Niechciane słowo „powstanie”
Z preambuły projektu, który ustanawia 1 marca Narodowym Dniem Pamięci
Żołnierzy Podziemia Antykomunistycznego, na ostatnim etapie prac sejmowych
wykreślono sformułowanie "powstanie antykomunistyczne". Niesłusznie. Historycy,
którzy od lat badają ten temat, są zgodni: w latach 1944-1953 w Polsce miało
miejsce narodowe powstanie przeciw sowieckiej okupacji, krwawo stłumione przez
wspierany przez NKWD aparat bezpieczeństwa. Ustawa została przyjęta przez Sejm,
teraz zajmie się nią Senat.
Wszystko wskazuje na to, że 1 marca już w tym roku będzie Narodowym Dniem
Pamięci Żołnierzy Podziemia Antykomunistycznego. Inicjatywa czekała na
szczęśliwy finał prawie dwa lata. Przed rokiem stosowny projekt skierował do
Sejmu prezydent Lech Kaczyński. Jednym z jego pomysłodawców był ówczesny prezes
IPN Janusz Kurtyka, również tragicznie zmarły w katastrofie smoleńskiej.
"W hołdzie Żołnierzom Wyklętym – bohaterom Powstania Antykomunistycznego" – od
tych słów zaczynała się preambuła ustawy przesłanej jeszcze przez Kancelarię
Prezydenta Kaczyńskiego do parlamentu. Jednak na środowym posiedzeniu Komisji
Kultury i Środków Przekazu, w której przez kilka miesięcy projekt leżał i nie
był rozpatrywany, dopóki o sprawie nie napisał "Nasz Dziennik", to właśnie
określenie wzbudziło sprzeciw jednego z posłów SLD. Jego stanowisko natychmiast
podchwyciła przewodnicząca komisji, poseł Iwona Śledzińska-Katarasińska (PO). I
tak z treści preambuły określenie "powstanie antykomunistyczne" zostało w drodze
kompromisu wykreślone.
– Nie chcieliśmy, by idea ustanowienia tego dnia upadła w wyniku tego sporu,
więc szybko zgodziliśmy się na sformułowanie: "W hołdzie Żołnierzom Wyklętym –
uczestnikom podziemia antykomunistycznego" – przyznaje w rozmowie z "Naszym
Dziennikiem" poseł Piotr Babinetz (PiS). On sam był zwolennikiem pierwotnej
wersji, czyli pozostawienia w ustawie określenia "powstanie antykomunistyczne".
Ostatecznie zagłosował jednak tak jak większość.
Tymczasem problem nazewnictwa, z pozoru nieistotny, nie jest wcale błahy. W
sferze publicznej świadomości znaczy bardzo wiele. Świadczy o tym nie tylko
fakt, że ktoś do prezydenckiego projektu takie sformułowanie wpisał, ale również
to, że poseł SLD postanowił właśnie te słowa zmienić.
Mimo że już od wielu lat prace badawcze wielu historyków dowodzą, że w latach
1944-1953 (przy czym okres ten jest umowny) na terytorium Polski miało miejsce
powstanie przeciwko nowej sowieckiej okupacji. Już od samego początku, a więc od
końca lat 40. XX wieku, zarówno propaganda sowiecka i komunistyczna w kraju, a
potem będąca na jej usługach historiografia wprowadziły do opisu tego okresu
historii Polski kilka określeń-wytrychów, które przetrwały do dziś. Żołnierzy
podziemia antykomunistycznego nazywano "bandytami", wojsko i milicja
pacyfikowały "bandy", a walkę z sowiecką agenturą na terenach okupowanej Polski
w postaci PPR oddziałów GL i AL określano mianem "wojny domowej".
– Wojna domowa jest wtedy, gdy w jednym państwie walczą poróżnione ze sobą dwie
strony. Wszelkie dokumenty, szczególnie z lat 1944-1947, wytworzone przez
zgrupowania podziemia, jak i aparatu bezpieczeństwa, wskazują to samo, że bez
pomocy sowieckich garnizonów w miastach wojewódzkich i powiatowych okupacyjna
władza PKWN czy Rządu Tymczasowego w żadnym razie by się nie utrzymała –
podkreśla dr Wojciech Muszyński, historyk z IPN. – Oni byli silni tylko siłą
Sowietów – dodaje.
Ciągłość oporu
Skąd więc określenie "powstanie"? – W 1944 roku na obczyźnie działały legalne
władze, wciąż istniały struktury Polskiego Państwa Podziemnego. Mimo ich pewnego
zaniku były wciąż scentralizowane, obejmowały całe terytorium kraju i miały
jasno wytyczony cel – osiągnięcie niepodległości – tłumaczy Leszek Żebrowski,
historyk, autor wielu publikacji i książek na temat zgrupowań podziemia
antykomunistycznego. Jak podkreśla, aktywność skierowana przeciwko sowieckiej
okupacji nie ograniczała się tylko do oddziałów zbrojnych, ale wiązała tysiące
osób, ludność cywilną, która nowej władzy postawiła opór. Dlatego według niego
unikanie słowa "powstanie" ma na celu zatarcie faktu, że działalność tych
oddziałów stanowiła ciągłość oporu z czasów wojny z państwem podziemnym, jak
również wykluczenie jakiegokolwiek porównania z innymi powstaniami znanymi z
historii. Tymczasem zasięg, skala i czas trwania oporu przeciw nowej władzy
świadczą o tym, że w postaci biernej i czynnej w latach 1944-1953 miało w Polsce
miejsce antykomunistyczne powstanie przeciw nowej okupacji.
– Gdyby porównać skalę działania zgrupowań podziemia antykomunistycznego z
działalnością oddziałów z czasów Powstania Styczniowego, to okazuje się, że w
latach 1944-1953 przez struktury oddziałów przeszło około 150 tys. żołnierzy. W
Powstaniu Styczniowym około 100 tys. – tłumaczy Wojciech Muszyński.
– Unikanie dziś sformułowania "powstanie antykomunistyczne" utrwala sytuację, w
której to pod szyld "podziemie antykomunistyczne" wciągnąć można także
działalność Adama Michnika z lat 60. czy rozgrywki wewnątrzpartyjne, w których
brał udział Jacek Kuroń – podkreśla Żebrowski. Podobnego zdania jest prof. Marek
Jan Chodakiewicz, historyk, który wielokrotnie podkreślał, że powstanie
antykomunistyczne było ogólnonarodową kontynuacją powstania antyniemieckiego
wyrażonego operacją "Burza". Jak podkreśla, powstańcy wypełniali wtedy rozkazy
przejęcia władzy w terenie postawione im w 1944 r. przed wejściem Sowietów, a
niemal wszystkie podziemne organizacje uważały swą walkę za kontynuację czynu
zbrojnego zaczętego w 1939 roku.
I to jest może najlepszy sposób, by ukazać fałszywe światło, w jakim Sejm stawia
"żołnierzy wyklętych". Podstawmy w miejsce Sowietów i NKWD – Niemców, SS i
Gestapo. W jaki sposób parlament niepodległej Polski nazwałby zbrojny i cywilny
opór tysięcy Polaków przeciw okupacyjnej władzy? Uczestnikami "tragicznych
wydarzeń", "nielegalnych oddziałów przeciw legalnej władzy", "antyhitlerowskiego
podziemia"?
Maciej Walaszczyk
