Strajki zaczniemy jesienią
Z prof. Edwardem Malcem, przewodniczącym Krajowej Sekcji Nauki NSZZ
"Solidarność", pracownikiem naukowym Uniwersytetu Jagiellońskiego, rozmawia
Mariusz Bober
Sejm przyjął oprotestowaną przez "Solidarność" kolejną ustawę z pakietu
mającego reformować polskie szkolnictwo wyższe. Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa
Wyższego twierdzi, że zmiany pomogą polskiej nauce sprostać wyzwaniom XXI wieku
i przyspieszyć rozwój gospodarczy kraju. Zgadza się Pan z tą oceną?
– By zrozumieć sedno problemu, pozwolę sobie przytoczyć wypowiedź minister
Barbary Kudryckiej, która oświadczyła niedawno, że zatwierdzi przyznanie
funduszy dla 100 tys. studentów na uczelniach niepublicznych, tak by mogli
bezpłatnie studiować. Zaś kilka godzin po głośnym otwarciu Narodowego Centrum
Nauki w Krakowie pojawiła się informacja, że jego budżet będzie zasilany dzięki
tzw. dotacji statutowej, na którą pieniądze będą pochodzić z funduszy
odbieranych najsłabszym wydziałom na uczelniach publicznych. W przyszłym roku ma
to być ok. 300 mln zł, a w latach następnych – kolejne 300. Przypuszczam, że
wtedy część uczelni publicznych bez funduszy upadnie, a wówczas te prywatne będą
miały jeszcze więcej pieniędzy. Krótko mówiąc, wprowadzane przez rząd zmiany
zmierzają do przesunięcia funduszy z sektora publicznego do niepublicznego.
Jakie to będzie miało konsekwencje?
– Nauka jest w Polsce uprawiana przede wszystkim na uczelniach publicznych, a
mimo to Uniwersytet Jagielloński w światowej klasyfikacji znajduje się w
czwartej "setce", zaś uczelnie niepubliczne nawet nie są klasyfikowane – nie
wiem, czy mieszczą się w "okolicach" 5. tysiąca… Rząd doprowadzi w ten sposób
w rzeczywistości do przesunięcia pieniędzy z ośrodków lepszych do gorszych i z
tych, które kształcą lepiej studentów do tych, które robią to gorzej. Oczywiście
są wyjątki od tej reguły, które nie zmieniają zasadniczo obrazu.
Resort nauki utrzymuje jednak, że zmiany mają podnieść zarówno poziom
kształcenia, jak i zdynamizować rozwój badań naukowych.
– Jeśli weźmiemy pod uwagę np. kształcenie studentów, to trzeba sobie zadać
pytanie, czy obniżenie minimów kadrowych, czyli minimalnej obsady kadry naukowej
potrzebnej do prowadzenia danego kierunku studiów, wyrażające się słynnym
równaniem 1=2 (jeden doktor habilitowany = 2 doktorów, jeden doktor = dwóch
magistrów itd.), podnoszą poziom kształcenia. Moim zdaniem, proponowane zmiany
prowadzą raczej do obniżenia poziomu nauczania.
Część środowisk naukowych jest zbulwersowana propozycjami MNiSW, które
umożliwiają uzyskanie stopnia doktora osobom nieposiadającym tytułu magistra i
nadanie tytułu profesora tym, którzy jeszcze nie mają habilitacji. Czemu mają
służyć takie zmiany?
– Uzyskanie stopnia profesora przez doktora umożliwiają już obecne przepisy.
Jednak teraz trzeba przejść pewną procedurę. Należy powołać komisję i
recenzentów, którzy oceniają dorobek danego naukowca, itd. Nowe przepisy
wprowadzają dodatkową furtkę, że profesorem można zostać po 5-letnim pobycie w
kraju, który nie ma wymogu habilitacyjnego. Chodzi tu o to, by ułatwić pracę w
Polsce naukowcom, którzy pracowali na renomowanych uczelniach zagranicznych.
Tyle że ustawa nie określa tych renomowanych uczelni, traktuje tak samo
Uniwersytet Harvarda i podrzędny australijski uniwersytet. Tymczasem bywa, że
nawet jeśli naukowiec z Polski dostanie się na renomowaną uczelnię, nie ma tam
znaczących dokonań, bo wykonywał tam prace pomocnicze. Rektorzy w reakcji
zaproponowali, żeby każdy doktor mógł uzyskać tytuł profesora. To dawałoby
wszystkim naukowcom równe szanse. Ponadto przy wprowadzeniu tego rozwiązania
trzeba byłoby rozbudować komisje oceniające dorobek naukowy, których w obecnie
uchwalonej ustawie nie przewidziano.
Jednocześnie władze wprowadzają ułatwienia w zwalnianiu pracowników
naukowych. To również ma służyć rozwojowi polskiej nauki?
– To kolejny sposób na znalezienie brakujących w budżecie na naukę pieniędzy.
Dziś jest wielu adiunktów na uczelniach, którzy w świetle prawa nie muszą robić
habilitacji. Tymczasem w myśl zmian na tych nieźle pracujących adiunktów,
zatrudnionych ponad 8 lat, nałożono obowiązek zrobienia habilitacji w ciągu 2
lat, co było niewykonalne. (Dopiero 18 marca br. Sejm zmienił ustawę. Wszyscy
zatrudnieni adiunkci zyskali dodatkowe 10 lat na uzyskanie habilitacji).
Ustawodawca poszedł mimo to znacznie dalej, wprowadzając przepis umożliwiający
rektorom zwalnianie z uczelni nawet profesorów tytularnych, i to bez zgody rady
jednostki naukowej, w której pracują, dzięki zmianie w ustawie tzw. innych
przyczyn umożliwiających podejmowanie takich decyzji. Jest to bardzo
niebezpieczne, bo można wykorzystać różne preteksty, w tym polityczne, aby
zwolnić pracownika naukowego. Ale są jeszcze inne powody, które sprawiają, że
źle oceniam tę ustawę.
Ministerstwo nauki przekonuje, że zmiany wykluczą "pozamerytoryczne aspekty
oceny habilitanta". Jednak część naukowców jest przeciwnego zdania, uważając, że
wyłaniana przez Centralną Komisję komisja habilitacyjna nie gwarantuje
merytorycznej oceny dorobku kandydatów na profesorów.
– Nie wiem, czy wyniki procedur byłyby bardziej obiektywne, niż to jest obecnie.
Zależy to również od dziedziny nauki, którą się uprawia. W mojej dziedzinie np.
jest zaledwie ok. 10 specjalistów w Polsce. Być może proponowane zapisy nie są
gorsze od tych obecnych. W każdej dziedzinie nauki trudno jest wykluczyć
pozamerytoryczne aspekty oceny habilitanta.
Podziela Pan opinię, że uzależnienie wielkości przyznawanych funduszy od
wyników nauczania doprowadzi do uzależnienia polskiej nauki od urzędników
państwowych rozdzielających te środki?
– Nastąpi rzeczywiście skupienie władzy w rękach urzędników MNiSW, co widać już
w ostatnich latach, bo mam wrażenie, że styl rządzenia minister Barbary
Kudryckiej jest bardzo dyskrecjonalny. Nie wiem, czy doprowadzi to do
upolitycznienia. Raczej trudno byłoby to zrobić w dziedzinie fizyki, która jest
apolityczna. Ale już w dziedzinie historii? Przykład pracy magisterskiej na
naszym uniwersytecie [o Lechu Wałęsie, autorstwa Pawła Zyzaka – red.] pokazuje,
że jest to realne. Przypomnę, że minister Kudrycka groziła odebraniem uczelni
200 mln zł, jeśli nie zostaną wyciągnięte konsekwencje wobec magistranta i jego
promotora. Jaki rektor ryzykowałby utratę takich funduszy?
Czy proponowane zmiany nie ograniczą wolności badań naukowych i nie poddadzą
nauki dyktatowi wymogów rynku?
– Minister Kudrycka jest ekonomistką. Być może stąd biorą się takie pomysły
maksymalizacji "wydajności". Ale dla fizyka czy naukowców z dziedziny nauk
przyrodniczych jest to niezrozumiałe podejście. Bywa bowiem tak, że jakieś
odkrycia naukowe stają się ważne dla gospodarki wiele lat później. Dzisiejszy
rozwój komputerów oraz informatyki ma swoje źródło w odkryciach, których fizycy
dokonywali ok. 80 lat temu.
Jakie zmiany są więc naprawdę potrzebne polskiej nauce i uniwersytetom?
– Krajowa Sekcja Nauki "Solidarności", którą reprezentuję, dostrzega
występowanie pewnych patologii w obszarze szkolnictwa wyższego. Chodzi przede
wszystkim o pracę naukowców na wielu etatach. Pochłania ona wiele czasu, energii
i obniża wydajność ich pracy. Ministerstwo jednak nieśmiało zareagowało na ten
problem, ograniczając możliwość pracy wykładowców do 2 etatów. Są tymczasem
rozwiązania tego problemu, jak choćby utworzony przed 10 laty schemat płacowy
3:2:1. Zgodnie z nim np. płaca profesora powinna być 3-krotnością średniej płacy
w gospodarce narodowej, adiunkta 2-krotnością itp. Schemat ten uchwalił – z
pewnymi formalnymi modyfikacjami niezmieniającymi istoty – Sejm w okresie rzędów
AWS – a wprowadził w życie rząd Leszka Millera. Można do niego wrócić np. w
postaci zasady: podwyżka pensji, ale w zamian za zobowiązanie do niepodejmowania
innych etatów. Przyniosłoby to efekty już po kilku latach, zwiększając wydajność
systemu, a także nakłady na naukę, które są obecnie niższe nawet niż na początku
lat 90. Dla porównania Niemcy, mające gospodarkę ponad czterokrotnie większą od
naszej, wydają na naukę ponad 20 razy więcej. Tymczasem kraj, który nie potrafi
zakorzenić się w międzynarodowej rywalizacji naukowej, będzie skazany na
marginalizację, a może nawet utracić zdolność do samodzielnego istnienia.
Jesteśmy w środku Europy i nie możemy sobie pozwolić na upadek nauki!
Proponowana ustawa drastycznie ogranicza możliwość bezpłatnego studiowania na
drugim kierunku. Czy nie zredukuje to potencjału edukacyjnego przyszłej polskiej
elity intelektualnej?
– To może być pewien problem dla zdolnych studentów. Ale jest jeszcze większe
zagrożenie na horyzoncie. Mianowicie ministerstwo nauki pracuje nad tzw.
strategią rozwoju szkolnictwa wyższego, która przewiduje współpłacenie przez
studentów nawet za pierwszy kierunek studiów począwszy od 2015 r., a od 2020 –
pokrywanie pełnych kosztów edukacji.
Co byłoby niezgodne z Konstytucją…
– To prawda. Ale jeśli będzie taka wola, politycy mogą zmienić Konstytucję, a
ten pomysł był na serio dyskutowany niedawno na posiedzeniu komisji ekspertów.
Uważam, że takie pomysły to jakieś nieporozumienie.
Z czego wynikają takie plany? Z gorączkowego szukania pieniędzy na zasypanie
dziury budżetowej?
– Myślę, że powodów jest kilka. Jednak "grzechem pierworodnym" jest to, że przed
laty część elit, także akademickich, zachłysnęła się ideami liberalnymi. W ten
sposób ekonomiści, którzy przez całe życie zajmowali się gospodarką
socjalistyczną, nagle zostawali liberałami i twierdzili, że "lepiej inwestować w
beton niż polską naukę". To było niepoważne, bo ci ludzie nie byli przygotowani
do przyjęcia idei liberalnych. Teraz nakłada się na to kryzys finansowy i
ekonomiczny, a także demograficzny. W ciągu najbliższych lat liczba studentów
spadnie o jedną trzecią i będą to głównie studenci płacący za studia. Oznacza
to, że nastąpi załamanie szkolnictwa niepublicznego. Proponowane przez rząd
zmiany wyglądają na próbę uratowania przynajmniej części szkolnictwa
niepublicznego. Myślę, że o to głównie chodzi, a nie o "przykręcanie śruby"
polskim naukowcom.
Resort nauki sugeruje, że zmiany są wymuszane potrzebą rywalizacji z silną
konkurencją uczelni zagranicznych.
– Nie wydaje mi się. Moim zdaniem, takie argumenty to wymówka. Najlepiej pod
względem naukowym w Polsce stoją nauki ścisłe, przyrodnicze, techniczne itd.
Nasza fizyka jest klasyfikowana na 12.-13. pozycji na świecie, jeśli wziąć pod
uwagę liczbę publikacji naukowych. Natomiast mało znane na świecie są dokonania
np. polskiej ekonomii. Tymczasem proponowane przez resort nauki rozwiązania
uderzają według mnie przede wszystkim w te dziedziny, które dziś prezentują
wysoki poziom naukowy. Ponieważ przesunięcia w finansowaniu nauki będą odbywały
się z uczelni publicznych do niepublicznych, które kształcą taniej. Ale uczelnie
niepubliczne praktycznie nie kształcą w kierunku nauk ścisłych, bo to jest
bardzo kosztowne. To doprowadzi do tego, że przetrwają tylko enklawy uczelni
kształcących studentów w naukach ścisłych.
Podczas ostatniej Rady Krajowej KSN NSZZ "S" zagroziła wejściem w spór
zbiorowy z rządem i rozpisaniem referendum strajkowego. Będzie bunt naukowców?
– Propozycje ministerstwa nie odpowiadają na powyżej wskazane zagrożenie.
Rozważamy rozpisanie referendum strajkowego. Przewidujemy przeprowadzenie – po
wyczerpaniu wszystkich koniecznych kroków prawnych – referendum strajkowego
wczesną jesienią 2011 roku. Strajki planujemy na jesień, najprawdopodobniej
październik bieżącego roku.
Dziękuję za rozmowę.
