Fiasko polityki półśrodków
Z prof. Andrzejem Kaźmierczakiem, członkiem Rady Polityki Pieniężnej,
rozmawia Małgorzata Goss
Co wynika z najnowszej projekcji inflacji NBP?
– Ta projekcja mówi wyraźnie, że od drugiej połowy roku tempo wzrostu PKB będzie
słabło, i co istotne, ten spadek będzie nieco głębszy, niż przewidywano w
projekcji październikowej. Skoro polityka fiskalna będzie musiała być
zacieśniona, to zmniejszy się popyt globalny, trzeba będzie ciąć wydatki albo
podnosić dochody, albo jedno i drugie. Ponadto wzrost cen nośników energii także
będzie wpływał hamująco na wzrost gospodarczy, ograniczając zakupy i spożycie.
Już obecnie mamy do czynienia ze spadkiem sprzedaży detalicznej. Zmaleje także
spożycie publiczne, bo unijne programy będą wygasać. Część unijnych środków
pozostanie niewykorzystana, ponieważ samorządy osiągnęły już granicę zadłużenia
bankowego i nie są w stanie zdobyć środków na tzw. wkład własny. Zmniejszą się
zatem inwestycje publiczne, a jednocześnie przyrost inwestycji sektora
prywatnego jest niezwykle słaby. Tempo wzrostu będzie wprawdzie dodatnie, ale
wyraźnie niższe niż obecnie, średnio około 3,4 proc. PKB rocznie. Taki wzrost
nie rozwiąże kwestii bezrobocia, które w lutym wyniosło 13,2 proc. i nadal
rośnie. To kluczowy wniosek. Szczególnie niepokojąca jest spadająca liczba ofert
pracy ze strony przedsiębiorców.
O ile wzrosną ceny?
– Inflacja ogólna [wskaźnik dóbr i usług konsumpcyjnych – przyp. red.]
gwałtownie podskoczyła do 3,8 procent. Inflacja ogólna napędzana jest przez ceny
żywności, energii i tzw. ceny regulowane, na które NBP nie ma wpływu, bo wzrost
cen jest spowodowany szokami zewnętrznymi o charakterze podażowym. Jeśli
wyłączyć te ceny – otrzymujemy tzw. inflację popytową (bazową), czyli wzrost cen
wynikający ze wzrostu dochodów. Otóż nastąpił wzrost inflacji bazowej, czyli
popytowej z 1,6 do 1,9 proc. w styczniu w stosunku do grudnia.
Biorąc pod uwagę, że wzrost inflacji nie był spowodowany głównie czynnikami
popytowymi, ale szokami zewnętrznymi, i wiedząc, że tempo PKB spadnie w II
półroczu oraz spadnie inflacja w III kwartale (na koniec grudnia planowana jest
na 2,6-2,8 proc., czyli wokół celu inflacyjnego) – można było powstrzymać się od
podwyżki stóp procentowych z nadzieją, że szoki zewnętrzne będą miały charakter
przemijający. Ważnym czynnikiem, który powstrzymał RPP przed podwyżką stóp, była
zła sytuacja na rynku pracy oraz wzrost tzw. indeksu napięć na rynku pracy,
czyli liczby bezrobotnych do liczby ofert pracy. To sygnalizuje, że nie istnieje
niebezpieczeństwo wzmożonych żądań płacowych, które by napędzały inflację.
Przyrost kredytów dla ludności spada, dla przedsiębiorstw – jest śladowy, rośnie
bezrobocie, a przy tym rosną ceny zewnętrzne. Jeśli NBP zacznie walczyć z
inflacją zewnętrzną za pomocą podwyżki stóp, to pogłębi napięcia wewnętrzne na
rynku pracy i uderzy we wzrost gospodarczy. Podnosząc stopy, nie zahamujemy
inflacji, a jeszcze przy okazji zdusimy wzrost.
RPP ma dylemat?
– To sytuacja najgorsza z możliwych. Zachodzi niebezpieczeństwo, że wzrost
inflacji i drastyczny spadek siły nabywczej pieniądza może wywołać żądania
płacowe. Po drugie – stopy niższe od wskaźnika inflacji oznaczają, że w ujęciu
realnym stopa procentowa jest ujemna [stopa NBP 3,75 minus stopa inflacji 3,8 –
przyp. red.], czyli nie skłania do oszczędzania ani do lokowania pieniędzy w
bankach. Teoretycznie powinna ona skłaniać do wzmożonych zakupów, ale pod
warunkiem że zasoby społeczeństwa są wysokie. Ujemnej stopy nie da się bez końca
utrzymywać.
Sytuacja trudna dla RPP, dla rządu i dla społeczeństwa. Doszliśmy do ściany?
– Trudna zwłaszcza dla RPP, która musi zdecydować, czy podnieść stopy w walce z
inflacją, ryzykując dalsze zduszenie wzrostu, zahamowanie inwestycji
przedsiębiorstw i wzrost bezrobocia i równocześnie bez pewności, czy uda jej się
tę inflację zahamować.
Czy nie pomogłoby osłabienie kursu złotego?
– To też należy brać pod uwagę. Jeśli podniesiemy stopy i kurs się umocni, to
uderzymy w eksport, który już teraz ma ujemny wkład do wzrostu.
A jeśli złoty nie będzie taki stabilny, jak wynika z projekcji?
– Złoty w tak niewielkiej jak nasza gospodarce poddany jest czynnikom globalnym,
mamy na niego niewielki wpływ. Sądzę, że będzie się wahał, ale w określonym
przedziale, zwłaszcza że NBP jest absolutnie zdecydowany interweniować w razie
sytuacji kryzysowej. Ale kurs dla decyzji o stopach nie był najważniejszy.
Idą zatem ciężkie czasy?
– Tak. Z jednej strony mamy presję inflacyjną, niezależną od polityki
wewnętrznej, z drugiej – wzrost bezrobocia. To jest tzw. skłonność do
stagflacji, czyli połączenia inflacji ze stagnacją gospodarczą. RPP ma dylemat,
co dalej robić. Radykalne posunięcia nie są wskazane, bo można wylać dziecko z
kąpielą. Dlatego stosuje półśrodki jak podnoszenie stóp z opóźnieniem, a nuż się
ten trend odwróci? Ale on się nie odwraca…
Dziękuję za rozmowę.
