Zielone światło dla innych płci
"W tym dniu zebraliśmy się wszyscy tutaj razem kochAAAni moi: stAAArsi
oficerowie, młOOOdsi oficerowie, stAAArsi urzędnicy, młOOOdsi urzędnicy,
chłOOOpcy okrętowi, kobiEEEty, mężczYYYźni, INNE PŁCIE…" – przemawiał z okazji
wigilii Bożego Narodzenia kapitan transatlantyku "Piłsudski" Eustazy Borkowski –
ten sam, który zasłynął z najkrótszego protokołu przekazania innego
transatlantyku – obiektu milionowej wartości: "Statek TSS 'Kościuszko’ zdan
kapitanem Eustazym Borkowskim kapitanu Mamertu Stankiewiczu w stanie takim, w
jakim jest". Kapitan Borkowski wspominał między kobietami i mężczyznami o
"innych płciach" jako o rzeczy zwyczajnej, a pewne światło na tę zagadkową
sprawę rzuca przemówienie, a właściwie inwokacja, wygłoszone jeszcze przed I
wojną światową przez Wojciecha Dzieduszyckiego na pewnym przyjęciu: "Piękne
Panie, szanowni Panowie i Ty, Dawidzie Abrahamowiczu!".
Sprawa "innych płci" nabiera dzisiaj aktualności nie tylko obyczajowej, z
uwagi na wzmożoną aktywność sodomitów i gomorytek, ale również na postępującą
coraz szybciej polityzację zagadnień płciowych. Kiedyś, w normalnych czasach,
wydawało się, że w polityce najważniejsze są poglądy; jeden jest, dajmy na to,
socjalistą, inny znowu komunistą, tamten chadekiem, ów znowu konserwatystą,
jeszcze inny liberałem czy faszystą – i tak dalej. Dzisiaj – jak zauważył poeta
– "poglądy, charakter, postawa, zjawiskiem są dosyć rzadkim. Więcej się da
wytłumaczyć zwyczajnym losu przypadkiem". A cóż może być bardziej przypadkowego
od płci? Na poglądy człowiek ma jakiś tam wpływ, podczas gdy jego płeć
zdeterminowana jest takim, a nie innym układem chromosomów. Skoro zatem w
środowisku naszych Umiłowanych Przywódców daje się zauważyć postępujące
wyjałowienie z poglądów, nic dziwnego, że powstałą w ten sposób próżnię próbują
oni wypełnić jakimiś rzucającymi się w oczy substytutami – a cóż bardziej rzuca
się w oczy, nawet dzieciom, nie mówiąc już o "młodych wykształconych", niż
różnice płci? Wprawdzie nie zawsze są one duże; przeciwnie – wymowni Francuzi
twierdzą nawet, że niewielkie, chociaż oczywiście przywiązują do nich ogromną
wagę, powtarzając w popularnym porzekadle: "Vive la petite difference!" – co się
wykłada: "Niech żyje maleńka różnica!". Nie będziemy ukrywali, że chociaż ona
maleńka, to potrafili robić z niej rozmaity użytek, ale nawet im nigdy nie
przychodziło do głowy, by robić z niej problem polityczny. Dopiero gdy sodomici,
gomorytki, rozmaite cwane panie, co to potrafią wywęszyć pieniądze nawet spod
ziemi, no i oczywiście pani filozofowa Magdalena Środa zorientowali się, że
szmal można wycisnąć również z płci – płeć została umieszczona w centrum
zainteresowania politycznego. Poza tym, przy nasilającym się terrorze
politycznej poprawności, posiadanie jakichkolwiek poglądów politycznych nie jest
specjalnie bezpieczne, toteż coraz więcej Umiłowanych Przywódców w różnych
krajach ustawia się do polityki nie tyle frontem, co – za przeproszeniem –
kroczem.
W tej sytuacji wreszcie przyszło to, co przyjść musiało. 31 stycznia br. pan
prezydent Komorowski podpisał ustawę nowelizującą ordynację wyborczą w ten
sposób, że odtąd ścisłe kierownictwa partii na listach wyborczych będą musiały
umieścić co najmniej 35 procent kobiet i 35 procent mężczyzn. Nietrudno się
domyślić, że pozostałe 35 procent miejsc na listach wyborczych przypada
przedstawicielom innych płci, o których mimochodem wspominał zarówno kapitan
Eustazy Borkowski, jak i Wojciech Dzieduszycki. Ja oczywiście wiem, że suma tych
parytetów przekracza 100 procent, ale dzięki temu nikt nie zarzuci nam żadnego
deficytu demokracji. Pociąga to za sobą daleko idące konsekwencje polityczne nie
tylko dla naszej młodej demokracji, ale również dla płciowej stratyfikacji
środowiska naszych Umiłowanych Przywódców, a także dla preferencji w werbowaniu
agentury przez rządzące w imieniu strategicznych partnerów naszym nieszczęśliwym
krajem Siły Wyższe.
Nie da się ukryć, że za sprawą Sił Wyższych, które raczej nie lubią żadnych
niespodzianek, a także nasilających się wśród naszych Umiłowanych Przywódców
skłonności do pewnego sybarytyzmu, tubylcza scena polityczna ulega pogłębiającej
się oligarchizacji. Od 20 lat kręcą się na niej właściwie ci sami ludzie, dla
rozmaitości zmieniając sobie tylko szyldy partyjne. Trudno w tej sytuacji
spodziewać się po nich jakichś niespodzianek, zwłaszcza że prowadzenie
jakiejkolwiek rzeczywistej polityki co najmniej od 2007 roku, kiedy to
strategiczni partnerzy przeszli na ręczne sterowanie naszym nieszczęśliwym
krajem, mają oni surowo zakazane. W tej sytuacji wprowadzenie parytetów
płciowych ułatwia Siłom Wyższym ręczne sterowanie nie tylko układaniem list
partyjnych na parlamentarne wybory, ale również – a może nawet przede wszystkim
– kształtowanie układu sił na tubylczej scenie politycznej. Rzecz w tym, że w
każdej partii jest grupa zasiedziałych działaczy reprezentujących wszystkie
możliwe płcie, których trzeba umieścić na odpowiednich miejscach list, ryzykując
w przeciwnym razie głęboką dekompozycję stronnictwa. Dlatego też młodzi
ambicjonerzy, których z wyborów na wybory przybywa, natykają się na nieusuwalną
barierę personalnych zatorów. Jedynym sposobem jej ominięcia stają się w tej
sytuacji rozłamy i secesje. Dlatego już dzisiaj widać rosnące zainteresowanie
młodych ambicjonerów takimi inicjatywami, jak: Forsa, to znaczy – pardon –
oczywiście Polska Jest Najważniejsza, która będzie musiała kompletować swoje
listy wyborcze z łapanki. Ileż możliwości pojawia się tutaj dla Sił Wyższych,
nawet przy konieczności uwzględniania parytetów? Wiadomo, że nie ma takiej
rzeczy, której nie można by uczynić dla dobra Polski, a skoro tak, to i
dostosowanie własnej płci do aktualnych wymagań parytetowych dla człowieka
ambitnego nie powinno stanowić żadnego problemu.
Stanisław Michalkiewicz
