Wyłączam telewizor, gdy widzę polityków Platformy deliberujących o katastrofie

Z panem Zdzisławem Moniuszką, ojcem stewardesy Justyny Moniuszko, która na
pokładzie wojskowego samolotu Tu-154M oddała życie w służbie Polsce, rozmawia
Adam Białous

Jak ocenia Pan raport MAK?
– Ten raport, choć nazwany technicznym, wcale takim nie jest. To raczej jakaś
analiza psychologiczna, i to bardzo nierzetelna. Informacji nie poparto żadnymi
dowodami, a celem było zdyskredytowanie w oczach świata polskich pilotów i
przedstawienie generała naszego wojska w krzywym zwierciadle. Ten zakłamany
raport to kompletne dno. Natomiast upublicznienie zapisu dźwiękowego z kabiny
pilotów tuż przed katastrofą jest po prostu barbarzyństwem. Gdy zapis ten
odtwarzano w telewizyjnych wiadomościach, nie mogłem tego znieść psychicznie, po
prostu nie byłem w stanie tego słuchać. Ten materiał podano mediom światowym,
nie licząc się w ogóle z tym, że nam, rodzinom ofiar katastrofy, sprawi to wiele
cierpienia.

Duża część społeczeństwa, przynajmniej do czasu publikacji raportu MAK,
bezkrytycznie przyjmowała informacje medialne obciążające pilotów całkowitą winą
za katastrofę.

– Dużo takich nieprawdziwych informacji podaje się w mediach, licząc na to, iż
większość ludzi nie ma pojęcia o technicznym aspekcie lądowania samolotu. W
jednym z mediów usłyszałem np. wypowiedź jakiegoś niby-eksperta od spraw
lotniczych, który twierdził, że powodem katastrofy mogło być to, że samolot o
pół sekundy za późno wszedł na ścieżkę podejścia. To jest kompletna bzdura.
Każdy, kto posiada choć minimalną wiedzę o technice lądownia samolotu, jak jest
m.in. w moim przypadku, powie – że takie twierdzenie to kompletny nonsens. Kto
jednak nic na ten temat nie wie, jak jest w odniesieniu do większości
społeczeństwa, rzeczywiście może to przyjąć jako prawdę.
Podczas zasadniczej służby wojskowej, którą odbywałem w drugiej połowie lat 70.,
oddział, w którym służyłem, miał za zadanie m.in. namierzyć, gdzie w danej
chwili znajduje się samolot i gdzie będzie za jakiś czas. Dlatego mam pojęcie,
jak się kontroluje jego lot i jak można pilota wprowadzić w błąd. Kontroler,
który sprowadza samolot na lotnisko, bardzo precyzyjnie może określić i
przewidzieć ścieżkę, po której schodzi maszyna. W tym celu wystarczy mu
podstawowe urządzenie, jakim jest radar, którego działania żadna mgła nie jest w
stanie zakłócić. Na jego monitorze wszystko widać jak na dłoni. Osoba, która
naprowadzała tupolewa, na pewno widziała na radarze, jak samolot zbliża się do
ziemi, i mogła przewidzieć, że on do lotniska nie doleci, że uderzy w to bagno.
I tak się stało. Dlaczego więc dopiero wtedy, kiedy katastrofa była już
nieunikniona, naprowadzający podaje pilotom komendę "horyzont", czyli
natychmiast podnoście samolot do góry?

Dlaczego, Pana zdaniem, samolot nie znalazł się jednak na pasie?
– Moim zdaniem, mogła być przestawiona radiolatarnia, i to jakieś 600-800 m
dalej od początku lotniska. Wystarczy wówczas dopasować do tego parametry
naprowadzania samolotu, i to przy takim braku widoczności zupełnie wystarczy,
żeby samolot nie mógł trafić na pas lotniska. Podkreślam jednak, że to tylko
moje domysły. Dlatego konieczne jest rzetelne zbadanie technicznych przyczyn
katastrofy, a nie pseudopsychologiczne wywody, jakie mamy w rosyjskim raporcie.

Świadkowie katastrofy mówią, że mgła pojawiła się dość nieoczekiwanie…
– Ta mgła, w której próbowali lądować nasi piloci, również wydaje się jakaś
nienaturalna. To można było sprawdzić od razu, pobierając jej próbki, aby
później w laboratorium przeanalizować jej skład chemiczny. Jednak tego nie
zrobiono. Takie zaniedbanie naszych śledczych uważam co najmniej za naganne. Ale
to była charakterystyczna cecha postępowania osób badających tę katastrofę.
Pamiętam pierwsze wystąpienie w tej sprawie naszych prokuratorów i ich słowa, że
w samolocie nie było żadnego wybuchu, bo nie znaleziono śladów prochu. Gdy to
usłyszałem, ręce mi opadły. Takie stwierdzenie można było wygłosić 100 lat temu
– w poprzednich wiekach byłoby rzeczywiście wiarygodne, ale w wieku XXI?
Przecież wszyscy wiemy, że dziś oprócz prochu są inne materiały wybuchowe.

Spodziewa się Pan, że po raporcie MAK rząd zdecyduje się opublikować
materiały, które obciążają stronę rosyjską?

– Mam nadzieję, że tak właśnie będzie, ponieważ raport MAK dla polskiego rządu
jest siarczystym policzkiem. Chodziłoby głównie o publikację zarejestrowanych
rozmów rosyjskich kontrolerów lotu. Mam również nadzieję, że te materiały dotrą
do społeczeństwa jak najszybciej i rządzący nie będą tego upublicznienia
przeciągać w nieskończoność, nie potraktują tego materiału wyrywkowo, nie ominą
najbardziej znamiennych wypowiedzi rosyjskich kontrolerów. Może dowiemy się w
końcu m.in., dlaczego najpierw samolot sprowadzała na lotnisko jedna osoba, a w
decydującym momencie naprowadzanie przejął inny, tajemniczy kontroler.

Znalazł Pan w rosyjskim dokumencie choć jedną odpowiedź na nurtujące pytania
po 10 kwietnia ubiegłego roku?

– Ten raport, zamiast rozwiać wątpliwości, tylko je mnoży. Podano w nim np., że
kiedy pada komenda odejścia, czyli podnoszenia maszyny, przez długi czas samolot
wcale się nie wznosi i w kabinie pilotów panuje grobowa cisza. Nasuwa się
pytanie, dlaczego po takiej komendzie nie jest ona wykonywana? Na myśl
przychodzi mi tylko jedna odpowiedź, że musiała to spowodować jakaś niesprawność
maszyny. Natomiast "eksperci" w publicznej telewizji twierdzili, że piloci przez
ten czas wypatrywali ziemi przez okna kabiny. To, moim zdaniem, wyssana z palca
totalna bzdura. A jak było naprawdę, czy strona polska chce to naprawdę zbadać?
Nie wiem, ale wielokrotnie słyszałem w wypowiedziach pana Klicha, że wrak
samolotu nie jest istotnym dowodem w sprawie. Tymczasem niejasności jest
mnóstwo. Przecież zaraz po katastrofie do naszego pułku lotnictwa dociera
wiadomość, że dwóch pilotów i jedna stewardesa przeżyli katastrofę. Nieco
później podaje się zupełnie co innego, że jednak nie żyją. Kiedy do Moskwy
przybywają żony pilotów, okazuje się, że nie wiadomo, gdzie są ciała ich mężów.
Teraz okazuje się, że ciało generała Błasika znaleziono w centralnej części
samolotu. Jak więc to wszystko jest możliwe?! Dla mnie nadal zagadkę stanowi
również fakt, że ciało mojej córki po tak strasznej katastrofie było niemal w
stanie idealnym. Miała jedynie małą ranę na głowie. Z tego, co wiem, w
dokumentach sekcji zwłok napisano, że śmierć nastąpiła wskutek obrażeń ogólnych,
dla mnie to stwierdzenie jest zupełnie niejasne.

Liczy Pan na to, że tzw. raport Millera zmieni sposób narracji na temat
katastrofy?

– Ten raport pokazuje działania kontrolerów lotu, czego zupełnie nie ma w
raporcie MAK. Dlatego możemy się w końcu dowiedzieć, szkoda tylko, że tak późno,
że kontrolerzy wprowadzili naszych pilotów w błąd. Teraz wiemy, że załoga
samolotu z polską delegacją zmierzającą na uroczystości do Katynia była m.in.
błędnie informowana o położeniu względem pasa startowego, miała też błędne
informacje na temat pogody. Z polskiego raportu dowiedzieliśmy się również, że
kilka minut przed katastrofą polski samolot nie znajdował się na ścieżce
schodzenia. Odchylenie przekraczało momentami ponad sto metrów. A kontroler
lotów w tym momencie zupełnie nie reagował. Ogólnie oceniam ten raport jako krok
w dobrą stronę.

Czy Pana zdaniem debata w Sejmie na temat raportu MAK była potrzebna?
– Była potrzebna, choćby dlatego, żeby jeszcze raz się przekonać, że rząd,
zamiast normalnie zareagować na spięcie ostrogami przez opozycję, by na poważnie
zajął się w końcu wyjaśnianiem przyczyn katastrofy smoleńskiej, odpowiada
brutalnym atakiem politycznym. I jak zwykle w sprawie prowadzenia sprawy
smoleńskiej nie ma sobie nic do zarzucenia. Mnie osobiście to politykierstwo
dawno się już przejadło, do tego stopnia, że gdy jest ono prezentowane w
telewizji, to po prostu odruchowo ją wyłączam. Mam nadzieję, że coraz więcej
Polaków przestanie dawać się omamiać politykierom, a zacznie w końcu wybierać do
władz ludzi uczciwych, którzy będą prowadzili prawdziwą politykę, która służy
Polsce.

Rosyjska wersja przyczyn katastrofy poszła już jednak w świat…
– To prawda. Byli u nas dziennikarze z Niemiec i bezkrytycznie powtarzali te
niedorzeczności skonstruowane przez Rosję. Mówili o czterech próbach lądowania,
winie polskich pilotów… zupełnie jakby się oglądało rosyjską telewizję. Nasi
rządzący powinni jak najszybciej zatrzymać tę falę kłamstw na temat katastrofy,
która zalewa Zachód.

Kilka dni temu Prokuratoria Generalna zaproponowała rodzinom ofiar katastrofy
zadośćuczynienia w wysokości 250 tysięcy. Jak Pan ocenia tę propozycję?

– W tej sprawie, jeszcze przed upublicznieniem informacji o ofercie
Prokuratorii, skontaktowała się z nami reprezentująca nas prawnik. Podała sumę
zadośćuczynienia dokładnie taką samą, o której pan mówi. Spytała, czy się
zgadzamy. Najpierw odpowiedziałem jej, że sumę zadośćuczynienia, jaką ma
otrzymać każda osoba z rodziny ofiar katastrofy, określił już podczas
emitowanego w radiu wywiadu Lech Wałęsa, mówiąc o 8 mln złotych. Wprawdzie
powiedziałem to w formie żartu, jednak nie bez powodu, bo uważam, że były
prezydent powinien się teraz czerwienić ze wstydu za publiczne oczernianie nas,
za które do tej pory nie przeprosił. Jeśli zaś chodzi o naszą obecną postawę
wobec propozycji Prokuratorii, to jest nią oczekiwanie na pełny raport z
polskiego śledztwa w sprawie katastrofy. Kiedy go poznamy, wówczas podejmiemy
decyzję.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj