Czołobitność Tuska zawiodła
Z Zuzanną Kurtyką, żoną prezesa Instytutu Pamięci Narodowej Janusza
Kurtyki, który zginął 10 kwietnia 2010 roku w katastrofie rządowego samolotu pod
Smoleńskiem, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Przeczytała Pani raport Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego na temat
katastrofy?
– Tak. Treść raportu MAK nie była dla mnie najmniejszym zaskoczeniem. Prawdę
mówiąc, spodziewałam się, że tak właśnie sprawa katastrofy, w której zginął
prezydent RP oraz towarzyszące mu osoby, zostanie potraktowana przez Rosjan.
Stało się tak, bo daliśmy – a właściwie polski rząd dał stronie rosyjskiej
możliwość dowolnej interpretacji i prowadzenia tego śledztwa na własną rękę.
Stąd trudno było oczekiwać, że Rosjanie rzetelnie poprowadzą to śledztwo.
Co o tym zadecydowało?
– Sądzę, że przez cały czas, kiedy postępowanie MAK było prowadzone, brak
jakiejkolwiek reakcji z polskiej strony coraz bardziej utwierdzał Rosjan, że
mogą się czuć bezkarnie i mogą sobie pozwolić na coraz więcej. Wypowiedzi
premiera Tuska, że ma całkowite zaufanie do strony rosyjskiej, wypowiedzi
wcześniej marszałka, a obecnie prezydenta Komorowskiego, że to właściwy
kierunek, taka czołobitność okazywana w stosunku do Rosjan w każdym momencie i w
każdej formie pozwoliły, chyba słusznie, mniemać Rosjanom, że wszystko im wolno,
że są bezkarni i że wszystko, na co sobie pozwolą, zostanie przez polskie władze
zaakceptowane. W tej sytuacji pozwolili sobie na zbyt wiele, ale patrząc z
historycznego punktu widzenia, wcale nie powinno to nas zaskakiwać.
Rosyjska Komisja Państwowa pod przewodnictwem premiera Putina, która zleciła
MAK wyjaśnienie katastrofy smoleńskiej, w sobotę ogłosiła oficjalnie zakończenie
prac. Mimo to rzecznik rządu Paweł Graś z uporem twierdził, że polski rząd
przygotowuje oficjalną odpowiedź na braki formalne dotyczące raportu, z którą
zwróci się do Rosji. O czym, Pani zdaniem, rząd chce teraz rozmawiać z Rosją?
– Najlepszym adresatem tego pytania, jak sądzę, byłby premier Tusk, bo to tylko
on i jego współpracownicy znają intencje i cel swoich decyzji. Natomiast jeżeli
chodzi o interwencję polskiego rządu wobec Rosjan, to myślę, że nigdy nie jest
za późno, pod warunkiem że rzeczywiście chcemy coś w tej materii zrobić.
Pamiętajmy, że Rosja jest krajem o reżimie politycznym, i co będzie dalej z tą
sprawą, tak naprawdę zdecyduje premier Putin. Jeżeli będzie miał ochotę
prowadzić dalej to postępowanie w formie śledztwa prokuratury czy jakichś innych
poczynań swego rządu, to zrobi to, a jeżeli nie będzie miał ochoty, to tego nie
zrobi. Myślę, że chyba tak należałoby interpretować jego decyzje. W tym momencie
akurat nie ma ochoty, ale to wcale nie oznacza, że z uwagi na sytuację
międzynarodową taką czy inną nie zmieni zdania i nie będzie bardziej
"przychylny", przyjmując uwagi do raportu MAK np. w momencie, kiedy Platforma
Obywatelska zacznie tracić poparcie polskiego społeczeństwa, które przejrzy na
oczy, i trzeba będzie pomóc odrobić stratę Donaldowi Tuskowi i jego formacji,
która wyraźnie i bezkrytycznie sprzyja interesom rosyjskim. Tego też, moim
zdaniem, nie można wykluczyć. To jest wielka polityka i tak naprawdę w tym
momencie trudno przewidzieć rozwój wszystkich wypadków.
Niewiele polskich uwag znalazło odzwierciedlenie w raporcie MAK. Czy w tej
sytuacji możemy się czuć równorzędnym partnerem dla Rosjan?
– Zostaliśmy tak potraktowani, jak sobie na to zasłużyliśmy naszą uległością. W
rzeczywistości nawet przez moment nie byliśmy równorzędnym partnerem Moskwy w
śledztwie dotyczącym katastrofy smoleńskiej. Właściwie szanse na partnerstwo w
tej kwestii straciliśmy 11 kwietnia 2010 roku, kiedy nie podjęliśmy propozycji
prezydenta Miedwiediewa odnośnie do wspólnego prowadzenia śledztwa, tylko
zgodziliśmy się oddać je całkowicie w ręce Rosjan. Tak naprawdę to w żadnej
sprawie nie jesteśmy aktualnie równoprawnym partnerem Rosji, i warto o tym
pamiętać.
Kształt raportu MAK oznacza koniec odwilży w stosunkach polsko-rosyjskich,
które zdaniem Donalda Tuska układały się dobrze jak nigdy?
– Nic nie wskazuje na to, by cokolwiek miało zakłócić bardzo jednostronne
zbliżenie naszego rządu z rządem rosyjskim. Sądzę, że wyjątkiem nie będzie tu
nawet nierzetelny raport MAK. Trudno bowiem poważnie traktować zapowiedzi
polskiego rządu, który twierdzi, że będzie domagał się od strony rosyjskiej
odpowiedzi na braki formalne raportu MAK. Myślę, że jest to tylko wymachiwanie
szabelką, z którego nic tak naprawdę nie wyniknie.
Rosja ma jednak świadomość, że droga do kontaktów i interesów z Europą
biegnie przez Polskę. Czy nie powinniśmy wykorzystać tych okoliczności?
– Uważam, że dla Rosji nie jesteśmy żadną płaszczyzną, jeżeli chodzi o przejście
do Europy, bo w tym momencie pozycja Polski jest bardzo słaba. Natomiast dla
mocarstwowości rosyjskiej zainteresowanej hegemonią ciągle stanowimy wartość
jako kraj do połknięcia, prowadzenia w Polsce rosyjskiej polityki i wprowadzenia
myślenia w kategoriach rosyjskiego interesu. Nic poza tym.
Wróćmy do raportu MAK. Prezentując przebieg ostatnich minut lotu i rozmowy w
kokpicie, komitet nie tylko złamał zasady konwencji chicagowskiej, ale też
zranił uczucia rodzin ofiar. Jak Pani odebrała sposób prezentacji tej części
raportu?
– Dla mnie osobiście coraz więcej jest znaków zapytania, na ile to wszystko ma
związek z prawdą. W tym raporcie tak wiele jest nieścisłości logicznych
przeczących sobie, że nie trzeba być ekspertem w dziedzinie lotnictwa, żeby je
wychwycić i zdemaskować. Jest to manipulacja na wielką skalę, przy czym nie
mając żadnych dowodów w ręku, nie możemy podważyć wiarygodności tego, co nam się
podaje do wierzenia. Ta nasza bezsilność w tym momencie jest tym, co najbardziej
rani rodziny ofiar, a przynajmniej ich część. Natomiast jeżeli chodzi o inne
aspekty tej sprawy, to przywykliśmy do tego, że traktuje się nas instrumentalnie
i przedmiotowo, mało tego – próbuje się nami manipulować, naśmiewać z nas czy
nawet nas wykpiwać. Mieliśmy już tego przykłady – chociażby ze strony rzecznika
polskiego rządu Pawła Grasia – tyle razy, że właściwie chyba przywykliśmy do
tego i nawet sposób prezentacji raportu przez Rosjan, a nawet odświeżanie
ostatnich chwil lotu i rozmów z kabiny pilotów aż tak bardzo już chyba nie boli.
Rosyjski raport koncentruje się na sprawie winy pilotów i alkoholu we krwi
gen. Błasika. Czy bierna postawa rządu wobec szkalowania polskiego dowódcy jest
na miejscu?
– Szczerze mówiąc, spodziewałam się tego, że gen. Błasik zostanie wybrany na
ofiarę. Spodziewałam się tego już kilka tygodni wcześniej, analizując
doniesienia, jakie na powrót pojawiły się w mediach, kiedy pan generał znów
został wyciągnięty na tapetę przez część dziennikarzy i media i kiedy w różnych
aspektach mniej lub bardziej próbowano znieważać jego dobre imię. Można było się
zatem spodziewać, że również w tym raporcie coś takiego się pojawi. Przypomnę
tylko, że na początku próbowano upić prezydenta Lecha Kaczyńskiego, jednak
okazało się, że sekcja była jawna i za dużo ludzi zostało wciągniętych w to
badanie sekcyjne, za dużo ludzi to widziało i nie dało się tego sfabrykować.
Major Protasiuk był osobą za mało eksponowaną, żeby zrobić z niego ofiarę
główną, dlatego wybór padł na dowódcę Sił Powietrznych gen. Błasika, który był
osobą ogromnie ważną dla polskiego lotnictwa, był także osobą ogromnie ważną dla
NATO-wskiego lotnictwa. Skompromitowanie jego osoby załatwiało Rosjanom wiele
spraw naraz. Ironizując: powinniśmy być wdzięczni Rosjanom, że w raporcie
napisali tylko 0,6 promila alkoholu we krwi, bo równie dobrze mogli napisać, że
generał miał 2,6 promila alkoholu we krwi. Wszak zarówno w jednym, jak i drugim
przypadku nie mamy możliwości i żadnych instrumentów, żeby sprawdzić i podważyć
wiarygodność tego, co się nam podaje do wierzenia. To m.in. wynik sytuacji, w
jakiej ustawiliśmy się, oddając bezkrytycznie śledztwo w ręce rosyjskie. Taka
niestety jest rola petenta.
Nie dziwi Pani brak reakcji premiera na zarzuty wobec gen. Błasika?
– Absolutnie nie dziwi mnie takie podejście do sprawy przez premiera Tuska.
Sprzeciwiając się temu, musiałby zarzucić Rosjanom kłamstwo, a to już za duży
ciężar gatunkowy oskarżenia, na który – podejrzewam – premiera Tuska nie stać.
To kładzie się cieniem na premierze i rządzie, który jest współodpowiedzialny
za braki w raporcie MAK…
– Tak. Oczywiście. Za braki w rosyjskim raporcie, za to, że śledztwo zostało tak
a nie inaczej poprowadzone jest współodpowiedzialny polski rząd. Mało tego,
uważam, że ponosi za to całkowitą odpowiedzialność.
Czego zatem należałoby oczekiwać od polskich władz?
– Myślę, że w tej sytuacji, w jakiej zresztą na własne życzenie, życzenie rządu,
się znaleźliśmy, konieczna jest zdecydowana i ostra interwencja u władz
Federacji Rosyjskiej i interwencja na skalę międzynarodową, a więc próba
umiędzynarodowienia śledztwa i zabieganie o pomoc międzynarodowych organizacji
zarówno wśród państw NATO, jak i Unii Europejskiej. Jednak patrząc na zachowanie
premiera Tuska, nic nie wskazuje, żeby miało do tego dojść.
Jaką rolę w wyjaśnieniu tragedii smoleńskiej widzi Pani dla Stowarzyszenia
Katyń 2010?
– Dopóki będziemy mogli, będziemy zabiegać o umiędzynarodowienie tego śledztwa.
Wykorzystamy wszystkie możliwości, choćbyśmy musieli działać tak jak Rodziny
Katyńskie przez następne pokolenia, by pełna prawda o tym, co wydarzyło się 10
kwietnia 2010 roku pod Smoleńskiem, ujrzała światło dzienne.
Na dziś rząd zapowiedział przedstawienie wyników śledztwa komisji pod
przewodnictwem ministra Millera. Czego Pani oczekuje po tym spotkaniu?
– Sądząc po wykazie braku materiałów dowodowych, o które jak dotąd bezskutecznie
zabiegamy u Rosjan – przypomnę tylko, że jest to kilkunastostronicowy wykaz –
uważam, że wyniki śledztwa będą w najlepszym wypadku cząstkowe.
Szef MSWiA zapowiedział, że będzie to raport jeszcze bardziej krytyczny pod
naszym adresem niż raport MAK…
– Owszem, myślę, że nawet powinien być, zwłaszcza jeżeli chodzi o ministra
Bogdana Klicha. Polska ma bowiem więcej możliwości niż Rosjanie skorygowania
sposobu funkcjonowania naszej bazy lotniczej, naszego wojska, przygotowań ze
strony naszego rządu, bo tylko w tym aspekcie raport MAK jest krytyczny. Myślę,
że w tym zakresie mamy większą możliwość dotarcia do źródeł. Raport MAK
skompromitował tak bardzo polską armię i polski rząd, że konsekwencje
dyscyplinarne wobec winnych zaniedbań powinny być wyciągnięte. A czy zostaną,
zobaczymy.
Wspólne polsko-rosyjskie uroczystości w pierwszą rocznicę katastrofy miałyby
się odbyć w Smoleńsku. Tak uzgodnili prezydenci Komorowski i Miedwiediew. To
dobry pomysł?
– Jeżeli prezydent Komorowski uważa, że powinien razem z prezydentem
Miedwiediewem obchodzić uroczystości w Smoleńsku, to znaczy, że jest to dla
niego korzystne rozwiązanie i nic nie stoi na przeszkodzie, żeby tak postąpił.
Dla mnie osobiście jest to rozwiązanie nie do przyjęcia. Uważam to za kolejny
krok do swojego rodzaju upokarzania się. Jest to także gest akceptacji działań
Rosji w stosunku do śledztwa smoleńskiego.
Jak ocenia Pani pomysł władz Smoleńska w kwestii przeobrażenia terenów wokół
lotniska w bazę turystyczno-hotelową?
– Takie informacje ostatnio się pojawiły i osobiście nie mam do tego
zdecydowanie negatywnego stosunku. Uważam, że należy najpierw zadbać o teren po
katastrofie, należy go odpowiednio estetycznie ogrodzić i zabezpieczyć przed
dewastacją przez miejscową ludność, a także przed roślinnością, która wraz z
wiosną tam wkroczy. Jakby na to nie patrzeć, w tym miejscu są wciąż szczątki
naszych najbliższych, dlatego należy godnie upamiętnić ten teren. Jeżeli to
zostanie zrobione, to osobiście nie mam nic przeciwko temu, żeby tam
przyjeżdżali Polacy, którzy mają do tego prawo i mają też prawo w normalnych,
ludzkich warunkach się tam zatrzymać. Na razie w Smoleńsku nie ma na to
warunków.
Dziękuję za rozmowę.
