Kryzys jedności
Jezus wiedział, że jedność będzie najtrudniejszym zadaniem, z jakim
przyjdzie się mierzyć Jego uczniom. Mówił o niej niejednokrotnie. Nieprzypadkowo
stoi w centrum Modlitwy Arcykapłańskiej, która poprzedza bezpośrednio pojmanie w
Ogrójcu i późniejszą gehennę (J 14, 1-26).
Znamienne, że Chrystus, mówiąc o jedności, nie dobiera argumentów "ze świata",
nie uzasadnia jej w żaden pragmatyczny – wedle ludzkiej miary – sposób. Jako
wzór ukazuje wewnętrzną relację istniejącą w Trójcy Świętej. Ona, i tylko ona,
jest wzorem jedynym, doskonałym. Prosi Ojca: "Zachowaj ich w Twoim imieniu,
które Mi dałeś, aby tak jak My stanowili jedno". Ceną tak definiowanej jedności
jest Jego życie. Chrystus wskazuje na ogromną rolę świadectwa jedności dla
świata. Ona ma zaprowadzić wszystkich ludzi do Niego. Jest znakiem rozpoznawczym
uczniów, ukonkretnieniem miłości, jej drugim imieniem. "Oby się tak zespolili w
jedno, aby świat poznał, żeś Ty Mnie posłał i żeś Ty ich umiłował tak, jak Mnie
umiłowałeś". Oto testament Jezusa. Wypowiedziany tuż przed męką i krzyżową
śmiercią.
Jakże małostkowe wydają się w kontekście powyższych słów spory, jakie wybuchły w
młodym Kościele. "Ja jestem Pawła, a ja Apollosa; ja jestem Kefasa, a ja
Chrystusa"! Apostoł Paweł, pisząc o tych jałowych sporach, wykazuje rzadkie dla
siebie zniecierpliwienie. Posługuje się nawet ironią: "Czy Chrystus jest
podzielony? Czyż Paweł został za was ukrzyżowany? Czyż w imię Pawła zostaliście
ochrzczeni?". Przypomina to sytuację, kiedy matka tłumaczy dziecku coś tak
podstawowego, że nie sposób już tego wyjaśnić prościej. Ono zaś nie ma ochoty
jej słuchać. Uważa, że wie lepiej. Prawdopodobnie autorzy tych stwierdzeń
przebijali się argumentami, kto z nich jest lepszy, doskonalszy, świętszy, kto
ma ważniejszego mentora, który więcej znaczy. Oni byli w centrum. I najmniej
ważny w tym wszystkim był Chrystus.
Czy my jesteśmy lepsi? Pytanie jest retoryczne. Ileż to razy poważni
komentatorzy życia publicznego, wykazujący wielkie "zatroskanie" o Kościół w
Polsce, próbowali nam wmówić, jakoby w naszej Ojczyźnie istniały dwa Kościoły:
"toruński" i "krakowski". Udowadniali przy tym, że jeden jest lepszy od
drugiego! Jakże często próbowano dzielić biskupów na mniej światłych i
nowoczesnych, tłumacząc, że tylko ci, którzy zaczną z przymrużeniem oka
spoglądać na pewne frazy Ewangelii, pociągną za sobą rzesze wiernych. Tak jak
wtedy, gdy pojawiały się podobne dywagacje i św. Paweł musiał użyć całego
swojego autorytetu, aby zgasić jałowe dysputy, tak i dziś trzeba nam poszukać
odpowiedzi na pytanie: O co tu naprawdę chodzi? Czemu służą tak bezsensowne
spory? Kto je inspiruje? Kto na nich korzysta?… Gdzie jest w tym wszystkim
Jezus Chrystus?
Nie o ludzką mądrość tu chodzi. "Nie posłał mnie Chrystus, abym chrzcił, lecz
abym głosił Ewangelię – pisze Apostoł Narodów – i to nie w mądrości słowa, by
nie zniweczyć Chrystusowego krzyża". To krzyż Chrystusa ma jednoczyć. W jego
cieniu mają się zbierać rozproszone dzieci Boże. Zawsze tam, gdzie go zabraknie,
gdy zginie z horyzontu ludzkich dążeń, planów, zaczynają się jałowe spory,
waśnie, gra na argumenty. Do niczego to nie prowadzi. Chrześcijaństwo nigdy nie
było i nie będzie rankingiem popularności. Jeżeli w którymś momencie tak by się
stało, byłby to początek jego końca. Spory i waśnie, szukanie argumentów
jedności poprzez budowanie opozycji, dzielenie na lepszych i gorszych wedle
jakichś ludzkich kryteriów, będzie zaciemnianiem jego obrazu, niszczeniem
testamentu, który nam zostawił Chrystus. Tylko On może być sprawcą jedności.
Trwajmy przy Nim, a wtedy wszystko, co budujemy, nie skruszy się przy byle
podmuchu historii.
ks. Paweł Siedlanowski
