Jaka symulacja, tacy eksperci

Z gen. bryg. rez. Janem Baranieckim, byłym zastępcą dowódcy Wojsk
Lotniczych Obrony Powietrznej, rozmawia Marcin Austyn

Rosyjscy eksperci zaproszeni przez RIA Nowosti powtórzyli tezy
Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego (MAK) dotyczące katastrofy lotniczej. W
ogóle nie wzięli pod uwagę tego, co w tej sprawie podnosiła strona polska. Czemu
miała służyć taka konferencja?

– Można wskazywać na fakty, pokazać dokumenty, a odpowiedź zawsze będzie taka,
jaka ma być. W tym przypadku – by Federacja Rosyjska nie była winna. To typowa
rosyjska mentalność. Jest to tragiczna zasada, ale ktoś, kto miał możliwość
współpracy z Rosjanami, doskonale ją zna. Do tego sposób zachowania ekspertów
był bardzo arogancki, a "żarty" nielicujące z powagą sprawy. Co to za ekspert,
który w żartach wsadza małpę na wieżę kontroli lotów? Dla mnie nie jest to
nowość, bo nieraz w życiu spotkałem się z podobną postawą Rosjan, ale skoro
zostaliśmy sprowadzeni do tak niskiego poziomu dyskusji, to można powiedzieć, że
rzeczywiście tak było w przypadku lotu z 10 kwietnia 2010 roku. Niestety, takie
warunki stwarzano również w Polsce. Pamiętamy przecież wypowiedzi wysokich rangą
polityków, którzy sugerowali, że skoro prezydent RP chce prywatnie lecieć do
Katynia, to należy go wsadzić do samolotu i niech leci, a Rosjanie go przyjmą.
Takie traktowanie tej wizyty miało swoje odbicie w sposobie jej przygotowania.
Za to odpowiedzialność powinny ponieść stosowne organy polskiej administracji.

Zauważył Pan, że żadne dociekliwe pytanie nie doczekało się eksperckiej
odpowiedzi?

– Dlatego też dziwię się, że po stronie polskiej wyrażono zgodę na organizację
takiej propagandowej konferencji. Rosjanie zawsze traktowali nas z góry i mam
wrażenie, że dokładnie tak samo Władimir Putin podchodzi do naszych najwyższych
przedstawicieli.

Mieliśmy też symulację lotu tupolewa, do której rosyjski specjalista użył
gazety, butelek i komórki…

– Jaka symulacja, tacy eksperci. Oczywiście wśród Rosjan są ludzie mądrzy, to
nie ulega wątpliwości. Jednak osoby, które występują na tego typu konferencjach,
to są ludzie, którzy mają więcej do czynienia z polityką niż z techniką
lotniczą. Zresztą co to za ekspert, który nie dopuszcza możliwości zaistnienia
zamachu przy locie z najwyższymi przedstawicielami obcego państwa? Wiem również,
że w całym świecie próbuje się znaleźć sposób na wytworzenie sztucznej mgły, a
od dawna są opracowane sposoby na zadymianie lotnisk. Służy to do maskowania w
warunkach wojennych, a tu słyszymy, że Rosjanie mgłę potrafią tylko rozpraszać.

Za to sugeruje się wnikliwe śledztwo w sprawie rzekomych nacisków na
pilotów…

– Nie wiem, czy gen. Andrzej Błasik w ogóle stał w tej kabinie. Skąd to
przeświadczenie? Dowodów na to brak.

Czy Pana zdaniem wszystkie dane z czarnych skrzynek zostały "doskonale
odczytane"?

– Na pewno wszystko, co dotyczy tego lotu, jest na nośnikach obiektywnej
kontroli i to jest podstawowe źródło wiedzy. Ale skrzynek nam nie oddano. One
powinny trafić do właściciela samolotu i powinny być u nas przechowywane.
Rosjanie jako kraj, w którym wyprodukowano samolot i poddawano go remontowi,
oraz jako kraj, na terenie którego przyjmowany był samolot, powinni być jedynie
obecni przy badaniach – polskich badaniach. Wówczas w razie wątpliwości mogliby
się odwoływać do organów międzynarodowych. Jestem przekonany, że gdyby polskiemu
premierowi nie zabrakło odwagi i chęci, to skrzynki już dawno mogłyby być w
Polsce.

Skąd rosyjscy eksperci wiedzieli, że skrzynki zostały właściwie odczytane?
– Mogli to tylko zakładać. Przy okazji kontaktów z Rosjanami nieraz od nich
słyszałem w odpowiedzi na nasze uwagi, że rosyjski producent braków (wadliwych
części) nie produkuje i reklamacja była odrzucana.

Rosjanie wyolbrzymili problem wylotu bez lidera. Wniosek w ich rozumowaniu
jest prosty – nie było lidera, to nie trzeba było lecieć.

– Z punktu widzenia mocarstwa można i tak postępować. Jeśli lider był potrzebny,
to szef MSZ powinien zadbać, by był on obecny na pokładzie, a w razie problemów
powinien namówić nawet prezydenta RP na reakcję, powinien rozgłosić, że Rosjanie
nie chcą nam dać lidera i tym samym uniemożliwić lot na ważne dla nas obchody
rocznicy zbrodni katyńskiej.

Usłyszeliśmy ponadto, że o pracy kontrolerów nie ma co dyskutować, bo to
"strata czasu" i "blef".

– To arogancja wobec dyskutantów. Każdy rozumny człowiek wie, że wszystkie
dostępne pomoce nawigacyjne, jakie można wykorzystać w trudnych sytuacjach, są
używane. Takie pomoce, jak właśnie wieża kontroli, stawiane są w punktach
szczególnie trudnych. Jeśli jest takie zagrożenie, że załoga może sama nie dać
sobie rady, to ktoś musi ją wspomóc, ktoś, kto jest blisko i może służyć taką
pomocą. W przypadku samolotów podchodzących do lądowania tą pomocą jest wieża.

Eksperci stwierdzili jednak, że właściwie na wieży to mogło nikogo nie być…
– Tym samym zaprzeczają temu, czego uczy się w podręcznikach, że wieża jest
elementem związanym z załogą samolotu i tych elementów nie można rozerwać.

Kontroler nie może zakazać załodze lądowania lub odesłać samolotu na drugi
krąg?

– To tylko powtarzanie zasłyszanych tez. Co więcej – zauważyli to dziennikarze
Telewizji Trwam – w marcu odesłano ze Smoleńska urzędników kancelarii premiera
na inne lotnisko właśnie z uwagi na warunki pogodowe. Czyli można było je
zamknąć! A czy statut tamtego lotu był inny? Przecież oni lecieli takim
samolotem jak prezydent RP, czyli rządowym! Nie sądzę, by zmieniły się przepisy.
Okazuje się więc, że można postępować tak, jak wygodnie jest Rosjanom.

Opinia publiczna dowiedziała się, że przekleństwa na wieży to nie chaos, a
normalne warunki pracy…

– W Federacji Rosyjskiej nigdy nic nie dzieje się źle, ale wszystko jest
najlepsze. W tym świetle to, co usłyszeliśmy na wieży, to były normalne warunki
pracy i panował tam porządek.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj