Nie było litości
Historycy szacują, że dzięki pomocy Polaków w czasie okupacji niemieckiej
uratowano od 30 tys. do 100 tys. polskich Żydów. Cena udzielanej pomocy była
wysoka – kara śmierci groziła każdemu, kto przyjął pod swój dach poszukujące
schronienia osoby.
Gdy w 1939 roku Niemcy zajmowali nasz kraj, spodziewano się, że okupacja będzie
brutalna. Nie przewidywano jednak, że zginie aż 6 milionów polskich obywateli, w
tym prawie cała 3-milionowa społeczność żydowska. Choć mordy na Polakach i
Żydach trwały od początku okupacji, decyzję o "ostatecznym rozwiązaniu kwestii
żydowskiej" przywódcy III Rzeszy podjęli w 1941 roku. W październiku 1941 r.
generalny gubernator Hans Frank wprowadził przepisy zabraniające udzielania
pomocy Żydom. W odróżnieniu od okupowanych krajów zachodniej Europy Polacy za
udzielenie pomocy, nawet doraźnej, mieli być karani śmiercią. Sąsiedzi, którzy
wiedzieli o takim wsparciu, a nie donieśli Niemcom, mieli także ponosić ciężkie
kary.
W odpowiedzi na działalność agresora Rząd RP na Uchodźstwie w Londynie oraz
konspiracyjne władze podziemne w kraju podjęły wysiłki na rzecz ratowania swych
obywateli, w tym narodowości żydowskiej. W efekcie 17 grudnia 1942 r. z
inicjatywy Polski została podpisana Deklaracja 12 państw sprzymierzonych w
sprawie odpowiedzialności za zagładę Żydów, a w okupowanej Polsce m.in. dzięki
katolickiej pisarce Zofii Kossak-Szczuckiej powołano Radę Pomocy Żydom "Żegota".
Wsparcia Polakom pochodzenia żydowskiego udzieliły także pojedyncze rodziny i
osoby. Szacuje się, że dzięki pomocy Polaków uratowano od 30 tys. do 100 tys.
polskich Żydów.
W polskim społeczeństwie znaleźli się i tacy, o których mówiła odezwa
Kierownictwa Walki Cywilnej: "Jednostki wyzute ze czci i sumienia, rekrutujące
się ze świata przestępczego, które stworzyły sobie nowe źródło występnego
dochodu przez szantażowanie Polaków ukrywających Żydów i Żydów samych".
Demoralizacja wojną była jednak straszna i niektóre osoby dopuściły się takich
czynów (na Rzeszowszczyźnie prawdopodobnie w około stu miejscowościach). W miarę
swych niewielkich możliwości legalne polskie władze konspiracyjne starały się
temu zapobiegać, na niektórych sprawcach wykonano wyroki śmierci.
Miłosierni samarytanie z Markowej
Jednym z najbardziej znanych przypadków pomocy Żydom, która zakończyła się
tragicznie dla pomagających oraz ukrywanych, była podkarpacka Markowa. Na
Rzeszowszczyźnie Żydzi stanowili przed wojną ponad 8 proc. mieszkańców. W
połowie lipca 1942 r. Niemcy rozpoczęli eksterminację społeczności żydowskiej na
tych terenach. Większość z nich została zamordowana w obozie zagłady w Bełżcu. W
wielu wsiach rozstrzeliwano ich na miejscu. Żydzi szukali schronienia m.in. w
chłopskich domach. Do dzisiaj na samym Podkarpaciu ustalono 1600 nazwisk osób
(wiele kolejnych jest nadal anonimowych), którzy zdecydowali się wówczas
udzielić pomocy prześladowanym Żydom. Z ich grona Niemcy rozstrzelali co
najmniej dwustu. Wśród nich znajduje się rodzina Józefa i Wiktorii (z domu
Niemczak) Ulmów z Markowej.
Józef, urodzony w 1900 r., znany był doskonale w całej wsi. Choć ukończył
jedynie cztery klasy szkoły powszechnej, a później kurs rolniczy, to jako
wszechstronnie utalentowany prowadził w Markowej pierwszą w jej dziejach szkółkę
drzew owocowych. Propagował nierozpowszechnione jeszcze wówczas szerzej uprawy
warzyw i owoców. Jego nowatorskie metody gospodarowania znane były nie tylko w
tej dziedzinie. Zachowały się dyplomy, które otrzymał w 1933 r. na Powiatowej
Wystawie Rolniczej w Przeworsku – jeden "za pomysłowe ule i narzędzia
pszczelarskie własnej konstrukcji", drugi "za wzorową hodowlę jedwabników i
wykresy ich życia". Józef nie stronił także od działalności społecznej. Jako
siedemnastoletni młodzieniec był członkiem Związku Mszalnego Diecezji
Przemyskiej, którego celem oprócz modlitwy było zbieranie funduszy na rzecz
budowy i konserwacji kościołów i kaplic. Angażował się w Katolickim
Stowarzyszeniu Młodzieży, później działał w Związku Młodzieży Wiejskiej "Wici",
w którym był bibliotekarzem i fotografem. Jego największą pasją było właśnie
fotografowanie. Wykonał tysiące zdjęć, w znacznej mierze zachowanych do dziś.
Pięknie fotografował swoją małżonkę i dzieci. Zachowały się także zdjęcia samego
Józefa.
Wybranką Józefa stała się dwanaście lat młodsza od niego Wiktoria. Być może
poznali się podczas prób Amatorskiego Zespołu Teatralnego w Markowej. Oboje
bowiem w nim grywali. Wiktoria w jednym z przedstawień – jasełkach, występowała
jako Matka Boża. Pobrali się w lipcu 1935 r. w kościele parafialnym w Markowej
pod wezwaniem św. Doroty. Małżeństwo było dobrze dobrane i darzyło się miłością.
Na jednym ze wspólnych zdjęć widać Józefa trzymającego Wiktorię na kolanach,
przytulonych do siebie. Szybko doczekali się potomstwa. W ciągu siedmiu lat
małżeństwa urodziło się im sześcioro dzieci: Stasia, Basia, Władzio, Franuś,
Antoś, Marysia. Gdyby nie tragedia, na wiosnę 1944 r. cieszyliby się siódmym
maleństwem.
Nie znamy bliżej duchowości Ulmów. Z całą pewnością możemy powiedzieć, że
cieszyli się uznaniem miejscowej społeczności jako prawi ludzie. Byli
praktykującymi katolikami. Żyjąca do dzisiaj Stanisława Kuźniar, matka chrzestna
Władzia – jednego z synów Ulmów, która pomagała opiekować się Wiktorii licznymi
dziećmi, zaświadcza, że widywała, jak Józef klękał przed snem do wieczornej
modlitwy. Wiktoria zajmowała się domem – na jednym ze zdjęć widać, jak rysuje
lub pisze dzieciom w zeszycie, na innych stoi otoczona dużą i zadbaną gromadką,
trzymając najmłodsze dziecko. Mieszkali na uboczu wsi.
Oddali życie za przyjaciół
Prawdopodobnie była druga połowa 1942 r., gdy dwie rodziny żydowskie – Szallów z
Łańcuta i Goldmanów z Markowej, których Ulmowie znali już przed wojną, zwróciły
się do nich z prośbą o ukrycie ich. Trudno określić przesłanki, jakimi kierowali
się Ulmowie, podejmując decyzję. Była to zapewne miłość bliźniego, współczucie i
świadomość tego, że zaniechanie pomocy może być wyrokiem śmierci dla wyjętych
spod prawa ludzi. Ulmowie mogli także liczyć na to, że dzięki wspólnej pracy
kilku osób w sile wieku wszystkim będzie łatwiej przeżyć trudne wojenne dni.
Zagadką pozostaje, kto i dlaczego powiadomił Niemców o fakcie ukrywania Żydów.
Dokumenty podziemia sugerują, że uczynił to granatowy policjant z Łańcuta
ukraińskiego pochodzenia, który wcześniej przez pewien czas pomagał Szallom, ale
później ich wyrzucił.
24 marca 1944 r. w zagrodzie Ulmów w Markowej pojawiła się żandarmeria niemiecka
i granatowa policja. Naocznymi świadkami egzekucji byli furmani, którzy zostali
przywołani przez Niemców, żeby zobaczyli, jaka kara spotyka każdego Polaka
ukrywającego Żydów. Najpierw zamordowano Żydów. W krótkim czasie przed dom
wyprowadzono także Józefa i Wiktorię Ulmów i tam ich stracono. Świadek
relacjonuje: "W czasie rozstrzeliwania na miejscu egzekucji słychać było
straszne krzyki, lament ludzi, dzieci wołały rodziców, a rodzice już byli
rozstrzelani. Wszystko to robiło wstrząsający widok". Żandarmi, mordując,
dodatkowo krzyczeli: "Patrzcie, jak polskie świnie giną – które przechowują
Żydów". Wśród rozpaczliwych krzyków dzieci Niemcy zaczęli się zastanawiać, co z
nimi począć. Rozstrzelano jednak wszystkie. W ciągu kilku chwil z rąk oprawców
zginęło siedemnaście osób, w tym dziecko w łonie matki, które wkrótce miało się
narodzić.
Po dokonaniu zbrodni Niemcy przystąpili do rabunku. Gdy jeden z nich przy
zwłokach Gołdy Goldman zauważył schowane na piersi pudełko z kosztownościami,
powiedział: "Tego mi było potrzeba". Na rozkaz zbrodniarzy wykopano doły na
miejscu zbrodni i pochowano w nich zamordowanych. Po kilku dniach, gdy odkopano
grób, jeden ze świadków zauważył: "Kładąc do trumny zwłoki Wiktorii Ulma,
stwierdziłem, że była ona w ciąży. Twierdzenie to opieram na tym, że z jej
narządów rodnych było widać główkę i piersi dziecka".
Mimo że wieść o tragedii rozeszła się błyskawicznie, w innych pięciu domach
Markowej nadal udzielano schronienia co najmniej 17 prześladowanym Żydom.
Wszyscy doczekali szczęśliwie końca wojny.
Pamięć o bohaterach
Członkowie trzech rodzin z Markowej, w tym pośmiertnie Ulmowie, zostali
odznaczeni przez Instytut Yad Vashem medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata.
Polacy są najliczniejszą grupą narodowościową wśród nagrodzonych tym zaszczytnym
tytułem.
We wrześniu 2003 r. Kościół katolicki rozpoczął proces beatyfikacyjny Ulmów. W
maju br. zakończy się w Pelplinie jego polski etap, a dokumenty zostaną wysłane
do Watykanu. W 60. rocznicę tragedii, 24 marca 2004 r., odsłonięto w Markowej
pomnik przypominający o zbrodni na rodzinie Ulmów, Szallów i Goldmanów. W tej
uroczystości wziął udział m.in. Abraham Segal – Żyd mieszkający obecnie wraz z
rodziną w Izraelu pod Hajfą, który pod przybranym nazwiskiem Romek Kaliszewski
przeżył okupację w Markowej. Podziękował swoim dobroczyńcom Helenie i Janowi
Cwynarowi za to, że chociaż odkryli, że był nie tylko pastuchem szukającym
pracy, ale jednocześnie ukrywającym się przed holokaustem Żydem, to traktowali
go nadal jak syna i pozwolili pozostać u siebie do końca okupacji. Dzięki
rozpropagowaniu przez niego wiedzy na ten temat w Izraelu pod pomnik przybywają
młodzi Żydzi – niekiedy nawet kilkanaście autokarów dziennie. W związku z tym
narodził się pomysł, aby w Markowej powstało Muzeum Polaków Ratujących Żydów.
Będzie ono jednostką samorządu wojewódzkiego, który wygospodarował już na ten
cel środki. Została także wybrana koncepcja architektoniczna autorstwa Nizio
Design, pracowni, która projektowała Muzeum Powstania Warszawskiego, Żydowski
Sztetl w Chmielniku, Muzeum Zagłady w Bełżcu czy Muzeum Martyrologii Wsi
Polskiej w Michniowie. Pamięć o Sprawiedliwych nie może zaginąć.
Mateusz Szpytma
Autor jest pracownikiem Instytutu Pamięci Narodowej. Opublikował m.in.
"Sprawiedliwi i ich świat. Markowa w fotografii Józefa Ulmy", Warszawa – Kraków
2007; "The risk of survival. The Rescue of the Jews by the Poles and the Tragic
Consequences for the Ulma Family from Markowa", Warszawa – Kraków 2009.
