Japonia płacze do wewnątrz
Ogrom bólu, ogrom cierpienia. Trudno pisać. Wielu zabitych, rannych,
zaginionych. Osamotnione matki, ojcowie, dzieci… Fale tsunami porwały
najbliższych, domy, miejsca pracy, dobytek całego życia. Ale w Japonii nie
słychać płaczu. Japonia opłakuje swe dzieci, ale jakby do środka, nie pokazując
łez. Naród ujawnia swe męstwo i siłę wewnętrzną. Ludzie chcą nawzajem pokrzepić
się swoją postawą, choć niektóre miasta są zrównane z ziemią.
Wczoraj w wiadomościach można było usłyszeć wypowiedzi osób uratowanych przed
falami tsunami. Ojciec, który pozostał tylko z najstarszym synem, bo żywioł
pochłonął jego żonę i dwie córeczki, mówi, że dziękuje za życie, że ma
szczęście, bo inni zostali zupełnie sami. Stara się innych podnosić na duchu.
Japończycy z natury nie pokazują uczuć. Jednak dziś łzy w środku czasem już się
nie mieszczą. Na oczach starszego mężczyzny woda porwała kilkoro ludzi. Gdy o
tym opowiada, próbuje nie płakać, jednak trudno walczyć z ogromem emocji. Łzy
same płyną mu po policzkach. Ludzi ewakuowano przeważnie do szkół, bibliotek lub
urzędów miast. Wolontariusze starają się spieszyć im z pomocą, dostarczając
wodę, przygotowując onigiri (ryżowe kulki z nadzieniem). Dostarczane są także
gazety, z nadzieją, że ich czytanie pomoże poszkodowanym choć na chwilę oderwać
się myślami od własnego położenia i rozładować nagromadzony stres. W miejscach
ewakuacji są również dzieci, które straciły kontakt z rodzicami. Wolontariusze,
by odwrócić ich uwagę od tragedii, zapraszają maluchów do pomocy w przygotowaniu
posiłku. Wielu ludzi nie może skontaktować się z najbliższą rodziną. Są dostępne
bezpłatne telefony, tablice ogłoszeń o osobach zaginionych. Także w telewizji na
jednym z kanałów nieustannie nadawane są komunikaty przez poszukujących się
nawzajem. Uruchomiono specjalną linię 0, gdzie można uzyskać informacje lub
zgłosić zaginięcie. Liczba zaginionych przekroczyła 20 tys. osób. Najtrudniejsza
jest rozłąka z najbliższymi i brak informacji o nich.
Proszę o modlitwę
U nas w Nakameguro (dzielnica Tokio, w której mieszkamy) piątkowe trzęsienie
ziemi odczuwane było bardzo mocno. Na szczęście nikt z naszej sześcioosobowej
wspólnoty (siostra przełożona – Japonka, 3 siostry z Polski i 2 aspirantki z
Wietnamu) ani żaden z naszych sąsiadów nie odniósł obrażeń. Budynki są
wytrzymałe na wstrząsy. Nie ma większych zniszczeń. Fale tsunami do nas nie
docierają. Na ulicach panuje cisza. Japończycy zachowują wielki spokój.
W naszym kościele w niedzielnej Eucharystii uczestniczy nieznacznie większa
liczba wiernych niż zazwyczaj. Przyszło jednak kilka osób, które normalnie
goszczą w kościele tylko w największe święta. Wśród nich jest Emikosan, młoda
dziewczyna. Odwiedziła nas tuż przed trzęsieniem. Zapraszałyśmy ją wówczas na
niedzielną Eucharystię, wymawiała się jednak brakiem czasu. Dziś jednak
przyszła. Martwi się szczególnie o elektrownie w Fukushimie. Prosi o modlitwę.
Ofiarowujemy jej różaniec z medalikiem Pana Jezusa Miłosiernego. Po Mszy św.
wierni spontanicznie dzielą się z nami swoimi przeżyciami z ostatnich dni. Widać
troskę o tych, których kataklizm dotknął najbardziej, ale nie ma paniki i
rozpaczy. Ten japoński spokój udziela się nam. Uczymy się od Japończyków
zawierzenia – w naszym przypadku zawierzenia Bogu, który jest z nami teraz
szczególnie blisko. 90-letnia staruszka, pani Utsumisan po raz pierwszy w swoim
życiu przeżyła takie trzęsienie ziemi. – W piątek jechałam z córką samochodem,
gdy nagle zaczęło się trząść. Samochód zarzuciło na drugą stronę jezdni.
Szczęśliwie jednak powróciłyśmy do domu – opowiada.
Większość naszych wiernych była w czasie wstrząsów w domu. Mieszkający w starym
budownictwie chronili się na zewnątrz budynków. Nikt nie doznał większych szkód.
Podobnie jak w naszym klasztorze potłukło się tylko wiele przedmiotów.
W naszym kościele gromadzą się także na coniedzielnej Eucharystii wierni ze
wspólnoty niemieckojęzycznej w liczbie 50-60. Dziś na Mszę św. przyszło tylko 11
osób. Okazało się, że niemieckie firmy poleciły swym pracownikom powracać do
kraju. Pozostali tylko ci, którzy mają tu swoje rodziny.
Idź i wróć
W sobotę nad ranem odczuwane były u nas jeszcze silne wstrząsy. Rano jedna z
naszych sióstr wychodziła do pracy, do domu starców. Sprawdzamy, czy pociągi w
kierunku Yogi (dzielnica Tokio) już jeżdżą. Okazuje się, że wszystko w porządku.
Żegnamy się tak jak zawsze po japońsku, gdy wychodzimy z domu: "Ittekimasu"
("Idę i wrócę"), "Itterasshyai" ("Idź i wróć"). Dziś brzmią one jednak
szczególnie mocno. Z niepokojem patrzymy na siebie i zapewniamy się o wzajemnej
modlitwie.
U siostry w pracy kilkoro pracowników pozostało na noc, gdyż nie mieli połączeń,
by wrócić do domu. Byli bardzo pomocni w porządkowaniu pokojów pensjonariuszy i
w przenoszeniu chorych z parteru na piętro. Podczas wstrząsów zatrzymana została
winda i ci, którzy przed trzęsieniem zjechali na dół, nie mogli wrócić do swoich
pokoi. Nikomu z osób starszych i pracowników nic się nie stało. Miejscami tylko
odpadł tynk z elewacji budynku.
Odwiedza nas też bezdomny, który często przychodzi do naszego klasztoru, prosząc
o jedzenie. Szykujemy kappu-ramen (gorący kubek). Pytamy, jak się czuje, gdzie
spędził noc. – W Shibuya [jedna z najbardziej zatłoczonych stacji w Tokio]
zostałem wraz z innymi ewakuowany do miejskiej biblioteki – opowiada.
Otrzymujemy także e-maile od polskich i polsko-japońskich rodzin, które gromadzą
się na comiesięcznych Mszach św. dla Polonii w Yotsuya (dzielnica Tokio).
Pytają, czy u nas wszystko w porządku, dzielą się swoimi przeżyciami…
Najtrudniejszy dla większości był brak kontaktu z najbliższymi, szczególnie z
dziećmi, które ewakuowane ze szkół nie zawsze mogły powrócić do domu. Jedna z
mam opowiadała, że zawsze dzieci do domu odwozi szkolny autobus. Jednak po
ewakuacji rozesłano rodzicom e-maile z prośbą, by sami odebrali dzieci. W
Hashimoto nie było prądu, nie było możliwości nawiązania kontaktu. Z niepokojem
czekała na wieści. Dopiero ok. 22.00 starszemu synowi udało się poinformować, że
są bezpieczni w domu u koleżanki. Mąż również dotarł do domu z pracy dopiero o
4.00 nad ranem.
Spokój i dyscyplina
Z telewizji dochodzą do nas coraz smutniejsze komunikaty o zabitych, rannych,
potrzebujących pomocy. Wzywają do gromadzenia zapasów wody i prowiantu. Idziemy
do sklepu, ale chleba już nie ma. Obento (gotowy lunch w pudełeczku, który
Japończycy jedzą w pracy lub w szkole) również rozsprzedane. Na półkach z
półproduktami również robi się pusto. Widać, że ludzie słuchają komunikatów i
się do nich stosują. To naprawdę pomaga w opanowaniu całej sytuacji. Japończycy
od przedszkola są wychowywani do posłuszeństwa wydawanym poleceniom. Widać to w
codziennym życiu, choćby na zatłoczonych tokijskich dworcach, gdzie nikt się nie
pcha, ludzie ustawiają się w kolejce, by wsiąść do pociągu. Schodzą wyznaczoną
stroną schodów, choćby po drugiej stronie nikogo nie było. Każdy uważa, by nie
być przeszkodą dla innych, by innym nie sprawiać problemów. Wyraża to często
powtarzane przez Japończyków wyrażenie "gomeiwaku-o kakenaiyouni". Ta troska, by
drugiemu ze mną było dobrze, to efekt charakterystycznego w Japonii wychowania
do życia w grupie. Jest to chyba jedyny kraj na świecie, gdzie ludzie w obliczu
tak wielkiej tragedii są tak bardzo zdyscyplinowani.
Dziś wstrząsy są już coraz słabsze. Wierzymy, że wkrótce wszystko się wyciszy.
Zawierzamy naszą Japonię Bożej Opatrzności.
s. Klaudiusza Bujnowicz SDP,
Tokio, Nakameguro
