Po co Polsce prezydencja?
Polska już w lipcu po raz pierwszy obejmie półroczne przewodnictwo w UE.
Polskie władze oraz administracja publiczna będą musiały działać na najwyższych
obrotach, aby skutecznie sprostać temu zadaniu. Dla Polski będzie to swoisty "stress
test", który zadecyduje o tym, czy zdołamy wzmocnić swoją pozycję w Europie, czy
na trwałe znajdziemy się w jej drugiej, pozbawionej wpływu na kluczowe decyzje
lidze.
W ubiegłym miesiącu w Strasburgu doszło do spotkania ministra Sikorskiego z
polskimi posłami do Parlamentu Europejskiego. Politycy rozmawiali na temat
przygotowań Polski do prezydencji w Unii Europejskiej. To, co usłyszeliśmy z ust
polskiego ministra spraw zagranicznych, musi budzić olbrzymi niepokój. Spotkanie
potwierdziło bowiem najgorsze obawy, że rząd tak naprawdę pomysłu na polskie
przewodnictwo nie ma. Po pierwsze, Polska w ramach prezydencji nie zamierza
robić niczego innego poza administrowaniem działaniami i programami Unii
Europejskiej. Wpiszemy się jedynie w istniejącą już unijną agendę. Sami
natomiast nie zamierzamy przedstawić żadnego celu, który mógłby być z polską
prezydencją identyfikowany.
Po drugie, wciąż nie mamy ostatecznej, chociażby przybliżonej listy priorytetów.
Wciąż nie wiemy, co podczas tej prezydencji chcemy osiągnąć. Z listy rozważanych
przez rząd Donalda Tuska sześciu celów (budżet na lata 2014-2020, stosunki ze
Wschodem, rynek wewnętrzny, bezpieczeństwo energetyczne, wspólna polityka
bezpieczeństwa i obrony oraz pełne wykorzystanie kapitału intelektualnego
Europy) prawie wszystkie są już wpisane w plan prac UE. Widać, że nie interesuje
nas kreowanie polityki unijnej.
Po trzecie, wiemy już na pewno, że na liście polskich celów prezydencji nie
będzie rolnictwa i wyrównania dopłat dla rolników starej i nowej UE. Istniejące
obecnie dysproporcje są bardzo duże. Polski rolnik otrzymuje ok. 190 EUR dopłat
do hektara, a tymczasem rolnicy niemieccy otrzymują 340 EUR, duńscy – 390 EUR,
francuscy – 260, a włoscy – 320. Dlaczego więc wśród celów polskiej prezydencji
nie ma postulatu wyrównania dopłat dla rolników? Przecież nie jest tajemnicą, że
negocjacje nad kształtem wspólnej polityki rolnej UE wchodzą w decydującą fazę.
Podczas naszej prezydencji mielibyśmy największą możliwość szukania i kreowania
najkorzystniejszych dla rolników z nowej Unii rozwiązań.
Administrowanie czy ambitne cele?
Analizując dotychczasowe prezydencje, można wyróżnić ich dwa modele: innowacyjny
i administracyjny. Podstawą prezydencji innowacyjnej jest oryginalny i
atrakcyjny dobór priorytetów, które zamierza realizować dany kraj, co z kolei
umożliwia rzeczywiste kształtowanie polityki na poziomie UE. Natomiast sprawne
administrowanie różnymi procesami politycznymi w Unii jest immanentną cechą
każdej prezydencji i wynika z logiki kontynuowania rozpoczętych wcześniej prac.
W tym przypadku państwo stojące na czele UE skupia się bardziej na zarządzaniu
niż proponowaniu kreatywnych rozwiązań. Polska powinna zarówno administrować,
jak i wskazywać ambitne cele. Bo tylko częściowo prawdą jest, że wejście w życie
traktatu lizbońskiego i rozłożenie odpowiedzialności pomiędzy instytucjami
unijnymi osłabiło rolę państwa sprawującego prezydencję. Polska, jeśli chce być
poważnym graczem w Europie, powinna być politycznie, intelektualnie i
organizacyjnie gotowa do podejmowania spraw ważnych zarówno dla nas, jak i
całego regionu Europy Środkowo-Wschodniej. Nie do zaakceptowania jest
twierdzenie ministra Mikołaja Dowgielewicza, że Polska podczas prezydencji nie
będzie mogła forsować swoich interesów. Tymczasem jest zupełnie inaczej.
Większość państw wykorzystuje prezydencję do wprowadzenia na najwyższy poziom
decyzyjny UE ważnych z ich punktu widzenia kwestii. Tak też powinna zrobić
Polska, bo czy lepszym na to czasem będzie okres czekających nas prezydencji
cypryjskiej, greckiej lub maltańskiej? Wykorzystujmy też doświadczenia innych.
Francuzi przeforsowali ważną dla siebie Unię Śródziemnomorską, Węgry proponują
Strategię Dunajską mającą na celu ochronę środowiska naturalnego tej jednej z
najbardziej zanieczyszczonych rzek świata. Szwedzi ustanowili Strategię
Bałtycką, a my co?
Ma być miło i przyjemnie
Wygląda na to, że polska prezydencja ma przebiegać w sposób łatwy, prosty i
przyjemny. Nic nie wskazuje, że zapisze się w jakiś istotny sposób w historii UE.
Na to mogli sobie pozwolić Belgowie, którzy przewodzili UE w drugiej połowie
2010 r., ale nie Polska. Belgia od początku zapowiadała, że rezygnuje z
forsowania spektakularnych priorytetów na rzecz programu dostosowanego do
kalendarza prac instytucji unijnych. Niewątpliwie na treść tych deklaracji miał
wpływ permanentny brak rządu centralnego w tym kraju. Prezydencję podobną do
belgijskiej, skupioną bardziej na zarządzaniu, realizowała w 2009 r. Republika
Czeska, także dotknięta wówczas kryzysem politycznym. Polska stoi przed wyborem,
czy pójdziemy drogą Francji, Szwecji i Węgier, które potrafiły postawić UE
ambitne cele, czy Belgii i Republiki Czeskiej jedynie administrujących polityką
unijną. Dobry przykład daje prezydencja węgierska. Pomimo tego, że rząd Victora
Orbana zmaga się z problemami wewnętrznymi odziedziczonymi po poprzedniej
socjalistycznej ekipie i musi stawiać czoła często nieuzasadnionej krytyce
europejskiej lewicy, to jednak na forum UE realizuje przywództwo bardzo ambitne.
Węgierski rząd umiejętnie promuje węgierskie interesy, inicjuje innowacyjną
Strategię Dunajską, a także sprytnie przenosi na forum debaty europejskiej ważne
elementy polityki wewnętrznej, jak np. problem integracji mniejszości romskiej.
O co powinniśmy walczyć
Polska powinna iść tym właśnie tropem i przedstawić wizję przywództwa
innowacyjnego, które zaproponuje atrakcyjne rozwiązania integracyjne dla całej
europejskiej wspólnoty. Jeżeli przy okazji posłużą one realizacji polskiego
interesu narodowego, to tym lepiej. Wszystko zależy od tego, w jaki sposób
"umiędzynarodowimy" nasze sprawy. Polski rząd wydaje się nie rozumieć tej
podstawowej kwestii. W czasie sprawowania przewodnictwa otrzymujemy bowiem
niepowtarzalną szansę promowania istotnych dla nas zagadnień i zainteresowania
nimi naszych partnerów z UE. Dlatego też za poważny błąd należy uznać brak wśród
polskich priorytetów wspomnianego już rolnictwa czy zintensyfikowania rozwoju
istniejącej już Strategii dla Morza Bałtyckiego. Zwłaszcza że podczas naszej
prezydencji przypada jej pierwsza gruntowna rewizja. Daje to ogromne możliwości
wpływania na przyszły kształt tego unijnego programu, co zwłaszcza w kontekście
Nord Streamu wydaje się czymś niezwykle ważnym. Dlaczego podczas naszej
prezydencji nie stać nas na zaproponowanie Europie także innych ważnych tematów,
np. walki z postępującym kryzysem demograficznym, działań na rzecz wyrównywania
szans rozwojowych obywateli starej i nowej Unii czy opracowania planu na rzecz
zintensyfikowania polityk unijnych w regionie Karpat? Jak do tej pory, pomimo
niewątpliwego potencjału, Euroregion karpacki był sukcesywnie pomijany w
tworzeniu wszelkich strategii czy programów rozwojowych. Swoim zasięgiem
obejmuje kraje, które należą do jednych z najsłabiej rozwiniętych w Unii, oraz
Ukrainę – jej bezpośredniego sąsiada. Oczywiste jest, że UE powinna skupić swoje
działania na finansowej pomocy właśnie tam, gdzie jest najbardziej potrzebna i
gdzie jest najwięcej do zrobienia w kwestii usprawnienia infrastruktury oraz
zacieśnienia wzajemnych relacji gospodarczych, kulturalnych czy turystycznych.
Dlaczego nie zaproponować programu karpackiego podczas polskiej prezydencji?
Wybory przede wszystkim
Pytanie więc, co z polskiej prezydencji pozostanie i z czym będzie ona
identyfikowana? Wszystko wskazuje na to, że jedynie z zakończeniem negocjacji
akcesyjnych z Chorwacją, pod warunkiem że nie zrobią tego wcześniej Węgrzy.
Pozostanie na pewno nowa polska ambasada w Brukseli, której otwarcie jest
wkrótce planowane. I oczywiście drewniane bączki wręczane zagranicznym
dyplomatom. Ma być miło i sympatycznie. Widać, że rząd Donalda Tuska chce
potraktować polską prezydencję w UE jako formę autopromocji. Żadnych trudnych
tematów, żadnych ambitnych programów. Za to ma być kilka rautów z dyplomatami
unijnymi, spotkań z szefami rządów i koncertów w plenerze, co ma pokazać Polakom
europejską twarz PO. To z kolei ma pomóc wygrać wybory. Tymczasem nie o to
chodzi. Kierowanie UE to ciężka praca organizacyjna, legislacyjna i polityczna.
Jej celem powinno być nie tylko sprawne zarządzanie przez pół roku Unią, ale
także wzmocnienie roli i pozycji Polski w Europie. Aby tak się stało,
potrzebujemy nie tylko iluminacji Pałacu Kultury i "Ody do radości" na powitanie
nowego 2011 roku w Warszawie, ale przede wszystkim jasnego określenia takich
działań podejmowanych podczas prezydencji, które będą harmonijnie współgrać z
polskim interesem narodowym.
Tomasz Poręba
Autor jest historykiem i politologiem, posłem do Parlamentu Europejskiego z
ramienia PiS; należy do grupy Europejskich Konserwatystów i Reformatorów.
