Fakty „nieznane”, bo niebyłe
Żenująco niskich lotów beletrystyka, często bez umocowania w materiale
procesowym. Miszmasz informacji ze śledztwa z innymi ustaleniami autorów lub
stworzoną przez nich fikcją – tak eksperci oceniają ostatnią publikację
tygodnika Tomasza Lisa pt. "Panika we mgle". Co gorsza, artykuł nie stroni od
powtarzania wymysłów na temat rzekomej kłótni o pogodę między mjr. Arkadiuszem
Protasiukiem a gen. Andrzejem Błasikiem przed wylotem do Smoleńska. Tę tezę
obaliła wczoraj jednoznacznie Naczelna Prokuratura Wojskowa.
Artykuł "Panika we mgle" ("Wprost", 14-20 marca br.) napisali Michał Krzymowski
i Marcin Dzierżanowski. Przytacza się w nim m.in. rozmowę, jaką na kilkanaście
minut przed startem Tu-154 mjr Arkadiusz Protasiuk miał przeprowadzić z oficerem
Biura Ochrony Rządu Piotrem Swędzikowskim. Dziennikarze, powołując się na
skądinąd objęte tajemnicą śledztwa zeznania świadków złożone w prokuraturze,
stwierdzają, że dowódca Tu-154 "nie wyglądał na zdenerwowanego". Możemy się
tylko domyślać, że wspomniane zeznania zostały przetransponowane na mowę
niezależną i w ten sposób "udramatyzowane". "- Spójrz na niebo – borowiec zadarł
głowę do góry. – Jakie ładne, niebieskie. – Oby w Smoleńsku też takie było, bo
prognozy są nieciekawe – odpowiedział Protasiuk" – płynie relacja.
"Wprost" bez zażenowania powiela tezę o wymyślonej przez inne media sprzeczce na
temat pogody w Smoleńsku, do której miało dojść między dowódcą Sił Powietrznych
a kapitanem tupolewa. Wczoraj usłyszeliśmy jej najnowsze i jednoznaczne dementi.
– Oględziny filmu z Okęcia z 10 kwietnia 2010 r. nie ujawniły kadrów, z których
można byłoby wysnuć wniosek o rzekomej kłótni dowódcy Sił Powietrznych gen.
Andrzeja Błasika z dowódcą Tu-154 kpt. Arkadiuszem Protasiukiem – podał rzecznik
naczelnego prokuratora wojskowego płk Zbigniew Rzepa.
Tygodnik anonsuje, że tekst zawiera fragmenty przygotowywanej książki – ma więc
de facto poza wspomnianymi dotychczas mankamentami również cechy kryptoreklamy.
Poznali myśli posła
– Nie ma materiału dowodowego, który potwierdzałby jakąkolwiek kłótnię między
gen. Błasikiem a mjr. Protasiukiem. Fragmenty książki opublikowane w tygodniku
"Wprost" pozwalają domniemywać, że jest to swobodna beletrystyka, często bez
umocowania w materiale procesowym. Dochodzi tu do pomieszania informacji ze
śledztwa z innymi ustaleniami autorów lub stworzoną przez nich fikcją –
komentuje mecenas Bartosz Kownacki, pełnomocnik części rodzin smoleńskich. – Jak
wiemy, autorzy publikacji uzyskali dostęp do fotokopii akt śledztwa. Poza tym są
tu pewne informacje ogólnie znane, zapewne pozyskane od różnych osób. W mojej
ocenie, publikacja ma na celu przede wszystkim budowanie napięcia i sensacji, a
informacje w niej zawarte nie wnoszą, moim zdaniem, nic nowego do śledztwa.
Traktowanie katastrofy smoleńskiej jako pretekstu do swobodnej beletrystyki i
sensacji nie może spotkać się z moją aprobatą. Sprawa smoleńska jest bowiem
źródłem bólu i cierpienia dla wielu osób. To nie powinno być pole do tego typu
dywagacji i wprowadzania tak swobodnej formuły – tłumaczy Kownacki.
Argumentację tę podziela mecenas Piotr Pszczółkowski, pełnomocnik Jarosława
Kaczyńskiego. – Niewątpliwie tragedia smoleńska jest i będzie polem do
różnorodnych nadużyć. Relacje jej dotyczące zawsze będą mniej lub bardziej
rzetelne. Opisywanie wszelkich reakcji, jakie miały miejsce po katastrofie, jest
jednak moralnie wątpliwe – to jakby robić relację ze stypy. Każdy, kto jest
Polakiem, na swój sposób przeżywa tę tragedię. Wyciąganie wniosków tego typu,
jak to ktoś się spieszył z Katynia do Warszawy, jest w tym przypadku wysoce nie
na miejscu – stwierdza prawnik. W ten sposób odniósł się do wątku z artykułu, w
którym jest opis zbiorowej paniki na cmentarzu katyńskim.
W tekście w karykaturalny sposób przedstawiono zachowanie posłów PiS
oczekujących na przylot delegacji z prezydentem Lechem Kaczyńskim. Mowa o
Antonim Macierewiczu i Arkadiuszu Mularczyku, którzy jakoby chcieli jak
najszybciej wyjechać z Rosji z tego powodu, że spodziewali się dymisji rządu i
nadzwyczajnego posiedzenia Sejmu. Dziennikarze posunęli się do tego, że (w
internetowej wersji artykułu) cytowali… myśli posła Mularczyka: "Tu są mogiły
pomordowanych oficerów, tam roztrzaskany samolot. A jak jeszcze i nas
załatwią?".
– Wartość tej dziennikarskiej relacji można ocenić jako nieuczciwą. Wszystko, co
piszą, nie ma nic wspólnego z rzeczywistością – ocenia krótko Macierewicz,
oskarżony o to, że w Katyniu udzieliła mu się "psychoza".
Poza warstwą fikcyjną w "Panice we mgle" czytamy, że oficerowie Biura Ochrony
Rządu zastosowali pewien blef: udawali przed Rosjanami, że nie rozpoznają ciała
prezydenta Lecha Kaczyńskiego – co miało zapobiec ewentualnemu zabraniu go przez
Rosjan. "Wprost" potwierdza też to, o czym "Nasz Dziennik" pisał jako pierwszy:
że funkcjonariusze BOR trzymali wartę przy ciele prezydenta.
Są ponadto informacje, że rosyjscy kontrolerzy z Siewiernego mówili załodze
polskiego Jaka-40, że z Tu-154 jest "płocho", a zaraz potem zakomunikowali im,
że tupolew odleciał.
Problem polega na tym, że w przypadku tego artykułu czytelnik nie dostaje
narzędzi do zweryfikowania, co jest prawdą, a co zwykłym wymysłem autorów.
"Przedstawiamy nieznane fakty związane z katastrofą smoleńską" – zachęca
periodyk. Tyle że niektóre z tych "faktów" dlatego są nieznane, że nigdy nie
miały miejsca.
Tania fabuła ma odwrócić uwagę
– Ktoś próbuje najwyraźniej tworzyć tanią sensację za pomocą fabularyzowanych i
nie wiadomo z czego wynikających tez. To kolejna wrzutka medialna zrobiona po
to, by uwagę społeczeństwa nakierować na inne tory myślenia: nie na przyczyny
katastrofy i działanie rządu, a właściwie jego brak, lecz na wydumane sytuacje –
twierdzi Bogdan Święczkowski, były szef Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. –
Niedługo okaże się, że w książce zapowiadanej przez "Wprost" winnym katastrofy
będzie Jarosław Kaczyński – ironizuje. – Chodzi o to, by zatrzeć przed ludźmi
wrażenie upadku państwa po katastrofie smoleńskiej – dodaje Święczkowski.
W swojej narracji dziennikarze "Wprost" powołują się na rzekomą wypowiedź Jana
Pospieszalskiego, który podczas powrotu pociągiem do Warszawy miał nawoływać do
zorganizowania Mszy św. polowej na terenie Dworca Zachodniego w intencji ofiar
katastrofy. Późniejszy współautor filmu "Solidarni 2010" miał nawet zapewniać,
że kamerą "uwieczni te wyjątkowe chwile". – To są kłamstwa, niczego takiego nie
mówiłem, nie miałem żadnej kamery. Proponowałem jedynie, by po przybyciu do
stolicy odmówić krótką modlitwę – kontruje Pospieszalski.
Tanim chwytem jest też przytoczenie przez Krzymowskiego i Dzierżanowskiego kulis
rozmowy Jarosława Kaczyńskiego z byłym doradcą prezydenta Lecha Kaczyńskiego
prof. Andrzejem Zybertowiczem. Dzień po katastrofie rządowego Tu-154 Zybertowicz
miał się pojawić w biurze PiS i apelować do prezesa tej partii, by wziął udział
w wyborach prezydenckich. Apel był poparty listem sygnowanym przez prawie
wszystkich doradców tragicznie zmarłego prezydenta. – W tekście nieprawdziwa
jest m.in. kluczowa informacja – że rozmowa odbyła się 11 kwietnia. W dniu tym w
ogóle nie było mnie w Warszawie. Po drugie – żaden z autorów tego artykułu nie
kontaktował się ze mną, żeby zweryfikować swoje informacje. Przed kilku laty pan
Krzymowski podał nieprawdziwe informacje na mój temat – jakobym miał startować z
listy PiS do polskiego parlamentu. Zapytałem go wówczas telefonicznie, dlaczego
nie skontaktował się ze mną w tej sprawie. Najwidoczniej pan Krzymowski nie
wyciągnął żadnego wniosku z tamtej sytuacji – mówi prof. Zybertowicz. – Jeśli
wiarygodność innych informacji, jakie mają się ukazać w książce zapowiadanej
przez "Wprost", jest taka sama jak ta opublikowana w tym tekście, to można tylko
żałować czytelników, którzy dadzą się nabrać na taką narrację autorów – ucina
nasz rozmówca.
Prokuratura wpisze się w narrację?
Czy artykułem "Wprost" zajmie się prokuratura? – Jeżeli prokuratorzy prowadzący
śledztwo uznają, że jest to publikacja materiałów z postępowania
przygotowawczego bez pozwolenia prokuratury, to pewnie tak – deklaruje w
rozmowie z "Naszym Dziennikiem" płk Zbigniew Rzepa, rzecznik prasowy naczelnego
prokuratora wojskowego.
Podczas posiedzenia senackiej Komisji Obrony Narodowej z 10 lutego br., które
było poświęcone informacji polskich organów państwowych o działaniach podjętych
w związku z katastrofą Tu-154M, gen. Krzysztof Parulski, naczelny prokurator
wojskowy, relacjonował senatorom swoje przejścia z tygodnikiem Tomasza Lisa.
Otóż 27 stycznia br. skierował do redaktora naczelnego tygodnika "Wprost"
wezwanie do opublikowania sprostowania artykułu prasowego pt. "Podejść Rosję", w
którym – jak Parulski tłumaczył członkom komisji – jego autor Michał Krzymowski
bezkrytycznie powoływał się na kwestionowane przez niego wypowiedzi Edmunda
Klicha. – Do dzisiaj redakcja nie opublikowała sprostowania, a ja nie uzyskałem
odpowiedzi redakcji na wystosowane wezwanie – mówił wtedy gen. Parulski.
Pułkownik Rzepa nie potrafił nam odpowiedzieć, czy wezwanie do publikacji tego
sprostowania kiedykolwiek ukazało się na stronach internetowych Naczelnej
Prokuratury Wojskowej. Przez kilka miesięcy wisiały tam natomiast wezwania
dotyczące "Naszego Dziennika".
– To stwarza sytuację, że są równi i równiejsi: są takie media, którym wszystko
wolno, i takie media, które żyją pod nieustanną presją, iż będą posądzane o
popełnienie przestępstwa i będą ścigane – puentuje poseł Antoni Macierewicz,
szef parlamentarnego zespołu badającego katastrofę smoleńską. Jak przypominają
mecenasi rodzin ofiar, publikacje "Wprost" już wcześniej utrudniły im pracę.
Chodzi o upublicznienie przez dziennikarzy tego tygodnika materiałów z
postępowania przygotowawczego prowadzonego w sprawie katastrofy smoleńskiej, co
miało miejsce pod koniec ubiegłego roku. Wojskowa Prokuratura Okręgowa w
Warszawie zabroniła wtedy stronom postępowania (w tym właśnie pełnomocnikom
rodzin) wykonywania fotokopii oraz kserokopii akt śledztwa.
Anna Ambroziak
