Diagnozuję zjawisko postawy przyziemnego trwania
Z prof. Zdzisławem Krasnodębskim, socjologiem i politologiem, rozmawia
Paulina Jarosińska
W mediach padło hasło: "Skończyć wreszcie z zajmowaniem się tylko
Smoleńskiem". Na popularnych portalach społecznościowych zawiązały się nawet
grupy domagające się "dnia bez Smoleńska". Czy możemy mieć za chwilę do
czynienia z całkowitym odstawieniem przez media głównego nurtu spraw związanych
z katastrofą 10 kwietnia?
– Był już taki okres, w którym bardzo mało mówiono na temat katastrofy
smoleńskiej. Teraz, w związku z publikacją raportu MAK, zainteresowanie medialne
się nasiliło. Tego typu tendencje powracają co jakiś czas. Już podczas żałoby
narodowej w kwietniu wypływały komentarze mówiące wprost, że Polacy w nadmierny
sposób okazywali uczucia smutku i przywiązanie do wartości patriotycznych. To
jest stałe zjawisko polskiego życia publicznego. Media, które sprzyjają
rządzącym, co jakiś czas będą się starały marginalizować temat. Sprawa odżyje
zapewne w momencie opublikowania polskiego raportu. Przypuszczam, że będzie miał
on na celu zneutralizowanie oburzenia, które wywołała bezsilność polskiego rządu
w relacjach z Rosją w kontekście raportu MAK. Może mieć on charakter spóźnionej
kontrofensywy.
Po publikacji raportu MAK media nie bardzo wiedziały, jak się zachować.
Najpierw musiały "na nowo" zdefiniować swoją narrację – z różnym skutkiem, teraz
zapewne ulegną presji i "odpuszczą". Czy według Pana Profesora, można wskazać
źródła tego falowego wyrzucania tematu Smoleńska z głównych wydań i czołówek?
– Nie sądzę, aby katastrofa smoleńska kiedykolwiek miała być w zamyśle mediów
głównego nurtu przedstawiana w sposób szczegółowy i rzetelny, również z powodu
szerokiego kontekstu, w który się ona wpisuje. Przede wszystkim tragedia 10
kwietnia obrazuje w całym wymiarze stan polskiego państwa. To nie była "tylko"
katastrofa. To wydarzenie obnażyło również stopień organizacji naszych służb,
stan relacji z Rosją, ale też z pozostałymi państwami europejskimi – ogólnie
mówiąc – naszą sytuację na arenie międzynarodowej. W katastrofie smoleńskiej jak
w soczewce skupiają się wszystkie te sprawy. Jeśli chodzi o źródła tendencji do
zamykania co jakiś czas tematu tragedii, to sądzę, że wynikają one w dużej
mierze z tego, że nie jest ona sprawą ogólnonarodową. Jest taka część
społeczeństwa, dla której trwanie tego nieudolnego rządu staje się kwestią
ważniejszą niż dociekanie prawdy w sprawie przyczyn katastrofy smoleńskiej,
karanie odpowiedzialnych czy naprawianie mechanizmów, które do niej
doprowadziły.
Na ile udało się wmówić Polakom, że nie warto już zajmować się katastrofą –
na ile ten temat został społeczeństwu "obrzydzony"?
– W naszym społeczeństwie są bardzo różne postawy. Z jednej strony są ci, którzy
emocjonalnie identyfikują się z obecną władzą i starają się jej wszelkimi
sposobami bronić. Z drugiej strony mamy sporą mobilizację osób, które oburzone
tym stanem rzeczy – mam tu na myśli śledztwo i raport MAK – są gotowe do
konkretnych działań na gruncie politycznym i społecznym. Jest wreszcie grupa
ludzi, których można określić jako "prepolitycznych". To właśnie oni są karmieni
tanimi chwytami propagandowymi, takimi jak "chciwość rodzin" w kontekście
odszkodowań, albo akcjami typu "dość smoleńska". To przypomina hasła "skończmy z
przeszłością, wybierzmy przyszłość". Zawsze przy każdym wielkim problemie w
Polsce wyłaniają się takie postulaty i frazy: "Po co o tym ciągle mówić,
zajmijmy się konkretami". Sprawa Smoleńska nie jest żadnym tematem zastępczym,
jak chcieliby tego ci, którzy sprzeciwiają się jej jakoby nadmiernemu
roztrząsaniu. Nie wiem, czy zauważyła pani, ale słyszy się zdania typu: "tyle
wypadków ma miejsce… przestańmy zajmować się akurat tym jednym" albo "są
ważniejsze sprawy". Tego typu retoryka do części społeczeństwa na pewno
przemawia, ale czy jest do końca skuteczna? Rząd znalazł się w defensywie i
coraz więcej osób jest rozczarowanych obecną sytuacją. Wiele argumentów, które
jeszcze nie tak dawno wydawały się wygrywać w konfrontacji z prawdą, dziś już ma
coraz słabszy wydźwięk i po prostu trudno ich bronić.
Nie uważa Pan, że w wyniku prowadzonej w taki, a nie inny sposób polityki
wizerunkowej i budowanej na jej użytek narracji medialnej zatriumfowało w
społeczeństwie przeświadczenie, że takie słowa, jak "zdrada narodowa", "honor"
są już pass� albo przynajmniej nieadekwatne do sytuacji, w jakiej obecnie
jesteśmy?
– Owszem, takie zjawisko możemy zauważyć. Chciałbym jednak podkreślić, że
zazwyczaj jest tak, że o zmianach społecznych decyduje nie ta pasywna większość,
która potem się przyłącza do jakiegoś ruchu, ale ta grupa, która jest świadoma i
zdecydowana – tak było w przypadku każdego zrywu narodowego. To właśnie ci
ludzie – elita w sensie świadomości narodowej – determinują wielkie zmiany w
Narodzie. Dziś ta grupa to, niestety, garstka osób i może się wydawać – bezsilna
– ale ostatecznie może ona się bardzo zmobilizować i zmienić obecną sytuację. Ja
bym się jakoś specjalne nie przejmował tymi "zwykłymi zjadaczami chleba", ludźmi
obojętnymi na sprawy kluczowe dla naszej tożsamości narodowej, tymi, których
stosunek do życia można zdefiniować jako "postawę przyziemnego trwania" – według
terminologii socjologa Adama Podgóreckiego. Jeśli chodzi o pojęcie narodu,
honoru – ono odżywa w pewnych sytuacjach granicznych, w których dochodzi do
ogromnej mobilizacji. Sprawy katastrofy smoleńskiej nie da się na stałe gdzieś
odłożyć, przemilczeć. Nawet jeśli chwilowo zostanie ona przyciszona, to wróci w
następnym pokoleniu, a osoby odpowiedzialne zapłacą za swoje działania. Z
polskiego punktu widzenia po prostu nie do przyjęcia jest to wszystko, co robi w
sprawie katastrofy smoleńskiej rząd. Prędzej czy później zostanie to powiedziane
głośno, nawet jeśli na jakiś czas uda się całą sprawę zamieść pod dywan.
Dziękuję za rozmowę.
