Długa droga do wyboru szefa IPN
O tym, kto znajdzie się w Radzie IPN, która wskaże parlamentowi kandydatów
na szefa IPN, zdecydowali wczoraj elektorzy – profesorowie uniwersytetów i
Polskiej Akademii Nauk. Mają czas do 27 stycznia. Wyniki nie są zaskoczeniem.
Już dziś niektórzy pracownicy IPN są jednak pełni obaw o to, jak potoczą się
losy ich instytucji. W 2007 roku to właśnie opór środowisk naukowych z wydziałów
humanistycznych przeciw lustracji był bardzo wymowny.
Sejm i Senat zdecydują, którzy spośród kandydatów wyłonionych wczoraj przez
zgromadzenie elektorów wejdzie do Rady IPN. Wśród kandydatów zgłoszonych do
wyłonienia przez Sejm znaleźli się profesorowie: Andrzej Chojnowski, Andrzej
Paczkowski, Włodzimierz Suleja, Andrzej Fiszke, Edward Czapiewski, Tadeusz
Wolsza, Stanisław Żerko, Dariusz Stola, Piotr Franaszek, Antoni Dudek.
Senatorowie wybiorą dwóch członków Rady spośród czterech kandydatów, którymi są:
Grzegorz Motyka, Bolesław Orłowski, Waldemar Rezmer, Zbigniew Karpus. Według
nowej ustawy to właśnie Rada IPN wskaże kandydatów na prezesa Instytutu. Będzie
ona miała również znacznie większy wpływ, niż do tej pory miało Kolegium IPN, na
prace tej instytucji. Wybrana na 6-letnią kadencję Rada będzie mogła też
wskazywać tematykę badawczą, którą powinien zajmować się Instytut oraz kierunki
jego działań. Jej zadaniem będzie również opiniowanie powoływanie i odwoływanie
szefów pionów IPN.
Teraz zadaniem elektorów jest wyłonienie 14 kandydatów. Ale o tym, którzy z nich
znajdą się w 9-osobowej Radzie IPN, zdecyduje większość parlamentarna. Pięciu z
nich wyłoni Sejm, dwóch Senat, a pozostałych dwóch prezydent Bronisław
Komorowski.
– Mam wielkie zastrzeżenia do środowiska humanistycznego w Polsce, które przez
lata wykształciło w sobie nawyk służalczości, a nie niezależności – podkreśla
jedna z osób, które zdecydowały się kandydować do Rady. Dlatego, według niej,
wybór dokonany przez naukowców będzie testem na to, czy to środowisko
profesorskie jest niezależne od polityków, czy tak naprawdę zrobi to, czego
oczekuje od niego układ rządzący i mający większość w parlamencie. Warto
przypomnieć jeszcze o jednym aspekcie sprawy. Elektorzy nie zostali poddani
obowiązkowej lustracji. Wyłoniono ich z wydziałów historii: KUL w Lublinie, UAM
w Poznaniu, Uniwersytetu Warszawskiego, Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz
uniwersytetów we Wrocławiu, Toruniu, Gdańsku, Lublinie, Łodzi, Opolu, Rzeszowie,
Szczecinie, Katowicach, Bydgoszczy, Olsztynie, Zielonej Górze, Kielcach,
Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, Uniwersytetu
Papieskiego w Krakowie, Akademii im. Jana Długosza w Częstochowie, Uniwersytetu
Pedagogicznego w Krakowie oraz instytutów Polskiej Akademii Nauk – Historii,
Historii Nauki oraz Studiów Politycznych.
Ostatecznie o tym, kto zostanie następcą prezesa Janusza Kurtyki, zdecyduje Sejm
zwykłą większością głosów, za zgodą Senatu. I tutaj kryje się podstawowa słabość
tej nowelizacji. Bo według dotychczasowych zasad pozycja szefa IPN była bardzo
mocna. Musiał być wybierany większością 3/5 głosów. Równie trudne było jego
odwołanie. I tutaj był główny powód, dla którego politycy Platformy
Obywatelskiej zdecydowali się na przeforsowanie nowej ustawy. Sprawa ostatecznie
rozstrzygnęła się przed rokiem. Mimo sprzeciwu opozycji, sporej części środowisk
naukowych, politycznych, kombatantów, byłych działaczy opozycji
antykomunistycznej Platforma Obywatelska, PSL i SLD poparły projekt zmian. Od
początku było jasne, że celem nowelizacji jest usunięcie ze stanowiska
ówczesnego prezesa IPN prof. Janusza Kurtyki. Nikt nie miał wątpliwości, że
chodziło o odwet za opublikowanie książki Sławomira Cenckiewicza i Piotra
Gontarczyka o Lechu Wałęsie i jego współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa w latach
70. Przez ostatnie lata światło dzienne ujrzało również wiele informacji na
temat uwikłania w agenturalne związki znanych działaczy opozycyjnych, literatów,
aktorów, dziennikarzy, duchownych. A to Kurtyce nie przysparzało sympatii u
bardzo wpływowych osób. Jednak rok temu sprawa nie była tak oczywista – żyjący
wówczas prezydent Lech Kaczyński ustawy nie podpisze i skieruje ją do Trybunału
Konstytucyjnego. Nie zdążył tego zrobić przed katastrofą smoleńską, choć wiadomo
było, że taka jest jego wola. Niestety, wówczas p.o. prezydent marszałek
Komorowski nie uległ apelom i nie odesłał uchwalonej w kwietniu 2010 r. ustawy
do Trybunału Konstytucyjnego. Za takim rozwiązaniem opowiadało się m.in.
Kolegium IPN. Jak mówił: "Nie znam stanowiska Lecha Kaczyńskiego w tej sprawie.
Gdyby chciał je zająć, to by to zrobił i odesłał ustawę do Trybunału".
Ostatecznie parlament przyjął nowelizację 9 kwietnia, kilkanaście godzin przed
katastrofą smoleńską.
Nowelizacja ustawy o IPN wśród pracowników Instytutu nie wzbudzała entuzjazmu.
– Jedno jest pewne, że byłego prezesa, który pod względem temperamentu,
kompetencji i wrażliwości historycznej nadał IPN dzisiejszy charakter, nikt nie
jest w stanie zastąpić – mówi jeden z pracowników warszawskiego oddziału. Jego
zdaniem, scedowanie na Radę IPN priorytetów badawczych jest niczym innym jak
ręcznym sterowaniem, które prezesa IPN ubezwłasnowolni.
Maciej Walaszczyk
