Juliusza Słowackiego definicja Rosji
(…) zapytaj mewy lecącej z Sybiru,
Ilu w kopalniach jęczy, a ilu wyrżnięto?
A ilu przedzierżgnięto w zdrajców
I skalano?
A wszystkich nas łańcuchem
Z trupem powiązano
Bo ta ziemia jest trupem (…).
Tak właśnie definiował Rosję wielki poeta, jeden z narodowych wieszczów –
Juliusz Słowacki. Rosyjska "ziemia jest trupem" – to ponadczasowa definicja
zapisana w polskim dramacie narodowym, jakim bez wątpienia jest "Kordian". Ta
poetycka wizja Rosji po raz kolejny stała się niezwykle aktualna po 10 kwietnia
2010 roku, kiedy pod Smoleńskiem, w pobliżu Katynia, zginęła elita
Rzeczypospolitej z prezydentem Lechem Kaczyńskim na czele. Zanim nastąpiła
katastrofa 10 kwietnia, trzy dni wcześniej nad dołami śmierci w Katyniu
premierzy Rosji i Polski proklamowali zapowiadane wcześniej pojednanie. Władimir
Putin oraz Donald Tusk zawarli zgniły kompromis, chcieli oszukać nie tylko
Polaków, również historię. Ale historii jako prawdy nie da się oszukać. Prawda o
zamordowanych tysiącach bezbronnych polskich jeńców zmartwychwstała i powstała z
grobów katyńskich po tylu latach!
Na trzy dni przed katastrofą prezydenckiego samolotu premier Putin w Katyniu
fałszował prawdę i fakty historyczne o zbrodni ludobójstwa sowieckiego. Zresztą
sformułowanie "ludobójstwo" nawet nie padło, natomiast Putin dokonywał
manipulacji politycznej i mijał się z prawdą nad grobami tysięcy pomordowanych
polskich oficerów. Nie wymienił nawet sprawców zbrodni! Natomiast twardo
zapowiadał, że rosyjska wersja II wojny światowej "…nie podlega żadnej
rewizji". Dlatego wiarygodność Putina jest dla Polaków żadna. Tymczasem to on
osobiście był przewodniczącym specjalnej rosyjskiej komisji do zbadania przyczyn
katastrofy polskiego Tu-154M.
Należy dokładnie i na zimno dokonać analizy wypowiedzi rosyjskich i polskich,
tych mianowicie, które uznawały misję Lecha Kaczyńskiego w Katyniu za niechcianą
wizytę. Niewątpliwie dla Władimira Putina – obecnego premiera, a niegdyś
prezydenta Rosji, a jeszcze wcześniej wysokiego funkcjonariusza KGB – przylot do
Katynia prezydenta Lecha Kaczyńskiego był niechcianą wizytą i robił wszystko,
aby do niej nie doszło! Nawet między wierszami raportu osławionego MAK można
odczytać, że prezydent Rzeczypospolitej był 10 kwietnia 2010 r. traktowany w
Smoleńsku jako persona non grata. Rosjanie z pewnością nie chcieli, aby samolot
z polską delegacją wylądował w Smoleńsku! Warto zwrócić uwagę na niektóre
komentarze rosyjskie po ogłoszeniu raportu MAK.
Oto Aleksiej Makarkin, wicedyrektor moskiewskiego Centrum Technologii
Politycznej, potępia antyrosyjskie fobie Jarosława Kaczyńskiego oraz PiS,
natomiast wychwala obecnego premiera Polski, stwierdzając, że rząd Tuska jest do
Rosji nastawiony umiarkowanie. Czy nie jest to dla Tuska rosyjski pocałunek
śmierci? To już zupełnie inna sprawa, zależna od tego, jak to ocenią Polacy.
Natomiast z pozycji "pojednania" komentuje raport MAK "Komsomolskaja Prawda"
(jeden z głównych dzienników moskiewskich). Polska jest tu określana jako
młodsza siostra rosyjskiego brata, którego powinna słuchać, chociaż czasami może
się z nim pokłócić, ale to zawsze jedynie spory w najbliższej rodzinie, która
zna się znakomicie. Autor Dmitrij Stieszyn dosłownie tak komentował raport MAK o
katastrofie polskiego samolotu pod Smoleńskiem:
"Tylko najbliższy jest w stanie zastawić na nas wnyki w miejscu, gdzie obcy
nigdy by nie urządził zasadzki. Z tego właśnie powodu wszystkie nasze awantury
są dużo bardziej dojmujące, kosztują nas dużo więcej pod każdym względem i
pamiętamy je dłużej niż kłótnie z innymi. A to dlatego, że odczuwamy to wzajemne
okładanie się jako pewnego rodzaju zdradę wewnątrz rodziny. Wspólna krew działa
tu jak swoisty wzmacniacz (…). Wymiana ciosów z Polską – siostrą naszą – we
współczesnej Rosji, w jej zbiorowej świadomości, nie zyska poklasku. Awantury i
spory – to jedno, a przelewanie bratniej krwi – to zupełnie coś innego. To już
przekroczyłoby granice naszych wielowiekowych skomplikowanych stosunków. Dlatego
Rosja musiała pokajać się za Katyń. A jeśli wydarzy się jakieś nieszczęście, to
trzeba będzie przyjść Polsce z pomocą – w końcu to siostra nasza, a nie jakaś
obca. (…) Już od 50 lat nosimy w sercach swoich tę gorycz, już się do niej
zdążyliśmy przyzwyczaić, ta gorycz stała się zwyczajnym elementem naszej
codziennej przemiany materii, jest niezbędna, życiodajna, bez niej uschniemy,
rozchorujemy się i pomrzemy. Dlatego głupio by było oczekiwać po rosyjskim
'pokajaniu się za Katyń’ jakiegoś polskiego aktu wybaczenia Rosji. Piękna,
młoda, acz wredna siostrunia cały czas będzie męczyć, zaczepiać, drażnić i
maltretować zwalistego i trochę leniwego starszego brata. Czasem dlatego, że
taki ma charakter, a czasem dlatego, że brakuje jej zainteresowania ze strony
mężczyzn. Ale to dziwne cioteczne rodzeństwo i tak będzie żyć razem, obok
siebie, w jednym domu, choć w różnych pokojach". To prawdopodobnie najważniejszy
komentarz rosyjski do raportu MAK oraz proklamowanej przez Putina i Tuska
polityki pojednania. Wynika z niego, że piękna, ale wredna Polska musi mieszkać
ze starszym i potężnym bratem w jednym domu. A jeżeli nie będzie chciała, "…to
trzeba będzie Polsce przyjść z pomocą". To wszystko już było, to wszystko jest
niesłychanie czytelne! W jednym domu Polska ze swym starszym bratem była już
kilka razy, m.in. od 1944 do 1990 roku. Całe szczęście, że udało się nam
wyprowadzić z tego domu o nazwie imperium sowieckie. Ten dom był nazywany
również imperium zła, imperium carów, żandarmem Europy, największym więzieniem
świata, a według Juliusza Słowackiego, ta ziemia była trupem, z którym powiązano
Polaków. Najbardziej jednak zastanawia, co miał na myśli autor tego komentarza,
pisząc, że "tylko najbliższy jest w stanie zastawić na nas wnyki w miejscu,
gdzie obcy nigdy by nie urządził zasadzki". Czy to aluzja? Jeżeli tak, to aluzju
poniał. Jeżeli dobrze zrozumiałem, ten "najbliższy" to premier Putin i jego
oficerowie – kontrolerzy na lotnisku Siewiernyj w Smoleńsku.
Józef Szaniawski
