. Antykomunistyczne wiersze z zacięciem satyrycznym pisała
Wanda Pomianowska. Niektóre wiersze i pieśni powstawały wprost w lesie, w
partyzanckich oddziałach, do nich należy "Litania żołnierza NSZ" Witolda
Płaszkiewicza "Pulca" (Królowo Korony Polskiej z twarzą pociętą szablami) czy
jego "Modlitwa", także wiersz-nekrolog poświęcony Armii Krajowej Edmunda
Odorkiewicza. Niektóre wiersze nie prezentowały zbyt wysokiej próby literackiej,
ale emocjonalną, choćby wiersze pisane po kryjomu przez Zdzisława Brońskiego
"Uskoka". Ale i takie wiersze miały swoje znaczenie, gdy np. "Uskok" napisał
jakąś złośliwą fraszkę, to rozchodziła się, bo była prosta, łatwa do zrozumienia
dla żołnierzy i dla tych chłopów ze wsi, których oni bronili. Rymy
częstochowskie pracowały na to, że ludzie ją sobie powtarzali.
Czy z kolei twórczość poetów zaprzedanych w służbę socjalizmu nie pełniła w
sposób szczególny destrukcyjnej roli właśnie przez zdradę etosu poety, w którym
poczucie misji idzie w parze z wiernością prawdzie?
– Wypociny Leopolda Lewina o Stalinie za bardzo kulturze nie szkodziły. Ale ci
kiepscy z kolei zostawali donosicielami. Została jednak skompromitowana
społeczna rola pisarzy, zwłaszcza poetów. Po pierwsze, w polskiej kulturze
"wieszcz" był najwyższym autorytetem, nie tylko poeta – przypomnę, że chłopi,
nie chcąc chodzić do zaborczych sądów, chodzili ze swymi sprawami do Elizy
Orzeszkowej. Po drugie, poezja działa na emocje, manipuluje uczuciami,
wyobraźnią silniej niż jakiś wstępniak Kazimierza Koźniewskiego (TW "33") w
"Trybunie" czy felieton Daniela Passenta (TW "John", "Daniel") w "Polityce".
Jeśli taki Antoni Słonimski napisał ku czci prezydenta Bieruta, a Julian Tuwim
ku czci Jerzego Borejszy, jeśli Mieczysław Jastrun z Andrzejem Mandalianem
potępiali "bandy leśne", to – tłumaczyli sobie nawet nieufni czytelnicy – oni
mają rację, nie my. Przecież to poeci!
Napisał Pan w "Czerwonej mszy", że "walka trwa". Mimo że formacja poubecka
została pozbawiona poparcia Moskwy, to jednak wciąż istnieje, przepoczwarza się
i zwycięża. Dlaczego tak się dzieje?
– To się łączy, po pierwsze, ze zdradą elit, a po drugie, z selekcją tych elit.
Część pisarzy rzeczywiście poszła na służbę, od Juliana Tuwima po Artura
Międzyrzeckiego i Wisławę Szymborską. Ale część elit władze niejako mianowały,
zarówno zgrona mniej, jak i bardziej zdolnych. Bo zdolności nie były ważne,
liczyła się dyspozycyjność. Nie tylko Kapuściński był zdolny, ale jego koledzy
nie chcieli pisać donosów, nie mogli więc wyjechać za granicę. On wyjeżdżał – i
pisał donosy. To, że nie są otwierane akta IPN, bierze się stąd, że istnieje
grupa ludzi, która albo osobiście, albo rodzinnie, albo w związku z interesami
jest dalej związana ze starym układem. Określenie Jarosława Kaczyńskiego –
"układ", nie jest wymysłem. To działa. Bo układ to mafia, czyli właśnie układ
grupy interesów z władzą. Coś takiego powstało, czy też zostało odziedziczone, i
działa po lewej stronie. Większa część obecnej elity w Polsce była nominowana
jeszcze w PRL, stanowiła elitę dworaków, trubadurów władzy. Wszystko jedno, czy
wymienimy nazwisko Kazimierza Dejmka, czy Daniela Olbrychskiego, czy Kazimierza
Kutza. Ta elita jest nadal promowana przez władzę i przez samą siebie. Kodeks
rycerski w czasach stalinowskich został ośmieszony jako bohaterszczyzna i elita
się nim nie przejmuje. Kodeks rycerski został zastąpiony kodeksem dworskim.
Partie, które sprzeciwiają się staremu układowi, aby zachować własny kodeks
wartości rycerskich, chrześcijańskich, nie mogą postępować w myśl zasady:
wszystkie chwyty dozwolone. Dlatego partie prawicy stoją często na słabszych
pozycjach. Etyka jest trudniejsza, tak jak walka uczciwa jest trudniejsza od
nieuczciwej. Poza tym polityka jest sztuką – a gdzie oni mieli się tej sztuki
uczyć?
Żyjemy zatem wciąż w jakiejś rzeczywistości odwróconej. Na przykład w reakcji
na "Czerwoną mszę" ukazała się książka Anny Bikont i Joanny Szczęsnej "Lawina i
kamienie", wybielająca pisarzy zaprzedanych komunizmowi. Czy tak tworzy się tzw.
historię zastępczą?
– Tu została zastosowana ta sama metoda, co w czasach ubeckich: niszczy się
jeden system wartości, by wprowadzić inny – inną wizję historii, inne wzorce
wychowawcze, inne sacrum. Oczywiście historii w skali 1:1 odtworzyć się nie da,
trzeba by ją powtórzyć. Ale można np. stworzyć etyczny bądź nieetyczny model
przeszłości. Wariant narzucany przez UB, a propagowany przez poetów w rodzaju
Adama Ważyka czy prozaików w rodzaju Mariana i Kazimierza Brandysów czy Tadeusza
Konwickiego, ustawiał po stronie zła AK, NSZ, Powstanie Warszawskie, z
partyzantów walczących o Polskę robił bandytów mordujących Żydów itp. Podobne
wypowiedzi o "bandytach" można po latach znaleźć w wypowiedziach Jacka Kuronia
czy w "Gazecie Wyborczej". Tam można było przeczytać, że powstańcy warszawscy
wykańczali niedobitków z getta, że patriotyzm jest jak rasizm itp. W miejsce
prawdziwego, opartego na dokumentach modelu historii, wprowadza się wersję
zbliżoną do ubeckiej, bo rehabilitującą komunistycznych zdrajców z czasów II RP,
rehabilitującą "budowniczych Polski Ludowej", zwłaszcza pisarzy, rehabilitującą
ruch walterowski itd. Książka "Lawina i kamienie" też tworzy taką zafałszowaną
wizję, swego rodzaju matrix. Autorki atakują mnie i "Czerwoną mszę" przeważnie
za pomocą łgarstw, a potem biorą tych samych bohaterów, często nawet powtarzają
cytowane przeze mnie wiersze – tyle że wybielają ich autorów. Czasem zresztą nie
kłamią, a tylko cytują cudze kłamstwa. Po wprowadzeniu stanu wojennego zostałem
wyrzucony z radia, one cytują Juliana Kornhausera, jakobym "otrzymał władzę" i
jakieś lukratywne stanowiska w stanie wojennym. Ta sama metoda – coś zniszczyć,
opluć i zastąpić kłamstwem podawanym jako prawda. Cała "Lawina i kamienie"
napisana, jak twierdzą w dedykacji autorki, z inspiracji Michnika powstała po
to, żeby zastąpić prawdę jej ersatzem, zastąpić elity – ersatz-elitami.
Pewnym remedium na fałszowanie historii miał być IPN.
– Tak, ale ktoś, kto mówi prawdę, jest traktowany niczym goniec z dramatu
antycznego: jeśli przynosi złe wieści, to mówiąc w przenośni, rzuca się go na
pożarcie zwierzętom.
Potwierdza to histeria wokół publikacji Pawła Zyzaka czy Sławomira
Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka dotyczących Lecha Wałęsy.
– Tak zwana III RP oparta jest na kłamstwie założycielskim Okrągłego Stołu. W
rzeczywistości już wcześniej, w Magdalence co cwańsi pezetpeerowcy dogadali się
z mniej cwanymi przedstawicielami opozycji oraz z własnymi agentami i
postanowili tyle zmienić, by nic nie zmienić. Oczywiście, proces wymknął się im
spod kontroli, przewidzieli rząd z Jaruzelskim, Kiszczakiem, Florianem Siwickim,
Krzysztofem Skubiszewskim, nie przewidzieli rządu Jana Olszewskiego, likwidacji
baz i całego ZSRS, ale struktura, którą wtedy wymyślili, stoi. Dlatego
naiwnością jest sądzić, że dowiemy się pełnej prawdy o Wałęsie, że Jaruzelskiemu
czy Kiszczakowi spadnie choćby włos z głowy, że poznamy szczegóły rozmów Kuronia
z ubekami. Mówi się czasem o uwłaszczeniu nomenklatury, o transakcji "władza za
majątek". Myślę, że nastąpiło uwłaszczenie dwóch nomenklatur i że dlatego
skazane są na sojusz. Narodowi dano do zabawy świecidełka – koronę do orła,
rogatywki, a konkrety – banki, media, przemysł, nawet majątki popegieerowskie
mają oni. "Nowi Polacy". To też jest matrix. Wałęsa, który nigdy nie był
"Bolkiem", Mazowiecki, który nigdy nie pisywał haniebnych artykułów, a
Jaruzelski z Kiszczakiem to wręcz "ludzie honoru".
Czesław Miłosz we wstępie do "Zniewolonego umysłu" odmówił współczesnemu
człowiekowi "prawa do mierzenia przeszłości i przyszłości własną miarą". Nikt
nie ma prawa dokonywać ocen postępowania osób uwikłanych we współpracę z władzą
w Polsce po 1945 roku?
– Sprawa Miłosza obciążona jest pewnym osobistym podtekstem. On też był
uwikłany, on po prostu był w strukturach władzy komunistycznej, dzięki Jerzemu
Putramentowi dostał się do "ludowej" dyplomacji. Opisując ludzi zniewolonych:
Alfę – rzekomego moralistę, czyli po prostu Andrzejewskiego, Betę –
nieszczęśliwego kochanka – Borowskiego, Gammę – niewolnika dziejów – Putramenta,
czy Deltę, trubadura reżimu, czyli Gałczyńskiego, Miłosz opisywał tylko jeden
typ: dworaka. I on do czasu też był jednym z dworaków. Miłosz, ograniczając się
do tych typów, upowszechnia mit: wszyscy byli zniewoleni, wszyscy się
prostytuowali, nikt nie ma prawa sądzić. To nieprawda: sądzić mają prawo wszyscy
i coś takiego się wielu naszym opozycjonistom przytrafiało. Sugestia: "Nie sądź,
bo nie wiadomo, jak ty byś się wtedy zachował", jest tylko chytrą zmianą tematu,
zmianą przedmiotu osądu. Bo nie chodzi o to, jak by się zachował np. Urbankowski
– a jak się zachowywałem, świadczą m.in. akta IPN – tylko o to, jak zachowywał
się Andrzejewski, Putrament, który też zresztą był przez lata donosicielem, czy
sam Miłosz. Dokonując opisu zniewolonych umysłów, Miłosz pomija ważny fakt:
zniewolenie całego Narodu i rolę elity w tym zniewoleniu. Bo prócz dworaków,
prócz zabawnych trubadurów byli u nas fanatyczni ideolodzy w rodzaju Stanisława
Wygodzkiego czy Witolda Wirpszy, a piętro wyżej Adama Schaffa, byli literaccy
czekiści w rodzaju Ważyka z Woroszylskim, a przede wszystkim namiestnicy: Jerzy
Borejsza, Putrament. Gdzieś nad nimi unosił się pękaty, ale jadowity Jakub
Berman. Miłosz, nawet gdy wybrał wolność, wątek sowiecki pomijał. Może dlatego,
że mimo ucieczki z Polski związany był z lewicowymi elitami, a te bardzo
wierzyły w świetlany ustrój ZSRS. Haniebnym symbolem tej postawy był Jean P.
Sartre, który w korespondencji z Albertem Camusem tłumaczył, że nie wolno
upowszechniać prawdy o łagrach, bo ZSRS jest "nadzieją milionów" i po ujawnieniu
prawdy ludzie straciliby nadzieję. Taka sama obłuda, taki sam strach jak przed
ujawnieniem akt IPN. Strach i próżność. Bo naszych intelektualistów złości, że
tak się dali oszukiwać, że czasem byli śmieszni – bo w ich tajnych zebraniach
brali udział szpicle, tajne gazetki pomagali redagować esbecy, czasami
załatwiali papier, czasami pisali artykuły. Może dlatego właśnie wśród
najbardziej przeszpiclowanej organizacji, jaką były KOR i środowisko późniejszej
UD, jest taki strach przed lustracją. Podwójny strach: jedni boją się ujawnienia
ich roli, żeby znów się nie okazało, że Maleszek i Bonich było więcej, ale inni
po prostu boją się stracić dziewczynę i dwóch przyjaciół. Wolą kłamstwo. Matrix.
I to jest istota ustroju. Kłamstwo założycielskie plus lęk przed prawdą.
Czy po "reformie IPN" możliwe będzie jeszcze rozliczenie pisarzy i poetów
wysługujących się obcej władzy, piszących pieśni pochwalne dla Stalina?
– To stało się już bez IPN. "Czerwona msza" nie grzebie w życiorysach, nie
wydobywa tego, co ukryte, bo ci poeci byli dumni ze swoich stalinowskich
wierszy, Lewin obnosił się z poematami o Stalinie jak kura z jajkiem, chciał
nagród – i dostawał, za poemat o Dzierżyńskim też. Poeci byli jawnymi
współpracownikami SB. IPN pomoże ujawnić tajnych donosicieli, którzy często
niszczyli życie wybitnych twórców, współuczestniczyli w zabijaniu ich jako
twórców. Tak jak ujawnione zostały akta Ryszarda Kapuścińskiego, Marka
Piwowskiego, Henryka Grynberga, Daniela Passenta, Krzysztofa T. Toeplitza – te
akta są. Samych akt nie fałszowano. Część donosów zniszczono – ale prawie każdy
był wielokrotnie przepisywany, zniszczenie teczek pracy nie wystarczyło. Dlatego
ukazały się nowe "kwity" dotyczące Wałęsy i zapewne ukaże się wiele innych
dotyczących tzw. autorytetów. Więc prawda i sprawiedliwość gdzieś czeka.
Zbigniew Herbert swój sprzeciw wobec linii ideowej "Gazety Wyborczej"
przypłacił "karierą" pięknoducha o zaburzeniach psychicznych…
– Mówiłem, że następcy UB stosują podobne metody. To może szokuje, ale UB po
prostu zabijało, ich następcy uniemożliwiając pisanie i publikowanie,
ośmieszając jakiegoś twórcę, dokonują także morderstwa, tyle że duchowego. Ale
twórcę jako twórcę zabijają. On może wegetować jako księgowy czy ogrodnik, ale
jako twórca jest trupem! Tak w czasach stalinowskich wykańczano Wojciecha Bąka,
tak w czasach nam bliższych Herberta. Nagonka na poetę rozpętana w ostatnim
okresie jego życia nie przedłużyła mu życia także w sensie biologicznym. Po
śmierci pisarza z reguły następuje powolna śmierć wartości, które głosił, w tym
wypadku chodzi nie tylko o piękne wiersze poświęcone arcydziełom europejskiej
kultury, ale także o wiersze o Lwowie, o rycerski etos AK. Podobnie próbuje się
wykluczyć z kultury najlepszego z naszych eseistów Waldemara Łysiaka, usunięta
została Barbara Wachowicz, mistrzyni mowy polskiej! Żeby ona nie miała swojego
kącika w TVP, jakiegoś seminarium dla studentów! No ale za to ma prof. Jan
Miodek – ozdoba salonu i listy Wildsteina.
Kolejną ofiarą staje się Jarosław Rymkiewicz, który trafił do sądu za krytykę
publikacji "Gazety Wyborczej" dotyczących krzyża na Krakowskim Przedmieściu i
nazwanie redaktorów tych publikacji "duchowymi spadkobiercami Komunistycznej
Partii Polski"…
– Przypadek Rymkiewicza jest pouczający z innego powodu. Pokazuje, jak
środowisko "Wyborczej" próbuje osaczać pisarzy. W przypadku Rymkiewicza pojawiła
się cenzura, bo nie udała się próba "przekupstwa". Poeta może nawet jej nie
zauważył. Rymkiewicz został laureatem Nike, przyjął 100 tysięcy, bo sądził, że
przyznało mu ją niezależne jury, że prof. Maria Janion i ksiądz Wacław Oszajca,
i pisarz Stefan Chwin, i intelektualista Kazimierz Kutz, i bodaj jeszcze Witold
Bereś to ludzie uczciwi, niezależni, którzy uznali, że mu się nagroda po prostu
należy. I oczywiście mu się należała – chociażby za znakomite eseje
przybliżające naszych romantyków. Ale Rymkiewicz nie doceniał tego, że za
nagrodą i za opiniami stoi "salon". A w tych kręgach nie wierzy się w wartości,
wierzy się w to, że wszystko jest na sprzedaż. I "salon" był bardzo zdziwiony,
że Rymkiewicz dostał nagrodę i nie zmienił poglądów, nie napisał poematu "O
dzielnym Michniku", który wyzwolił Wiedeń i nawodnił pustynię. No to, jeśli nie
chce być nasz, to nie będzie go wcale. I tu nie chodzi o wyrok. Chodzi o stres,
o chodzenie na rozprawy. To też skraca życie.
Katastrofa smoleńska pokazała, że Polska wciąż znajduje się w sowieckim
uścisku. Jaki stan elit intelektualnych przebija ze sposobu, w jaki katastrofa
była i jest opisywana?
– Myślę, że tutaj trzeba rozważyć dwie hipotezy. Z jednej strony jest lęk,
którego efektem jest manipulacja. Ekipy rządzące, które dorwały się do władzy
dzięki tamtej tragedii, z jednej strony czują się jakoś zobowiązane wobec
Kremla, jakimś faustowskim węzłem. Tego nigdy do końca nie powiedzą, będą ronić
łzy – ale będą to krokodyle łzy. Z drugiej strony, nasze "zastępcze elity" same
są trochę przestraszone, los czai się w ciemnych uliczkach i na słonecznych
szosach. Zresztą wielu tzw. zwykłych ludzi jest przekonanych, że mamy tu do
czynienia ze zbrodnią doskonałą. Na ogół znamy ofiary, znamy sposób
przeprowadzenia zbrodni – szukamy sprawcy. Tu sprawca wydaje się oczywisty, ale
sposób wydaje się przekraczać rozum. Ta zbrodnia ma w sobie coś niejasnego,
niewytłumaczalnego, to jest ten ogromny cień, który spoza tego samolotu
wychodzi. Druga hipoteza, trochę mniej prawdopodobna, też powinna być rozważona.
Może w grę wchodzi zbieg okoliczności, może Rosjanie chcieli tylko pokazać nam
nasze miejsce w szeregu i spowodować, żeby samolot wylądował w lesie, a potem
nasi politycy mieliby iść kilometry w błocie do lotniska, a potem tacy śmieszni
obłoceni – jeszcze do Katynia? No i mogli towarzysze przedobrzyć… Mogło w grę
wchodzić także – to jeszcze w ramach drugiej hipotezy – zmęczenie materiału,
samolot, zamiast reagować na komendy, zaczął się rozpadać. Nasza delegacja
leciała do Katynia latającą trumną! Dla mnie jednak najważniejsza i najbardziej
przerażająca jest postawa naszych elit. Zachowują się jak w PRL! Od razu winni
są Polacy, piloci, pijany generał, może sam prezydent, a ci, którzy mają
wątpliwości, to oszołomy, agenci diabła. A przecież samolot naprawdę znalazł się
tam, gdzie być nie powinien – prowadzony rosyjskimi komendami znalazł się poza
pasem, poza ścieżką, w strefie śmierci. I to jest pewnik, od którego należy
rozpoczynać rozumowanie.
Dziękuję za rozmowę.
