Afryka żyjąca dla Jezusa
Danuta pilnowała dzieci, które właśnie ułożyły się do snu. W pomieszczeniu
zapadła cisza. Słychać było tylko miarowe oddechy śpiących na czym się da
maluchów. Nagle jeden z chłopców obudzony sennym koszmarem zerwał się z
krzykiem. Szybko się przeżegnał, przestał płakać i po chwili znów zapadł w
głęboki sen. – Boże drogi, jak bardzo naturalną rzeczą jest dla nich modlitwa –
pomyślała. Taki obrazek przywołuje Danuta Zielińska, wolontariuszka pracująca
przez rok na placówce misyjnej Salezjanie "Don Bosco" w Zimbabwe. Jej zdaniem,
katolicy na Starym Kontynencie mogliby się dużo nauczyć od Kościoła misyjnego –
osobistej i żywej relacji do Boga, zaangażowania w sprawowaną Liturgię, a przede
wszystkim realizacji w praktyce przykazania miłości bliźniego.
Afryka, Ameryka Południowa, Brazylia należą do tych regionów misyjnych, gdzie
rośnie liczba katolików. Rozkwit chrześcijaństwa przejawia się tam jednak nie
tylko w dużej liczbie osób przyjmujących chrzest, ale także w żywym traktowaniu
religii i przenoszeniu jej do sfery życia codziennego.
Wierzą, że Bóg jest wśród nich
– Kiedyś jeden z księży misjonarzy powiedział nam, że wolontariusz, który
wyjeżdża na misje, albo umocni swoją wiarę, albo ją straci – wspomina Danuta.
Nie ukrywa, że podczas pracy w Zimbabwe spotykała się z problemami i sytuacjami,
przed którymi najchętniej nieraz chciałoby się uciec. Wiązało się to z
podejmowanymi zadaniami: pracowała jako koordynator adopcji na odległość, w
szpitalu na bloku operacyjnym, a także – wraz z dwoma innymi osobami –
prowadziła oratorium, czyli miejsce, gdzie każdego dnia odbywały się różnego
rodzaju zajęcia dla dzieci z okolicznych wiosek. Co jej pozwoliło wytrwać?
Modlitwa i poczucie wspólnoty z ludźmi, dla których tam pojechała. – Modlitwa
stanowiła bardzo ważny element naszego dnia. Codzienna Msza św., Różaniec,
modlitwa w szkole przed zajęciami i po nich. A wszystko to okraszone śpiewem,
tańcami i niezwykłą radością – wspomina wolontariuszka. Według niej, ci ludzie
mają zupełnie inne spojrzenie na wiarę. Nie koncentrują się na zakazach i
nakazach. Jest ona dla nich czystą przyjemnością i sposobem na życie. – Nie mają
takiego lęku przed wiarą i przed Kościołem jak wielu ludzi w Polsce. Bóg nie
jest dla nich kimś niedostępnym, znajdującym się gdzieś wysoko. Wierzą, że jest
wśród nich – wyjaśnia. I choć brakuje im wielu rzeczy, są biedni, nieraz głodni,
to nie oczekują od Boga cudu. Danuta nazywa to "nieroszczeniowym podejściem do
Boga". – Modlą się, tańcząc, śpiewając i dziękując Bogu za wszystko: za rodzinę,
za zdrowie, za słońce i za deszcz. Niemalże codziennie celebrowaliśmy
wspomnienie jakiegoś świętego – opowiada, śmiejąc się.
Czas dla drugiego człowieka
Pytana o przyczyny takiego podejścia Afrykańczyków do wiary katolickiej, Danuta
zastanawia się przez chwilę, po czym mówi: – Myślę, że tak głębokie i intensywne
przeżywanie wiary i zaangażowanie w życie Kościoła bierze się nie tylko z
uwarunkowań kulturowych i tamtejszej mentalności, ale przede wszystkim z
wielkiej potrzeby odczuwania obecności drugiego człowieka. To niesamowite, jak
bardzo miłość Boga wiąże się z miłością bliźniego!
Zrozumiała, że jej obecność na misjach musi być odpowiedzią na tę potrzebę. – Ja
po prostu byłam z tymi ludźmi, a swoim życiem, zaangażowaniem, uśmiechem,
dawałam świadectwo i wyraz temu, że jestem tam właśnie po to – wyjaśnia.
– Oni na pierwszym miejscu stawiają Pana Boga, następnie drugiego człowieka, a
dopiero potem siebie – potwierdza Bernadetta Jamróz, która także posługiwała na
tej samej salezjańskiej placówce w Zimbabwe. Wspomina sytuację, kiedy jeden z
misjonarzy częstował dzieci cukierkami. Po chwili zauważył, że większość
dzieciaków wyjmuje te cukierki z buzi i z powrotem pieczołowicie zawija je w
papierki. Zdziwiony zapytał – myśląc, że może im nie smakują – dlaczego tak
robią. Usłyszał, że chcą je zanieść do swoich domów, dla rodzeństwa.
Afrykańczycy niedzielną Mszę św. traktują jako okazję do spotkania i spokojnej
rozmowy z sąsiadami. – Nie spieszą się tak jak my. W ich hierarchii wartości
drugi człowiek znajduje się naprawdę wysoko – zaznacza Bernadetta. Tam ludzie
zwracają uwagę na spotkanie, na czas, który można poświęcić innym. Jej zdaniem,
wyrażają w ten sposób wielki szacunek dla drugiego człowieka. Po Mszy św.,
trwającej często prawie trzy godziny, idą na obiad, ale potem wracają z całymi
rodzinami, aby znów się spotkać i we wspólnotach, na które jest podzielona każda
parafia, omówić to, co czeka ich w nowym tygodniu, oraz ustalić, kto będzie
przygotowywał Eucharystię w następną niedzielę.
Życie w Liturgii
Na to, że uczestnictwo w Liturgii i w życiu Kościoła jest bardziej pogłębione w
krajach misyjnych niż w Europie, zwraca również uwagę ks. Szczepan Mitros,
pracujący w mieście Parna’ba w stanie Piau’, jednym z najbiedniejszych stanów w
Brazylii. Tłumaczy, że wśród powodów m.in. tego zaangażowania jest mała liczba
kapłanów na tym terenie. Dlatego aż 70 procent ludzi nie ma możliwości
uczestniczenia w niedzielnej Mszy Świętej. Nie może być jednak inaczej, kiedy
jeden ksiądz ma do "obsłużenia" nawet 80 punktów, na dodatek niejednokrotnie
bardzo od siebie oddalonych. W takiej sytuacji niektórzy katolicy w Brazylii
mogą uczestniczyć we Mszy św. dwa raz do roku, a czasem nawet tylko raz. Oprawą
liturgiczną, czytaniami i śpiewami, a także sprawami ekonomicznymi parafii
zajmują się świeccy. W parafii, w której ks. Mitros jest proboszczem, jest
właśnie budowany nowy kościół. – Zbieranie środków, administrowanie sprawami
związanymi z budową, to wszystko jest w rękach świeckich. Ja po prostu nie mam
czasu się tym zajmować. Jako kapłan robię to, w czym nikt inny nie jest mnie w
stanie zastąpić – tłumaczy.
Obserwacje te potwierdzają się także w odniesieniu do Zimbabwe: – Kościołem
zajmuje się dana społeczność i to ona, a więc ludzie z okolicznych glinianych
chatek, z buszu, zapraszają księdza na Mszę Świętą – mówi Danuta Zielińska.
Ksiądz Szczepan zwraca uwagę na jeszcze jeden, być może dużo ważniejszy aspekt
zaangażowania świeckich w Liturgię. – Tutaj, na misjach, w sprawowanej
Eucharystii znacznie bardziej niż Europie widoczne jest życie ludzi – zauważa.
Celebrujemy Misterium Męki i Zmartwychwstania Pana Naszego Jezusa Chrystusa w
życiu konkretnych wspólnot. W odprawianej Mszy św. muszą być widoczne zarówno
Pascha Chrystusa, jak i życie obecne. Nie można tego oddzielić – objaśnia ks.
Szczepan. Życie ludzi wyraża się w wykonywanych przez nich śpiewach, czytaniach,
procesjach. Jaki efekt przynosi to w praktyce? – Kiedy tuż po moim przybyciu do
Peru wzięłam udział we Mszy św., pomyślałam sobie: Boże, jak tu jest radośnie –
wyznaje Agnieszka Słowik, również wolontariuszka z Ośrodka Salezjańskiego.
Więcej mężczyzn i młodzieży
Bernadetta Jamróz zwraca jeszcze uwagę na większe niż w krajach europejskich
zaangażowanie mężczyzn w życie Kościoła: – U nas Kościół stał się – można
powiedzieć – bardziej "kobiecy". Tymczasem w Zimbabwe jest przy parafiach dużo
grup, do których należą sami mężczyźni. Jako przykład podaje prężnie działające
grupy św. Józefa, które organizują liczne spotkania, wyjazdy i rekolekcje
właśnie dla mężczyzn. Wolontariuszka podkreśla także dużą liczbę dzieci i
młodzieży garnących się do Kościoła. Jej zdaniem, bierze się to również stąd, że
misjonarze i osoby im pomagające organizują naukę oraz zabawę, a także liczne
zjazdy i pielgrzymki. – W naszej placówce misyjnej organizowaliśmy co jakiś czas
zjazd młodzieży salezjańskiej. Młodzi ludzie jechali jakimiś psującymi się
gruchotami nawet po 800 kilometrów, żeby się ze sobą spotkać, podzielić swoją
wiarą czy też po prostu zorganizować wspólnie dyskotekę – opowiada Bernadetta.
Według Agnieszki Słowik, entuzjastyczne zaangażowanie młodzieży w życie Kościoła
w dużej mierze wynika z pragnienia formacji, zarówno w sferze duchowej,
modlitewnej, jak i intelektualnej. – Dlatego tak wiele jest dzieci i młodzieży
na Mszach św. oraz na katechezach – zauważa Agnieszka.
Waga sakramentów
Danuta Zielińska opisuje również nastawienie mieszkańców Zimbabwe do
przyjmowanych sakramentów świętych. Wyraża się ono poprzez staranne
przygotowanie do ich przyjęcia, a w momencie otrzymywania przez wielki szacunek
i ogromną radość. Jako przykład podaje bierzmowanie, które poprzedzone jest
skrupulatnym przygotowaniem. – Kandydat musi przez dwa lata w każdą sobotę
chodzić do kościoła, a następnie zdać trudny egzamin – opowiada. Efekt bywa
taki, że czasem piętnastoletnie dzieci znają Biblię lepiej niż ja – dodaje,
uśmiechając się. Co warto podkreślić, przyjęty sakrament w widoczny sposób
zmienia życie człowieka oraz wpływa na sposób traktowania go przez innych.
– Zupełnie inaczej patrzy się na chłopca, który jest po bierzmowaniu, a on sam
czuje się jeszcze bardziej związany z Kościołem – opowiada Danuta. Przyjmowanie
sakramentów to dla nich niesamowicie ważne chwile, które celebrują jak
największe święto – dodaje.
Zasada naczyń połączonych
– Jeszcze w latach 60. Holandia była jednym z krajów posyłających na misje
najwięcej kapłanów. A dziś jest to państwo najbardziej ateistyczne w Europie –
zauważa ks. dr Waldemar Cisło, dyrektor Sekcji Polskiej Pomocy Kościołowi w
Potrzebie. Tę tendencję, kiedy w jednym miejscu na ziemi chrześcijaństwo się
rozwija i rozkwita, a w innym ulega jakby wycofaniu, porównuje do zasady naczyń
połączonych. – Mamy do czynienia ze swoistą wymianą darów pomiędzy Europą a
Afryką czy Ameryką Południową. Kiedyś ten Kościół lokalny, europejski, wspomagał
kraje misyjne, a dzisiaj niektóre z tych państw przysyłają do nas swoich
kapłanów. Jako przykład podaje Niemcy, gdzie obecnie pracuje wielu księży z
Indii. – Zaszczepione w wielu krajach misyjnych chrześcijaństwo pięknie
rozkwita, a my, zakodowani w materializmie i sekularyzmie, zapominamy o
wartościach najwyższych – konkluduje ks. Cisło. W samej Afryce każdego dnia
przybywa 23 tys. chrześcijan. Podczas Mszy inaugurującej II Synod dla Afryki
Papież Benedykt XVI nazwał ten kontynent duchowym płucem ludzkości.
– Afryka nie tylko może, ale i powinna podarować wiele dóbr reszcie świata – nie
tylko diamenty, złoto, koltan, swoją sztukę i muzykę – zaznacza ks. Andrzej
Halemba, dyrektor warszawskiego Centrum Formacji Misyjnej, który przez dziesięć
lat był misjonarzem w Zambii.
– Chrześcijaństwo Południa przeżywa prawdziwy "boom" – podsumowuje ks. Halemba.
W krajach tego regionu gwałtownie wzrasta również liczba powołań. Jak wynika ze
statystyk, w Ameryce Łacińskiej w ciągu 25 lat liczba kandydatów do kapłaństwa
wzrosła o 400 procent. W Afryce w roku 2002 funkcjonowało 414 seminariów, a w
2007 już 465. Dla porównania w tym samym okresie w Europie ich liczba
zmniejszyła się z 337 do 285, czyli zamknięto 52 placówki formacyjne.
Bogusław Rąpała
