Litewski antypolonizm i bezradność Warszawy
Gdy piszę te słowa, właśnie dostaję informacje od Polaków z Wilna, że
tamtejszy parlament, czyli Sejmas (charakterystyczna zbieżność nazwy z polskim
Sejmem…), odłożył ostateczne głosowanie w sprawie bardzo kontrowersyjnej i
bardzo niekorzystnej dla litewskich Polaków ustawy oświatowej. Pytanie: na jak
długo? Jak długo jeszcze tlić się będzie lont pod beczką z prochem, na której
siedzą nasi rodacy?
Uderzenie władz Litwy w polskie szkolnictwo jest w gruncie rzeczy uderzeniem w
polskość jako taką. To kolejny zamach na prawa Polaków na Litwie. W sferze
oświaty wysiłki Litwinów od lat konsekwentnie zmierzają w kierunku zmniejszenia
liczby polskich szkół, klas i uczniów uczących się w języku ojczystym oraz
finansowej dyskryminacji szkół istniejących i tych, które przetrwają. Obecnie
mamy na Litwie około 120 szkół. Tymczasem po "reformie" będzie ich… o połowę
mniej! Już wcześniej stworzono dyskryminacyjny system zakładania, hojnie
wspieranych finansowo państwowych szkół litewskich w miejscowościach i
apilinkach (gminach), gdzie mieszkają w praktyce sami lub niemal sami Polacy.
Zniesiono również końcowy egzamin szkolny z języka ojczystego, który ewidentnie
dopingował młodzież do jego nauki. Z czasem zaprzestano wydawać podręczniki
szkolne dla starszych klas w polskich szkołach. Zmniejszono w wyraźny sposób
finansowanie polskiego szkolnictwa – kryzys gospodarczy stał się wygodnym
pretekstem dla Litwy, aby istotnie ograniczyć dotację szkół mniejszości
narodowych, co uderzyło jednak głównie w Polaków. Przykładem jest tzw.
indeksacja koszyka uczniowskiego, którą zmniejszono aż o jedną czwartą, do 15
procent (dla porównania: w Polsce, w szkołach litewskich owa indeksacja wynosi
aż 50 proc.). Ciekawe, że pomimo kryzysu litewskie szkoły funkcjonujące na
polskich "wyspach" ludnościowych mogą nieraz liczyć nawet na zwiększoną pomoc
władz. Propagandowym hasłem tej pseudoreformy oświatowej jest większa integracja
polskiej młodzieży ze społeczeństwem litewskim poprzez poprawienie znajomości
języka litewskiego, a przez to uzyskanie większego dostępu do uczelni wyższych.
To kompletny fałsz: odsetek absolwentów polskich szkół średnich, którzy dostają
się na studia, jest wyższy niż odsetek absolwentów szkół litewskich i wynosi ok.
72 procent (dane za rok 2009). Charakterystyczna jest też asymetria: o ile
władze Litwy na siłę chcą wprowadzić nauczanie większości przedmiotów po
litewsku w szkołach polskich, o tyle w szkołach litewskich w Polsce to sami
uczniowie, według własnego wyboru, decydują się uczyć poszczególnych przedmiotów
w języku polskim. No i wreszcie warto uświadomić polskiej i międzynarodowej
opinii publicznej, że forsowana przez Sejmas ustawa zakładająca przymus
nauczania w języku litewskim w szkołach m.in. polskich jest rażąco sprzeczna z
traktatem polsko-litewskim (art. 14 i 15) podpisanym w Wilnie 26 kwietnia 1994
roku, Konwencją Ramową o Ochronie Mniejszości Narodowych Rady Europy z 1 lutego
1995 roku, którą Litwa podpisała, jak również z wewnętrznym ustawodawstwem
litewskim (np. ustawa o mniejszościach narodowych). O europejskich standardach
antydyskryminacyjnych już nie wspomnę, choć przecież Litwa należy do Unii
Europejskiej od przeszło 6,5 roku. Skądinąd gorzkim paradoksem jest fakt, że
przed akcesem do UE państwo to bardziej przestrzegało praw Polaków w tym kraju,
niż czyni to teraz już jako członek eurostruktur. Wytłumaczeniem tego jest
prawdopodobnie wcześniejsza chęć uniknięcia kompromitujących zarzutów o
prześladowanie mniejszości narodowych – a to mogłoby Litwie zamknąć bramę do
Brukseli, a przynajmniej opóźnić tam jej obecność.
Polska własność
Ostatnie praktyki władz Litwy dyskryminujące polską oświatę, a więc polską
młodzież, trzeba widzieć w szerszym kontekście. Litwini od zarania swojej
niepodległości po upadku ZSRS, od 20 lat, bardzo konsekwentnie, systematycznie i
z uporem uderzają w "żywioł polski", jak historycznie określano Polaków na tych
terenach. Można wskazać szereg obszarów, gdzie władze litewskie łamią czy
ograniczają prawa naszych rodaków mieszkających na dawnych Kresach
Północno-Wschodnich. Tak dzieje się choćby w kluczowej sprawie reprywatyzacji,
czyli odzyskania polskiej własności zagrabionej przez ZSRS czy Litwinów,
począwszy od 1939 roku. Chodzi zarówno o majątek (nieruchomości) polskich
organizacji, głównie w Wilnie, ale przede wszystkim prywatne domy i ziemię.
Znamienne, że zwrot własności rdzennym Litwinom nastąpił dużo szybciej i w
znacznie większym wymiarze niż w przypadku Polaków. Dość powiedzieć, że na
realizację w samym tylko regionie wileńskim czeka ok. 50 proc. złożonych
wniosków.
Dla władz reprywatyzacja skolektywizowanej wcześniej przez komunistów ziemi
stanowi dogodny instrument zmiany składu narodowościowego na ziemiach z polską
większością. Rzecz w tym, że obowiązujące prawo zezwala na zwrot ziemi
niekoniecznie w miejscu, gdzie została ona przejęta przez Sowietów. Może to
nastąpić w dowolnym miejscu Litwy: decydują o tym urzędnicy i poprzedni
właściciele. Nieprzypadkowo bardzo wiele wniosków reprywatyzacyjnych ze strony
Litwinów jest realizowanych na Wileńszczyźnie, a nie na Litwie Kowieńskiej,
gdzie faktycznie ziemia została im zabrana. Prowadzi to do poważnych zmian w
strukturze narodowościowej w wielu gminach. W niektórych liczba Polaków –
rdzennych mieszkańców tych terenów, spadła w ciągu niespełna dwóch dekad aż o 20
procent!
Grzywny dla Polaków
Coraz większym problemem staje się pisownia polskich nazwisk. Władze litewskie
zapisują je zgodnie z zasadami pisowni litewskiej. Jest to złamanie wspomnianej
już tu Konwencji Ramowej Rady Europy (a konkretnie jej art. 11.1). Ponadto
traktat polsko-litewski przewidywał dopracowanie formuły zadowalającej obie
strony, ale przez 16 lat (!) nie potrafiono tego uzgodnić. Dochodzi do sytuacji
absurdalnych, Polacy na Litwie mają słusznie poczucie urażonej dumy i skarżą
Litwę do Komisji Europejskiej. Dobrej woli ze strony Wilna nie widać także w tej
sprawie.
Do walki z polską wspólnotą używa się instrumentów finansowych. Spada budżet
przeznaczony na kultywowanie kultury mniejszości narodowych, co uderzy głównie w
polskie zespoły pieśni i tańca, jak choćby w obchodzącą w ostatnim czasie
70-lecie "Wileńszczyznę". Narasta także inna represja polegająca na praktycznym
zakazie używania języka polskiego w regionach zamieszkałych przez polską
większość, np. Rejon Wileński – blisko 54,5 tys. Polaków, co oznacza przeszło 61
proc. wszystkich mieszkańców, Rejon Solecznicki – od miasta Soleczniki (Solecznikai),
prawie 40 tys. Polaków, co daje 80 proc. całej populacji. Władze litewskie karzą
wysokimi grzywnami polskich działaczy samorządowych i przedsiębiorców za
używanie języka polskiego w nazwach miejscowości, w nazwach ulic, a nawet za
używanie go na wywieszkach informujących o trasach prywatnych autobusów.
Dodajmy, że chodzi o używanie języka ojczystego jedynie jako pomocniczego obok
języka litewskiego, i to zwykle mniejszymi literami. Jest to bezsprzecznie
naruszenie trzech artykułów Konwencji Ramowej Rady Europy (art. 10, 11.2 i
11.3). Warto dodać, że obowiązująca do niedawna litewska ustawa o mniejszościach
narodowych zezwalała na używanie języków mniejszości jako języków pomocniczych w
celach informacyjnych i komunikacyjnych.
Bezradny rząd Tuska
A jak na te represje wobec Polaków na Litwie reagują władze w Warszawie?
Niestety, rząd nie ma jasnej wizji ani jak wspierać Polaków na Wschodzie, ani
też (w tym w Republice Litewskiej) jak ich bronić przed ewidentną dyskryminacją.
Warszawa jedynie reaguje – i to od czasu do czasu – na różne decyzje i praktyki
władz litewskich, a nie realizuje własnej polityki, której głównym punktem
odniesienia byliby nasi rodacy mieszkający na tych terenach od wieków.
Gdy Papież Jan Paweł II przyjechał w stanie wojennym do Wielkiej Brytanii i
spotkał się z Polakami na stadionie Chrystal Palace w Londynie, powiedział
wówczas, że Polacy mieszkający poza krajem to "Polska poza Polską". Niestety,
wydaje się, że ani obecny rząd, ani obecny prezydent nie mają świadomości, że
spoczywa na nich obowiązek obrony owej "Polski poza Polską". Przez szereg lat
różne rządy łatwowiernie dawały się nabierać na kolejne deklaracje kolejne
litewskich prezydentów i premierów, że już, zaraz, za chwilę dany problem będzie
rozwiązany przez władze w Wilnie. Polacy wierzyli, a Litwini kupowali czas i
robili swoje. O ile w latach 90. szereg polityków w Polsce wręcz przymykało oczy
na dyskryminowanie Polaków znad Wilii, byleby nie podnosić żadnych kontrowersji
w obustronnych relacjach i w ten sposób rzekomo nie dawać pretekstu do
wykorzystywania antagonizmów polsko-litewskich przez Moskwę – o tyle w tej
dekadzie Warszawa już nie składała Polaków na Litwie na ołtarzu przyjaznych
relacji z Wilnem, lecz, niestety, zadowalała się kompletnie niewiarygodnymi
obietnicami Litwinów, niezmiennie deklarujących szybkie rozwiązanie wszelkich
problemów. Dziś rząd w Warszawie, czasem nawet werbalnie, krytykuje władze Litwy
za ich stosunek do tamtejszych Polaków, ale na tym w praktyce poprzestaje. Litwa
niespecjalnie się tym przejmuje – bo boi się jedynie umiędzynarodowienia tej
kwestii. Stąd rząd Donalda Tuska powinien podjąć interwencję na rzecz naszych
rodaków w Republice Litewskiej na forum Rady Unii Europejskiej, a więc tam,
gdzie reprezentowana jest również Litwa. Jednak z niezrozumiałych powodów tego
nie czyni. Na razie minister Radosław Sikorski od czasu do czasu krytykuje
władze w Wilnie, ale wyłącznie za pośrednictwem polskiej prasy, co wygląda w
gruncie rzeczy jedynie na uspokajanie własnych wyrzutów sumienia.
Jako polski poseł do Parlamentu Europejskiego stawiałem w zeszłym i tym roku
sprawę dyskryminacji litewskich Polaków na forum PE. I wiem, że właśnie takiego
"umiędzynarodowienia" tej sprawy Litwa się boi i nie chce. Jednak interwencje na
forum europarlamentu mają charakter jedynie moralny, informacyjny czy
propagandowy. Znacznie skuteczniejsze byłyby polityczne zabiegi władz RP w dwóch
innych instytucjach unijnych: Komisji Europejskiej i Radzie UE, jednak rząd
Donalda Tuska tego nie czyni. Czas ucieka, a czas jest, niestety, sojusznikiem
Litwy w konsekwentnej akcji wynaradawiania naszych rodaków za północno-wschodnią
granicą Polski. Oby ten grzech zaniechania obecne polskie władze jak najszybciej
naprawiły. Na razie bowiem z kilku spotkań prezydentów obu krajów (Komorowskiego
i Grybauskaite) kompletnie nic dla litewskich Polaków nie wyniknęło. Co więcej,
tego typu spotkania na szczycie są dla strony litewskiej wygodnym politycznym
parawanem dla dalszej dyskryminacji naszych rodaków tam mieszkających.
Ryszard Czarnecki
Autor jest deputowanym do Parlamentu Europejskiego (Europejscy Konserwatyści
i Reformatorzy).
