Białoruś ma swoją kartę przetargową
Z Denisem Meliancowem, politologiem z Białoruskiego Instytutu Studiów
Strategicznych, rozmawia Piotr Falkowski
Jak określiłby Pan stosunki Białorusi z Rosją?
– Stosunki w ramach Związku Białorusi i Rosji opierają się na dżentelmeńskiej
umowie. Rosja dostarcza ropę i gaz, a Białoruś udostępnia swoje terytorium dla
rosyjskich strategicznych obiektów wojskowych. Białoruś ma zatem swoją kartę
przetargową. Chodzi przede wszystkim o dwie bazy, jedna jest w okolicach
Baranowicz, a druga Mołodeczna. Są tam stacja radiolokacyjna – jedyna na zachód
od Moskwy, dzięki której rosyjscy wojskowi "widzą", co się dzieje w tej części
Europy, oraz centrum komunikacyjne zapewniające łączność z okrętami wojennymi, w
tym podwodnymi, w całym basenie Oceanu Atlantyckiego. To bardzo kosztowne
instalacje, których nie da się łatwo przenieść albo czymś zastąpić. Dodatkowo
Rosja za nie nic nie płaci. Stąd Białoruś może domagać się w zamian preferencji
w handlu strategicznymi surowcami i w innych dziedzinach.
Ale chyba ostatnio coś się w tych relacjach pogorszyło?…
– Białoruś staje się coraz bardziej niezależna od Rosji. Widać to w dziedzinie
wymiany gospodarczej. Nastąpiła realna dywersyfikacja stosunków handlowych.
Teraz są to już nie tylko związki z Rosją, ale Łukaszenka znajduje partnerów w
Chinach, Wenezueli… Można się z tego śmiać, ale to kontrakty na ogromne sumy,
na przykład na zakup ropy naftowej z Wenezueli. To zaczyna przynosić efekty,
polityka białoruskiego rządu może być swobodniejsza, niezorientowana tylko na
Rosję. Ostatnie konflikty są tego wyrazem. Jeśli Łukaszenka zostanie
prezydentem, to wszystko wskazuje na to, że będzie ten kierunek kontynuować –
może jeszcze wprowadzi Białoruś do Unii Europejskiej. Kto wie?
Gdy Białoruś się uniezależnia, Rosja stara się osłabić władzę Łukaszenki.
– Tak, stosunki Rosji z Białorusią są trudne. Mińsk często oskarża Moskwę o
prowokacje. Z pewnością takie wydarzenia jak obrzucenie butelkami z benzyną
rosyjskiej ambasady albo tajemnicza śmierć Aleha Biabienina nie były na rękę
obecnym władzom na Białorusi, którym zależało przed wyborami na spokoju i
stabilizacji. Niedawno Rosjanie stwierdzili, że Białoruś ma zaległości w
opłatach za gaz, i zażądali natychmiastowego ich uregulowania. Ale ta akcja była
najwyraźniej słabo przygotowana, bo Białoruś znalazła od razu zaległości w
opłatach za tranzyt i rachunek się wyrównał, a Łukaszenka odniósł propagandowy
sukces, choć miało być inaczej – gdyby trzeba było zapłacić te pieniądze,
doszłoby do kryzysu finansowego.
Sugeruje Pan, że to Łukaszenka jest gwarantem niezależności Białorusi?
– W rzeczy samej, pytanie bardzo prowokacyjne. To bardzo złożona sprawa i trudno
powiedzieć, kto jest gwarantem niezależności Białorusi. Z jednej strony niektóre
działania Łukaszenki mogą być uważane ze groźne dla białoruskiej niepodległości,
na przykład wprowadzenie Białorusi do związku z Rosją, jej wstąpienie do
Organizacji Wspólnego Bezpieczeństwa razem z Rosją, do unii celnej z Rosją itd.
Z drugiej strony ostatni rozwój wydarzeń pokazuje, że przyjął on rolę obrońcy
niepodległości. Między Białorusią a Rosją mamy wojnę informacyjną, doszło do
pewnego odwrócenia się Mińska w stronę Unii Europejskiej. Do obecnych wyborów
Łukaszenka idzie pod hasłami nacjonalistycznymi. I nacjonalizm jest skierowany
przeciw Rosji, a nie, jak to bywało, np. przeciw Polsce. Idą za tym fakty.
Wprowadzone zostały ograniczenia dla rosyjskiego kapitału. Po drugie, ogranicza
się wpływ propagandowy Rosji – praktycznie niedostępne są rosyjskie kanały
telewizyjne. To znaczy one są, ale gdy nadawany jest program publicystyczny o
tematyce politycznej, w jego miejsce pojawia się program białoruski.
Dziękuję za rozmowę.
