To nie jest kraj dla młodych ludzi
Co się stało, że największym poparciem wśród młodzieży cieszy się obecnie
w sondażach Prawo i Sprawiedliwość? Z perspektywy osoby kierującej Fundacją
Republikańską – instytucją analizującą sposób prowadzenia polityki i
przygotowującą propozycje zmian, o wiele ciekawsza jest odpowiedź na inne
pytania. Z jakimi realnymi problemami borykają się najmłodsi wyborcy? Co Prawo i
Sprawiedliwość powinno zrobić, by zmiana nastrojów politycznych w tej grupie
miała charakter trwały?
Konsekwencje zrealizowanego modelu transformacji ustroju politycznego i
gospodarczego PRL w III RP, w ramach którego olbrzymia część zmian była
przeprowadzana na kredyt bądź ich koszty ukrywano, stają się widoczne nie tylko
dla wąskiej grupki wizjonerów. Chociaż przytłaczająca większość młodych osób nie
interesuje się życiem publicznym na tyle, by zdawać sobie sprawę z tego, że
transformację przeprowadzono na ich koszt, jej efekty są tak dotkliwe, że
młodzież odczuwa je bardzo silnie. Dlatego przed przejściem do recepty warto
wymienić przynajmniej niektóre z tych czynników.
Nie tylko finanse publiczne
Fatalny stan finansów publicznychjest widoczny gołym okiem przez ogół obywateli
co najmniej od chwili, gdy w centrumstolicy zawisł licznik długu publicznego.
Osoba kończąca 18 lat i dowiadująca się, że nie zdążyła jeszcza założyć konta
osobistego i zarobić pierwszych pieniędzy, a już ma do spłaty ponad dwadzieścia
tysięcy złotych kredytu, który w jej imieniu i na jej koszt zaciągnęło państwo,
wpada w osłupienie. Dalej dowiaduje się, że ten dług dynamicznie rośnie, odsetki
nie są spłacane, tylko przyspieszają tempo wzrostu zadłużenia. Ale stan finansów
publicznych to tylko jeden skutek innych poważniejszych problemów, a
jednocześnie przyczyna kolejnych. Dzień, kiedy Polska przekroczy granicę, za
którą nikt nie będzie chciał pożyczyć jej kolejnej kwoty pieniędzy, a
wierzyciele zażądają zwrotu prawie 780 miliardów złotych, będzie dniem, w którym
załamią się inwestycje w infrastrukturę publiczną i rozpocznie się proces
sprzedaży tej nielicznej, którą drogo i nieefektywnie zbudowano w ostatnich
dwóch dekadach.
Polskie finanse publiczne i możliwość prowadzenia przez państwo wydatków w
największej mierze ograniczają gigantyczne stałe zobowiązania z tytułu szeroko
rozumianego zabezpieczenia społecznego, na które składa się kilka czynników.
Elementem cichej umowy społecznej początku lat 90. było przymykanie oczu przez
państwo na fenomen masowego przechodzenia zwalnianych pracowników wielkich
zakładów przemysłowych i innych jednostek gospodarki uspołecznionej na lewe
renty – była to swoista opłata za spokój społeczny, "podatek transformacyjny".
Jednocześnie poprzedzające prywatyzację wielu zakładów restrukturyzacje polegały
na przygotowywaniu pakietów, w ramach których zwalniani pracownicy na
specjalnych zasadach przechodzili na wcześniejsze emerytury. W konsekwencji
pracujący Polacy przez dekady będą finansowali z podatków utrzymanie osób
wysyłanych na wcześniejsze emerytury po to, by nabywcy zrestrukturyzowanychw ten
sposób zakładów przejmowali je "w promocji" – niejednokrotnie za roczny zysk
uzyskany w pierwszym roku od nabycia (np. Polskie Huty Stali).W efekcie między
innymi tych procesów, w trakcie ostatnich dwóch dekad liczba emerytów i
rencistów wzrosła o prawie dwa i pół miliona osób (do blisko 8 milionów), a
liczba osób pracujących spadła o prawie 3 miliony (do niespełna 13,8
miliona).Oznacza to, że po 20 latach transformacji coraz mniej osób pracuje na
utrzymanie coraz większej liczby emerytów. W 1990 r. 16,5 miliona pracowników
utrzymywało 5,5 miliona emerytów – trzy osoby pracowały na utrzymanie swoich
rodzin i osoby jednej nieaktywnej zawodowo. Teraz, gdy mniej niż dwie osoby
(1,75) pracują na utrzymanie każdego emeryta, muszą pracować dwa razy ciężej.
Obecny absolwent studiów ma dużą szansę pracować sam na jednego emeryta i swoją
rodzinę – o ile zdecyduje się ją założyć w Polsce.
Konsekwencje
Polska to nie jest kraj dla młodych ludzi. Konsekwencje tego, że transformację
przeprowadzono na kredyt, instytucje publiczne realizowały inwestycje bądź
przejadały środki na koszt kolejnych pokoleń, są najbardziej dotkliwe właśnie
dla nich. To oni dostają rachunki do zapłacenia za błędy i zaniedbania ostatnich
20 lat. To oni są i będą w przyszłości odpowiedzialni za to, by coraz ciężej
pracować nautrzymanie coraz większej liczbyosób niepracujących. Najgorzej
spośród nich mają się i będą mieli się ci, którzy decydują się na to, by w
Polsce mieć i wychowywać dzieci. Te osoby są prześladowane i dyskryminowane
zarówno przez system podatkowy, jak i emerytalny – każde kolejne dziecko to
okres, w którym mama nie płaci składek, a więc ma niższą emeryturę. Skutkiem tej
dyskryminacji są dwie największe katastrofy współczesnej Polski: zapaść
demograficzna i masowa emigracja.
W latach 1973-1987 rodziło się ponad 600 tys. dzieci rocznie, z maksymalną
liczbą urodzeń 724 tys. w 1983 roku. Liczba urodzeń spadła do 351 tys. w 2003
r., najniższego poziomu w całym okresie powojennym. Mimo że w 2009 r. urodziło
się 425 tys. dzieci, to ciągle jeszcze jest to niska liczba urodzeń, podobnie
jak wskaźnik dzietności – 1,39 dziecka na kobietę.
Dysproporcja pomiędzy poziomem życia i jakością infrastruktury (a pośrednio
-również funkcjonowania instytucji życia publicznego) w Polsce i krajach starej
Unii, wzmocniona wskazanymi powyżej problemami, spowodowała masową emigrację
Polaków bezpośrednio po akcesji do Unii. Po utracie prawie dwóch milionów
młodych obywateli (według danych brytyjskiego Home Office, średni wiek Polaków
pracujących w UK to 28 lat!) w niespełna trzy lata Polska straciła swój
największy skarb – wyż demograficzny. Staliśmy się jako Naród swoistym "dawcą
organów" dla zamożnych narodów europejskich, które nie przeszły traumy półwiecza
komunizmu. W 2009 roku w Wielkiej Brytanii przyszło na świat ponad 20 tysięcy
polskich dzieci – to jeden z symptomów "zapuszczania korzeni" i gwarancji, że
rodzice nie wrócą do Polski. Teraz odbywa się ostatnia faza dramatu – wraz z
otwarciem na pracowników z Polski niemieckiego rynku pracy, po 1 maja 2011 r.
rozpocznie się kolejny exodus Polaków szacowany nawet na pół miliona osób.
Co robić?
Poparcie sondażowe udzielane obecnie Prawu i Sprawiedliwości przez najmłodszych
wyborców ma charakter mocno warunkowy. W 2007 roku rozwiązanie ich problemów
obiecywał obecny premier i młodzi Polacy zaufali mu na masową skalę. Symbolem
tego były wielogodzinne kolejki do lokali wyborczych na Wyspach Brytyjskich,
gdzie młodzi polscy emigranci gremialnie poparli PO. Polska miała stać się drugą
Irlandią, Polacy mieli masowo reemigrować do Ojczyzny, w której będą spadały
podatki, likwidowana będzie biurokracja, powstaną autostrady i warunki dla
najbardziej konkurencyjnej gospodarki w Europie. Skończyło się podwyżką VAT,
wyeliminowaniem dostępu wielu rodzin do becikowego, zamrożeniem rewaloryzacji
progów podatkowych, tworzeniem nowych urzędów i zatrudnieniem ponad 50 tysięcy
nowych urzędników. By wygrać na trwałe poparcie najmłodszych wyborców, trzeba
zakasać rękawy i spełnić te obietnice Tuska, które były rozsądne, realne i
odpowiadają na problemy wskazane w niniejszym tekście, a dodatkowo postawić
sobie cele, na które rządowi PO – PSL zabrakło odwagi.
Po pierwsze, państwo musi przestać żyć na kredyt. Obecny stan powoduje, że coraz
więcej podatków przeznaczamy na odsetki od długów i nie mamy pieniędzy na inne
cele. Polityka bez pieniędzy i zasobów oznacza, że państwo jest agencją
zarządzającą zaciągniętym przez siebie długiem, a nie instytucją starającą się
efektywnie działać na rzecz dobra wspólnego. Realizacja tego postulatu oznacza
przebudowę administracji państwowej, a jednocześnie urealnienie marzeń Polaków,
by nasz kraj skokowo zalać inwestycjami infrastrukturalnymi na miarę państw
dawnej UE, bez wymówek, że nas na to nie stać.
Po drugie, trzeba głęboko przebudować system podatkowy. Należy skończyć z
podatkową dyskryminacją pracy i konsumpcji – musimy wprowadzić efektywne
opodatkowanie kapitału i zysków od niego. System podatkowy trzeba też uprościć i
wprowadzić w nim paradygmat preferencji na rzecz tych rodzin, które decydują się
na dużą liczbę dzieci – zamiast likwidować ulgę na dzieci, należy mocno
zwiększyć jej skalę na każde kolejne dziecko. Jak system "benefitów"
prorodzinnych działa i wspiera dzietność, pokazują Polki rodzące dzieci w
Wielkiej Brytanii.
Po trzecie, trzeba całkowicie przebudować system emerytalny. Paradoksalnie
najlepszym rozwiązaniem byłoby postulowane przez minister Jolantę Fedak
wprowadzenie systemu "kanadyjskiego", w którym emerytura w stałej i takiej samej
kwocie przysługiwać będzie każdemu Polakowi, który osiągnął określony wiek.
Rozwiązanie to powinno mieć dodatkową modyfikację – kwota ta byłaby powiększana
w zależności od tego, ile dana osoba ma dzieci, które nie wyemigrowały z Polski
i płacą w niej podatki. Ponadto środki odkładane przez Polaków dobrowolnie na
emeryturę powinny być na określonych zasadach zwolnione z opodatkowania.
Po czwarte, należy przeprowadzić głęboki przegląd instytucji prawa uchwalonego
po 1989 roku pod kątem tego, czy służy ono faktycznie dobru wspólnemu Polaków,
czy jest biurokratyczną zawalidrogą, psującą nam krew i kradnącą cenny czas.
Wszystkie wątpliwe przepisy, urzędy i instytucje powinny zostać usunięte.
Kochający instynktownie wolność Polacy, a zwłaszcza młodzi, na pewno to docenią.
Czasu na dokonanie tych zmian jest bardzo niewiele. W chwili obecnej dzieci mogą
mieć osoby z wyżu demograficznego lat 70. i 80., dlatego okres następnego rządu
to ostatni moment na uruchomienie efektywnej polityki prorodzinnej, zachęcającej
młodych Polaków do zostania w kraju i powrotów. Po 2015 r., w którym skokowo
spadnie liczba kobiet w wieku 25-34 lat, decydujących o ogólnej liczbie urodzeń,
a polscy emigranci zakorzenią się w państwach, do których wyjechali, taka
polityka będzie mogła przynieść nieporównanie mniejsze efekty – nie tylko w
wymiarze utrzymania poparcia wyborczego wśród młodzieży.
Przemysław Wipler
Autor jest prezesem zarządu Fundacji Republikańskiej, jako ekspert zajmuje się
tematyką prawa gospodarczego, podatków i energetyką.
