Mamy prawo i obowiązek pytać!

W kółko, wręcz do znudzenia, słuchamy o upolitycznianiu tragedii
smoleńskiej. Jest to zarzut kierowany najczęściej do opozycji. To absurd. Taki
sam zresztą, jakim była rzekomo "niepolityczna" kampania Tuska pt. "Nie róbmy
polityki, budujmy mosty, drogi" itd. Zarówno partia rządząca, jak i wszystkie
partie polityczne robią politykę, bo od tego są. Czynienie politykowi zarzutu,
że "robi politykę", to jeden z wielu PR-owskich idiotyzmów mających na celu
odwrócenie uwagi społeczeństwa od spraw najważniejszych. To po prostu robienie z
ludzi głupków. Jak głośno PO protestowała przeciwko upolitycznieniu mediów
publicznych. Nagle, gdy partia rządząca przejęła w mediach władzę, problem
przestał być polityczny.

Opozycja ma prawo i obowiązek patrzeć na ręce władzy. Ten sam obowiązek mają
dziennikarze i każdy z obywateli naszego wolnego kraju, zainteresowany rzetelnym
wyjaśnieniem katastrofy pod Smoleńskiem. Czy taką postawę można nazywać
polityczną? A może nie żyjemy już w wolnym kraju? Pytanie adresuję do partii,
która w swej nazwie odwołuje się do obywatelskości.
Ostatnio dowiedzieliśmy się, że niestosowne, żenujące i oczywiście ze wszech
miar polityczne jest prowadzenie przez panią Martę Kaczyńską swojego bloga w
internecie. A niby dlaczego? Czy straciła swoje prawa obywatelskie? Czy tak
trudno pojąć, że Marta Kaczyńska jest wolnym człowiekiem i może robić to, co
chce?
Po jedenastu miesiącach od największej polskiej tragedii narodowej pytań na
temat jej przyczyn jest więcej niż odpowiedzi. Pytań przybyło szczególnie po
raporcie komisji MAK, która niczego nie wyjaśniła, powtarzając propagandowe
kłamstwa z pierwszych godzin po katastrofie. Gdyby nie komisja sejmowa Antoniego
Macierewicza, gdyby nie aktywność rodzin ofiar, gdyby nie wciąż silne
zainteresowanie opinii publicznej i niektórych patriotycznych mediów i gdyby nie
godna postawa obywateli na forach internetowych, bylibyśmy skazani na powolne,
jałowe, zakryte mgłą śledztwo. A tak państwowe organa muszą działać pod silną
presją społeczną, bo społeczeństwo, które płaci za prowadzenie tego śledztwa, ma
prawo oczekiwać konkretnych, efektywnych wyników. Nikt tu nikomu nie robi łaski.
Prokuratury nie utrzymuje rząd, ale polscy obywatele – podatnicy.
Każdy nowy trop, każda nowa sugestia na temat katastrofy smoleńskiej nie mogą
być przez organa prokuratorskie zlekceważone. I nie mogą być ośmieszane przez
polityków i media. Myślę tu o tych "politykach" i "dziennikarzach", którzy od
samego początku jako "orkiestra" nawołują do "ciszy nad tymi trumnami".
Nawet pobieżna lektura raportu MAK, i nie trzeba tu być żadnym specjalistą, bo
wystarczy tylko pomyśleć logicznie, odsłania fakty, które budzą wątpliwości.
Potwierdza to sondaż po opublikowaniu raportu. 55 procent badanych uważa, że
przyczyny wskazane przez MAK są nieprzekonujące, 42 proc. było odmiennego
zdania, a tylko 3 proc. nie miało własnego zdania. Nic dziwnego, gdyż raport MAK
bardziej akcentuje te elementy śledztwa, które chciano chyba ukryć, niż te,
które mogłyby coś wyjaśnić. Oto jeden tylko z wielu przykładów, na który
zwróciłem uwagę.
Jak wiadomo, jako godzinę katastrofy przyjmuje się oficjalnie 10.41 czasu
miejscowego (8.41 czasu polskiego). Potwierdza to raport MAK i uzupełnia, że o
10.42 nastąpiła utrata łączności radiowej z samolotem. O 10.43 ogłoszono alarm i
wydano rozkaz do wyjazdu wozom strażackim. O 10.46 wyjechał pierwszy wóz
oddziału pożarniczego jednostki wojskowej. Drugi samochód wyrusza o 10.48. O
10.55 (cały czas powołuję się na raport MAK) pierwszy wóz strażacki zaczyna
gasić ogień, który zostaje ugaszony o 10.59. Montażysta TVP Sławomir Wiśniewski,
który jako pierwszy znalazł się z kamerą na miejscu katastrofy, widział
gaszących wrak samolotu strażaków już o 10.49, a więc po 3 minutach od wyjazdu
pierwszego wozu. Zakładając, że mógł się pomylić, zatrzymajmy się tylko na
tempie działania rosyjskich służb pożarniczych według MAK. Pierwszy wóz wyjeżdża
3 minuty po ogłoszeniu alarmu. To pierwszy rekord. Rekord drugi. Od rozkazu
wyjazdu do pierwszego podania piany na miejscu katastrofy mija 12 minut! Rekord
trzeci – od chwili wyjazdu pierwszego wozu strażackiego do likwidacji ognia
(samolot miał 11 ton paliwa) mija 13 minut. Podobne tempo charakteryzowało
działania sił UWD (wydziału spraw wewnętrznych) okręgu smoleńskiego i FSO
(federalnej służby ochrony), które dokonały – cytuję – "zabezpieczenia miejsca
upadku samolotu w promieniu 500 metrów siłą 80 ludzi i 16 jednostek
samochodowych" już o godzinie 10.54, a więc w ciągu 11 minut (!) od ogłoszenia
alarmu.
Nie trzeba być strażakiem ani funkcjonariuszem służb, by postawić sobie pytanie,
czy podane "osiągi" są w ogóle możliwe. Oczekuję, że zainteresują się tymi
rekordami polscy strażacy na lotniskach, a wraz z nimi polska prokuratura. Niech
potwierdzą, czy to tempo, ta wyjątkowa sprawność organizacyjna są w ogóle
możliwe, biorąc pod uwagę fakt, że samolot rozbił się ok. 400 metrów od progu
pasa startowego w gęstwinie drzew i na podmokłym gruncie. Jakie są normy czasowe
dla tego typu akcji i czy (ale to już osobne pytanie) to ekspresowe tempo jest
możliwe w rosyjskich warunkach, gdy oczywisty jest przecież fakt, że nikt nic
nie wiedział o tym, że za chwilę rozbije się jakiś samolot. Chciałbym wiedzieć,
czy strażacy po usłyszeniu alarmu ubierali się dopiero w swój ekwipunek, czy już
siedzieli w swoich samochodach, a może już jechali. Nie wiem. Ale jako obywatel
wiem na pewno, że mam prawo pytać polskie władze o wyjaśnienie tej sprawy i mam
prawo domagać się odpowiedzi, i nie jest to przejaw żadnej politycznej
aktywności.
 

Wojciech Reszczyński
 

Autor jest komentatorem w programie 3. Polskiego Radia SA.

drukuj