„Nil desperandum” – wczoraj i dziś
Nie wystarczyło zabić generała Augusta Emila Fieldorfa "Nila". Trzeba go było
jeszcze w chwili śmierci upokorzyć, bo nie umierał jak oficer, od kuli przed
plutonem egzekucyjnym, lecz na szubienicy, jak pospolity przestępca. Do dziś
nieznane jest miejsce jego pochówku, żaden z uczestników zbrodni sądowej nie
poniósł też kary, choć kilkoro z nich żyło jeszcze długo po roku 1990.
Jak co roku przypominamy w "Naszym Dzienniku" kolejną rocznicę śmierci gen.
bryg. Augusta Emila Fieldorfa "Nila" – zastępcy komendanta głównego Armii
Krajowej, zamordowanego na podstawie "wyroku" wydanego "w imieniu
Rzeczypospolitej" (!) przez sowiecki sąd w Polsce, złożony z funkcjonariuszy
sądowych narodowości żydowskiej. Śmierć nastąpiła we wtorek, 24 lutego 1953 r.,
o godzinie 15.00 w więzieniu mokotowskim.
Trzeba tę śmierć stawiać nieustannie przed oczyma Polaków, ponieważ okoliczności
"sprawy generała 'Nila’" wskazują na wolę oprawców, by tę śmierć "celebrować",
by z niej uczynić ostrzeżenie dla tych Polaków, którzy w walce o "Świętą Sprawę"
narodowej niepodległości nie wahali się przeciwstawić potężnej machinie
kontroli, inwigilacji i deprawacji, budowanej dla umocnienia dominium
sowieckiego w Polsce.
Pierwsze i najważniejsze z tych ostrzeżeń brzmiało: Polacy, porzućcie nadzieję.
Liczy się tylko lojalność wobec Związku Sowieckiego. Nie będzie żadnych postaw
"neutralnych". Kto nie jest z nami, jest przeciw nam. Oto na waszych oczach
zabijemy waszego generała, wybitnego oficera, wielkiego Polaka. I nie będzie
miało żadnego znaczenia to, że był bohaterem konspiracji antyniemieckiej w
czasie wojny. Umrze, ponieważ odmówił współpracy z władzą sowiecką w Polsce, a
takich sytuacji ta władza nie toleruje.
Napisali w aktach sprawy, że "Nil" nie nadaje się do "resocjalizacji", ponieważ
już w roku 1920 "walczył z młodym państwem radzieckim". Za to go zabili, a nie
za rzekome akcje dywersyjne Armii Krajowej na tyłach wojsk sowieckich przeciwko
tym wojskom skierowane. Przedtem pytali go w śledztwie, jaki jest jego stosunek
do Związku Sowieckiego. Był zbyt dumny, by się tłumaczyć przed śledczymi w
służbie sowieckiej. Powiedział, że jest do Sowietów uprzedzony po tym, co
widział i przeżył. Nie nadawał się do "resocjalizacji" i do życia w państwie
Bieruta. W państwie Gomułki też by się nie odnalazł.
"Moje miejsce jest w kraju"
Kiedy generał "Nil" umierał, młodzież studencka w Polsce miała za obowiązkową
lekturę, niezależnie od kierunku studiów, tłumaczoną z rosyjskiego "Historię
Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii (bolszewików)", gdzie o bolszewickim
marszu "przez trupa Polski" na zachód Europy pisano, że to "najazd jaśniepanów
polskich na kraj radziecki". Więc on, "jaśniepan" z kolejarskiej polskiej
rodziny, musiał umrzeć, bo stanął wraz z innymi na drodze tego pochodu.
Nie wystarczyło zabić generała. Trzeba go było jeszcze w chwili śmierci
upokorzyć, bo przecież nie umierał jak oficer, od kuli przed plutonem
egzekucyjnym, lecz na szubienicy, jak pospolity przestępca. Upokorzono jego i
cały niepokorny Naród. Sowieci nie życzyli sobie na terenie zdominowanej Polski
ludzi, którzy mogliby dla Polaków – zwłaszcza tych młodych – stanowić wzór do
naśladowania. Nawet jeśli nie uprawiali już konspiracji, nie prowadzili czynnej
walki z nowym okupantem. Sama ich obecność wśród nas była niebezpieczna.
Okupanci znali historię Polski, szczególnie historię polsko-rosyjskich zmagań o
niepodległość kraju, i pamiętali, że pogrzeb generałowej Sowińskiej, wdowy po
bohaterze Powstania Listopadowego, był jednym z impulsów do Powstania
Styczniowego. Generałowa nie prowadziła żadnej działalności niepodległościowej.
Niebezpieczne było samo to, że BYŁA. I on też chciał BYĆ. Nie na londyńskim
bruku, by słuchać żalów i złorzeczeń: "Biada nam, zbiegi, żeśmy w czas morowy
lękliwe nieśli za granicę głowy"… On chciał być TU, w Łodzi czy w Warszawie,
bo tu stawiano przed "sądami" i skazywano na śmierć jego podkomendnych. Bo tu
umierali niedawno najmłodsi z nich – żołnierze spod znaku "Zośki" i "Parasola".
"Głos mu drżał ze wzruszenia, kiedy mówił o nich"… – wspominała później Janina
Fieldorfowa, żona generała. "Zaczęłam się bać, zdawałam sobie sprawę z
niebezpieczeństwa, jakie mu grozi w kraju, gdzie szaleje bezpieka, a byli akowcy
są tropieni, aresztowani, 'likwidowani’. Błagałam, żeby się starał przedostać za
granicę. Nie chciał. 'Moje miejsce jest w kraju. Tutaj są moi harcerze, moi
ludzie, nikt nie powie, że uciekałem przed niebezpieczeństwem’"…
A przecież byli tacy, co uciekali, i nie mieliśmy im tego za złe. Można bowiem
wymagać od człowieka godnej postawy, ale nie można żądać heroizmu. On się wykuwa
w modlitwie i w zawierzeniu Bogu. Oparciem dla niego staje się ta najważniejsza,
najszlachetniejsza nić życia, ale nie życia za wszelką cenę.
"Drugiego lutego 1953 roku ostatni raz widziałam Emila. 'Czy wiesz, dlaczego
mnie skazali? Bo odmówiłem współpracy z nimi. Pamiętaj, żebyś nie prosiła ich o
łaskę. Zabraniam tego’!".
I jeszcze jeden zapis-świadectwo:
"28 marca 1957 roku. Wczoraj zjawił się Lichtszajn Chaim, żeby opowiedzieć o
swoim zetknięciu się z Emilem na Mokotowie (…). 'Panie muszą być dumne z
takiego męża i ojca. Takich było na Mokotowie może dziesięciu, a może i tylu nie
było’"…
Polska Antygona
Mieliśmy niezwykłe szczęście w ostatnich latach, bo mogliśmy słuchać do końca
głosu córki generała "Nila" – Marii Fieldorf-Czarskiej. Broniła dobrej pamięci
ojca, zabiegała o sprawiedliwość. Była jak Antygona po latach. Tych, którzy ją
znali osobiście, porywała entuzjazmem i radością życia – niespotykanymi u ludzi
starszych. Miała nieustającą nadzieję na dobrą przyszłość Polski – contra spem,
na przekór życiowym doświadczeniom i tragedii rodziny. Tę nadzieję nadwerężyła –
ale nie skruszyła – tragedia smoleńska, bo pani Maria nie wierzyła w wypadek.
Odeszła od nas w niedzielę, 21 listopada 2010 roku. Wcześniej rozpoczęła wielkie
dzieło w postaci Sztafety Pokoleń – symbolicznego przekazu wartości, którymi się
kierowało pokolenie dziewcząt i chłopców Armii Krajowej – współczesnej polskiej
młodzieży. Pożegnaliśmy ją na Powązkach. Uczyła nas dzielności, odwagi w obronie
czci i honoru Narodu Polskiego. Uczyła nas uporu w dochodzeniu do prawdy, która
wyzwala, uczy i uszlachetnia.
Niech zapłoną dziś światła na symbolicznym grobie generała "Nila", jego żony
Janiny i córki Marii na warszawskich wojskowych Powązkach. Niech się dziś przy
nim zameldują ostatni, odchodzący już żołnierze Armii Krajowej i ich młodzi
następcy. Niech płoną światełka pamięci w naszych sercach.
Panie Generale, Polska pamięta o Tobie i o Twoich Bliskich. Polska nie pogrąży
się w beznadziei. Powtarzamy za Tobą nieśmiertelne słowa Horacego: "Nil
desperandum"!
Piotr Szubarczyk, IPN Gdańsk
******************
Wujaszek Emil
Ciocia Janka i nasza mama Kazia to były rodzone siostry, z domu
Kobylińskie, urodzone i mieszkające w Wilnie. Janka wyszła za mąż za Augusta
Emila Fieldorfa, którego nazywaliśmy wujaszek Emil, a Kazia za Tadeusza Zacharę.
Wujaszek Emil był zastępcą dowódcy 1. Pułku Piechoty Legionów w Wilnie, a nasz
tatuś służył w tym pułku jako oficer. W rodzinie Fieldorfów były dwie córki:
Krysia i Marysia, a w rodzinie Zacharów: syn Andrzej i córka Krysia, czyli my.
Do września 1939 roku mieszkaliśmy w Wilnie niedaleko rodziny Fieldorfów. Gdy
wybuchła wojna, wujaszek Emil i nasz ojciec wzięli udział w walkach w obronie
Ojczyzny. Ojciec poległ 20 września w Puszczy Kampinoskiej, wujaszek Emil
przeżył wrześniowe walki, a potem działał aktywnie dla Państwa Podziemnego,
służąc w Armii Krajowej. W czasie wojny obie nasze rodziny zamieszkały razem. Po
wojnie zostaliśmy wysiedleni z Wilna, wyjechaliśmy do Łodzi, gdzie zajmowaliśmy
wspólne mieszkanie przy ul. Próchnika. W 1947 roku dołączył do nas wujaszek
Emil, który wrócił z sowieckiego łagru.
W roku 1950 wujaszek Emil został aresztowany i osadzony w więzieniu w Warszawie,
gdzie toczyły się przeciw niemu rozprawy sądowe. W tej sytuacji Marysia była
osobą, która z racji młodego wieku najczęściej jeździła do Warszawy, by uzyskać
informacje o ojcu. Oszczędzała w ten sposób swoją matkę chorą na serce.
W marcu 1953 roku Marysia wyjechała do Warszawy po jakieś wiadomości o swoim
ojcu. Był późny wieczór. Usłyszałem ciche stukanie do drzwi. Otworzyłem je i
zobaczyłem Marysię. Na twarzy widziałem smutek, którego nie sposób opisać, a
który zostanie mi w pamięci do końca życia. Szeptała cicho, że wyrok śmierci
został wykonany. Nie chciała wejść do domu, bo nie zamierzała mówić swojej mamie
o tym, co się stało, a bała się, że jak ją zobaczy, to się załamie i wybuchnie
płaczem. I martwiła się, co dalej będzie, bo ciocia była chora. Powiedziała, że
pójdzie przenocować do swojej przyjaciółki, a na drugi dzień wymyśli jakąś
wersję dla matki. Tak też zrobiła i ciocia Janka przez kilka lat nie znała
prawdy o losie swojego męża, aż do roku 1957, kiedy przyszła odpowiedź z Londynu
na jej list. Napisano, że trzeba porzucić złudzenia i podano wszystkie znane im
fakty na temat śmierci wujaszka. Był to dla cioci wielki cios. Byłem świadkiem,
jak w trakcie czytania listu krzyknęła, upadła na podłogę i głośno płakała. Ale
ciocia była twardym człowiekiem. Ta wiadomość jej nie załamała i nie zniszczyła.
Wydaje się, że pociechą po stracie męża było kultywowanie jego pamięci, choćby w
taki sposób, w jaki było to wtedy możliwe.
Ciocia Janka umarła w roku 1979 w wieku 81 lat. Przed śmiercią mówiła o wielkim
szczęściu, jakie ją spotkało, że doczekała wyboru Karola Wojtyły na Papieża i
przyjazdu Jana Pawła II do Polski. Z czteroosobowej rodziny Fieldorfów Marysia
żyła najdłużej, osiągnąwszy wiek 85 lat. Do końca aktywna, mimo wielkich
dolegliwości zdrowotnych zachowała młodzieńczy głos, którego nikt nie kojarzył
ze starszą panią po osiemdziesiątce.
Krystyna Zachara-Jędrzejewska, Andrzej Zachara
