Bo taśma się zacięła…

Rosyjski Międzypaństwowy Komitet Lotniczy twierdzi, że zapisów wideo z
wieży rejestrującej pracę radarów w Smoleńsku nigdy nie było. Powodem braku tego
kluczowego dla śledztwa dowodu ma być zacięta taśma. Argument jest o tyle
nieprzekonujący, że z zeznań jednego z kontrolerów wieży smoleńskiej wynika, iż
urządzenie do nagrań wideo było sprawne.

Jak tłumaczy płk Edmund Klich, polski akredytowany przy rosyjskim
Międzypaństwowym Komitecie Lotniczym, ekrany radiolokacyjne – urządzenia, które
powinny znajdować się na każdym lotnisku – powinny być filmowane. Rozróżnia się
następujące ich rodzaje: po okrężni, po kierunku i po wysokości. Magnetowid
znajdujący się na wieży powinien rejestrować wszystko to, co się na nich
znajduje. Według Klicha, Rosjanie cały czas obstawali przy tezie, że tych
zapisów w ogóle nie było. W jego ocenie, zapis ów pozwoliłby precyzyjnie
określić sposób działania kontroli lotów 10 kwietnia, gdy rozbił się polski
Tu-154M. Klich przyznaje, że ma wątpliwości, czy Rosjanie mówią prawdę. – Mam
pewne wątpliwości, czy Rosjanie mówią prawdę, jeśli chodzi o to, czy mają te
zapisy, czy nie, bo jeden z kontrolerów zeznał, że urządzenie rejestrujące obraz
ekranu było sprawne i działało dobrze przed lotami w tym dniu. Tłumaczenie
strony rosyjskiej jest takie, że taśma się zacięła i nie ma żadnego zapisu –
mówi Klich. Nie chciał sprecyzować, o zeznania którego z kontrolerów chodzi.
Deklaruje przy tym, że niejednokrotnie zwracał się o nie do MAK, ale taśm nie
uzyskał. Jak zaznacza, odpowiedzi strony rosyjskiej były bardzo ogólnikowe.
Taśmy były ważnym materiałem dowodowym. – Widzielibyśmy jako strona polska, co
widział kontroler. I jak na podstawie tego, co widział, mógł ocenić precyzyjnie
pozycję samolotu. Chodzi o ten problem nie dość spójnego podawania pozycji.
Podawania "na ścieżce i na kursie" w sytuacji, kiedy ten samolot nie był
dokładnie na kursie i ścieżce. Czy wynika to ze zbyt małego doświadczenia, czy
też nieprecyzyjnych urządzeń? Gdybyśmy mieli te taśmy, ten obszar byłby dla nas
klarowny – zastanawia się Klich. Co gorsza, nie mamy też pełnych dokumentów z
oblotu, który był przeprowadzony 15 kwietnia. – Niestety, nie zostaliśmy – ja i
moi doradcy – do tego oblotu dopuszczeni. Nam tylko przedstawiono pewne wnioski,
z którymi się nie zgodziliśmy – mówi Klich. Jak zapewnia, Rosjanie posłużyli się
argumentem konieczności zapewnienia bezpieczeństwa. – Rosjanie uzasadniali, że
możemy przeszkadzać w procesie kierowania lotem. Myśmy poprosili o tzw. wynos,
byśmy mogli obserwować oblot na urządzeniach zewnętrznych bez wchodzenia na
stanowisko i tego też nam nie umożliwiono. Najpierw interweniowałem ustnie w tej
sprawie u przewodniczącego MAK, a potem pisemnie – mówi Klich. Jak dodał,
Rosjanie powinni mieć pełne zapisy z oblotu. Wojskowa Prokuratura Okręgowa w
Warszawie wnioskowała do strony rosyjskiej o przesłanie wszelkiej dokumentacji
dotyczącej nagrań z wieży. W dalszym ciągu oczekuje na realizację wniosku. To
samo dotyczy dokumentów związanych z oblotem z 15 kwietnia ubiegłego roku.
Zdaniem Jerzego Polaczka, ministra infrastruktury w rządzie PiS, argument strony
rosyjskiej jest nieprzekonujący. – Przy locie VIP i takich warunkach pogodowych
był prawny obowiązek rejestrowania pracy urządzeń na wieży. Gdyby przyjmować
argumentację rosyjską, to logika tego rozumowania skłaniałaby do postawienia
zarzutów natury prawnej. Nawet jeśli coś się tam zacięło, to obowiązkiem
obecnych na wieży było naprawienie urządzenia – mówi Polaczek. – Skoro
podstawowe urządzenia nie działały – w co zresztą wątpię – to dlaczego to
lotnisko było w ogóle dopuszczone do użytku? – pyta mec. Bartosz Kownacki,
mecenas części rodzin smoleńskich.

Anna Ambroziak

drukuj