Niech lecą dalej sami

Wczoraj mieliśmy możliwość zobaczenia części prawdy o dramacie ostatnich
chwil lotu Tu-154M. Zapis nagrania ze stanowiska kontroli lotów, zwanego bez
podstaw "wieżą", unaocznia to, czego domyślaliśmy się od początku, znając
mentalność i zwyczaje armii naszego wschodniego sąsiada. Obecność oficera bez
jakichkolwiek uprawnień i kwalifikacji, który przejmuje zarządzanie, dzwoni do
Tweru i do Moskwy, miota się pomiędzy groźbami, przekleństwami i lękiem o
powodzenie operacji. Strona polska nie otrzymała do wglądu przepisów
określających obowiązujące na lotnisku procedury. Czy nie dlatego, że
rzeczywistość kompromitująco od nich odbiega? Czy nie dlatego, że miejsce
profesjonalizmu zajął strach przed odpowiedzialnością, przed podjęciem decyzji?

Dobrze, że zobaczyliśmy fachową prezentację położenia polskiego samolotu wraz ze
wskazaniami podstawowych przyrządów i komentarzem. Ekspertowi udało się wyjaśnić
aspekty, o których nie zająknął się nawet Aleksiej Morozow podczas podobnego
pokazu w Moskwie. Widoczny brak jakichkolwiek uchybień ze strony polskiej załogi
i fałszywe komunikaty kierownika strefy lądowania: przeklęte "na kursie i
ścieżce", które doprowadziło do tragedii. Do tego wydana na czas komenda
"Odchodzimy". To prawda, której nie pokazał nam MAK, dowód jego stronniczości.
Wreszcie punkt wyjścia dla szeregu kolejnych pytań, badań i eksperymentów.
Smuci tylko to, że ludzie, którzy przez ostatnie dziewięć miesięcy kupowali
rosyjskie sugestie i bronili za wszelką cenę napisanego w Moskwie scenariusza
polskiej winy, nie zamilkli, jak nakazywałyby resztki honoru. Ci, którzy bez
zawahania zaakceptowali tezy raportu MAK i mówili o "przyjęciu trudnej prawdy",
"pełnej akceptacji dla ustaleń" rzekomo profesjonalnego komitetu gen. Anodiny,
teraz nazywają polskie ustalenia "próbą obrony". Dla nich ta próba musiała być
nieudana, zanim została podjęta. Wszak Kreml i jego przedstawiciele nie mogą się
mylić. Tak jak Armia Czerwona była "niezwyciężona".
Zastanawia, skąd w dominujących dzięki sile finansowej mediach przeważa instynkt
uległości wobec tego, co przychodzi ze wschodu, jakiś przemożny cień skrytego
uwikłania, który odwraca uwagę od prawdy, od naturalnych uczuć patriotycznych,
od poczucia dumy i czci narodowej.
Jednak ten ważny, choć ukrywany, czynnik pozwala wyjaśnić pełen pogardy i odrazy
ton, z jakim przedstawiciel najbardziej antypolskiej gazety codziennej zadawał
pytania ministrowi i powołanym przez niego czołowym polskim specjalistom.
Podobnie jak treść, dobór komentatorów i ich pierwsze wypowiedzi udzielane w
studiach telewizyjnych "na gorąco". A od tego, nie mniej niż od zaprzepaszczonej
przez Donalda Tuska szansy na zdecydowaną reakcję polskiego rządu, zależy to,
jak 10 kwietnia zostanie odebrany na świecie i jak kiedyś będzie opisany w
podręcznikach historii. Niektórzy jego bohaterowie chyba nie zdają sobie sprawy,
że się w nich znajdą.
 

Piotr Falkowski

drukuj