Rosyjskie ucho w Warszawie
Najważniejsze wydarzenia z obszaru stosunków polsko-rosyjskich w
mainstreamowych polskich mediach komentuje naczelny gazety będącej, zdaniem
ekspertów, narzędziem rosyjskiej agentury wpływu w Polsce. Władimir Kirianow –
bo o nim mowa – kieruje "Rosyjskim Kurierem Warszawskim", czytaj: "biuletynem
ambasady rosyjskiej", którego celem jest rozpowszechnianie negatywnych
stereotypów w relacjach polsko-rosyjskich – nie mają wątpliwości nasi rozmówcy.
Niszowe pismo dla Rosjan, o którym niewielu słyszało. Rzec można, zero wpływu.
Ten jednak gwarantuje Kirianowowi zapewniona obecność w polskich czołowych
mediach. Kiedy w TVP Info prof. Włodzimierz Marciniak odmówił wystąpienia z
Rosjaninem, stacja była na tyle zdeterminowana w oddaniu – jak to sama określiła
– "głosu drugiej stronie", że goście wystąpili, tylko że oddzielnie.
Po wpisaniu nazwiska Kirianow w internetowej wyszukiwarce ukazują się adresy
stron większości czołowych mediów, których dziennikarze muszą usłyszeć, jak
Kirianow ocenia wizytę prezydenta Dmitrija Miedwiediewa, co sądzi o pomniku
sowieckich najeźdźców w Ossowie i "przełomie" w relacjach na linii Warszwa –
Moskwa.
Jak przedstawia się ten tak pożądany "głos drugiej strony"? W jednym z
ubiegłorocznych numerów "Rosyjski Kurier Warszawski" zamieścił tekst w dobrym
tonie opisujący pakt Ribbentrop – Mołotow i jednocześnie sugerujący, że to
Polska sprowokowała wybuch II wojny światowej. Co ma do powiedzenia Kirianow w
sprawie budowy pomnika sowieckich najeźdźców w Ossowie? TVN 24 w połowie
sierpnia br. transmitowała z Moskwy wypowiedź naczelnego "Kuriera", który na tle
Kremla pouczał Polaków, dlaczego "opozycji na rękę są demonstracje w Ossowie czy
przed Pałacem Prezydenckim". – Bo chce zepsuć ten nowy kurs, który jest w
stosunkach polsko-rosyjskich od kilku miesięcy – grzmiał.
Żeby nie było wątpliwości, jaką opozycję ma na myśli Rosjanin, do studia zostali
zaproszeni Wojciech Olejniczak i Paweł Kowal. Słowa kandydata lewicy na
prezydenta Warszawy oczywiście współgrały z przekazem Kirianowa… Dla Rosjanina
wina polskich pilotów za spowodowanie katastrofy pod Smoleńskiem jest oczywista:
"Dla mnie wszystko jest absolutnie jasne. Dziwię się tylko, że Polacy tak
rozdmuchują tę tragedię smoleńską". I jeszcze dopowiada: "Szukają pretekstu,
żeby atakować Rosję (…)".
Kirianow przyjeżdża do Polski
Większość naszych rozmówców kojarzy raczej osobę redaktora naczelnego niż tytuł,
którym kieruje. Bo "Kurier" to w zasadzie jego naczelny. O sobie mówi, że
"uwielbia Polaków". W naszym kraju mieszka od 22 lat. Przedstawia się jako
rosyjski dziennikarz i korespondent. Podkreśla, że jest obiektywny i w "stu
procentach niezależny". Ale jednocześnie śmiało można go nazwać "piewcą Putina",
którego określa mianem "zbawiciela narodu rosyjskiego".
Kirianow, sowiecki dziennikarz, do Polski przyjechał w 1988 r. i został
wiceprezesem wydawnictwa Orbita. Biorąc pod uwagę datę, jego przyjazd nie mógł
nie zostać zaakceptowany przez sowieckie służby.
Poglądy szefa i wydawcy "Kuriera" zupełnie nie dziwią dziennikarki, wieloletniej
korespondentki polskich mediów w Rosji Krystyny Kurczab-Redlich, która nazywa go
"wykwitem polityki Putina".
– Kirianow został wychowany na podręcznikach sowieckich, których sens został
reaktywowany przez Władimira Putina. Obecny premier Rosji stwierdził, że
podręczniki powinny wzmacniać poczucie patriotyzmu i dumy narodowej przez
pokazywanie pozytywnych momentów w historii, a cała reszta to plewy i szumowiny
– mówi "Naszemu Dziennikowi" Kurczab-Redlich.
I konkluduje: – Tym samym wszystko, co uważamy za prawdę historyczną, przez
Kirianowa uważane jest za plewy i szumowiny.
Głos Kremla w Warszawie
"Rosyjski Kurier Warszawski" ukazuje się w Polsce od 3 grudnia 1991 roku. To
wtedy – jak barwnie opowiada Kirianow – z pierwszym nakładem swojej gazety udał
się na Stadion Dziesięciolecia, a dokładniej na Jarmark Europa, by tam
rozprowadzić go wśród Rosjan i obywateli byłego Związku Sowieckiego, na początku
lat 90. bardzo chętnie przyjeżdżających do Polski.
Jako obywatel obcego państwa Kirianow nie miał prawa być redaktorem naczelnym
polskiego pisma. O specjalną zgodę musiał się ubiegać u ministra spraw
zagranicznych, którym wówczas był Krzysztof Skubiszewski. Pożądane pozwolenie
otrzymał. – Zarejestrowałem gazetę w sądzie, a do jej wydawania powołałem spółkę
RKW International, której prezesem została moja żona. Kapitał początkowy musiał
wynosić 1 tys. USD i ja tę kwotę znalazłem – mówi "Naszemu Dziennikowi".
"’Kurier’ był apolityczny i niezależny. Nikt go nie sponsorował i nikt się do
niego nie wtrącał, nikt nie pomagał, z wyjątkiem nielicznych dziennikarzy
rosyjskich akredytowanych w Polsce. Praca redakcji była całkowicie społeczna –
nikt nie otrzymywał żadnych honorariów. Dziennikarze pracowali nieodpłatnie,
mając jeden główny cel – pomagać wschodnim rodakom" – czytamy na stronie
internetowej "Rosyjskiego Kuriera Warszawskiego".
Powyższy opis można jednak traktować jako autorską kreację. – Rzeczywiście w tej
gazecie można znaleźć praktyczne informacje dla Rosjan przyjeżdżających do
Polski. Jednak ta pożyteczność miesza się z propagandą – stwierdził w rozmowie z
"Naszym Dziennikiem" prof. Włodzimierz Marciniak, sowietolog i rosjoznawca z
Polskiej Akademii Nauk.
Z informacji, które udało nam się zebrać, wynika, że na początku lat 90.
"Rosyjski Kurier Warszawski" zamieszczał informacje o Rosjanach, jakie ukazywały
się w polskiej prasie. I nie były to główne, największe tytuły, ale też lokalna
prasa ukazująca się w Opolu czy Przemyślu.
– Taki szeroki wybór tekstów o Rosjanach z pewnością przewyższał możliwości
niszowego pisma. Gdy to się czytało, można było odnieść wrażenie, że ma się
przed sobą biuletyn prasowy rosyjskiej ambasady – mówi nasz rozmówca, który z
racji pełnionej funkcji chce zachować anonimowość.
Zaprzecza temu Kirianow. – Nigdy nie dostaliśmy żadnych materiałów z ambasady,
owszem, czasami zapraszają kogoś z "Kuriera", to wtedy się idzie. Ale muszę
powiedzieć, że osobiście nie goszczę tam często – tłumaczy Rosjanin.
Profesor Marciniak w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" stwierdził krótko: – Celem
tej gazety jest rozpowszechnianie negatywnych stereotypów w relacjach
polsko-rosyjskich.
Gdy Kirianow 19 lat temu szedł na warszawski Jarmark Europa, żeby tam sprzedawać
pierwsze numery "Kuriera", nakład gazety wynosił 12,5 tysiąca egzemplarzy. Ile
wynosi obecnie? – Nie ma stałej liczby, raz jest więcej, innym razem mniej –
tłumaczy nam jego naczelny.
Na pytanie, kto finansuje "Rosyjski Kurier Warszawski", odpowiada krótko: "Ja".
Co to oznacza? – Spółka wydawnicza, w której 50 proc. mam ja, a drugie 50 proc.
moja żona – wyjaśnia Kirianow.
Rosyjska gwiazda polskich mediów
Sam Kirianow jest chętnie zapraszany przez polskie media. Wśród ekspertów
redaktor naczelny "Rosyjskiego Kuriera Warszawskiego" ma opinię człowieka
agresywnego, z którym nie za bardzo można dyskutować. – Nie chciałbym rozmawiać
o panu Kirianowie – ucina rozmowę z nami prof. Marciniak. Potwierdza jednak, że
spotykał się z Rosjaninem w telewizyjnym studiu i od pewnego momentu przy
zaproszeniu z telewizji pyta o pozostałych gości. Gdy słyszy nazwisko Kirianow,
to po prostu odmawia uczestnictwa w audycji, tak jak miało to miejsce w TVP Info.
Tym bardziej dziwi fakt, że Rosjanin jest tak częstym gościem polskich redakcji.
– Funkcjonowanie Kirianowa w polskich mediach to pójście na łatwiznę ze strony
dziennikarzy, którym nie chce się sprawdzić na stronie internetowej, kto jeszcze
z rosyjskich dziennikarzy jest akredytowany w Polsce. Kirianow nie zapewnia
merytorycznej debaty, tylko jałową kłótnię – mówi nam Kurczab-Redlich.
Co na to sam Kirianow? – Ja sam nigdzie się nie pcham, a jak mnie zapraszają, to
wtedy idę – tłumaczy.
Agentura wpływu
"Rosyjski Kurier Warszawski" szczyci się tym, że jest zawsze dostępny w
ambasadzie i konsulatach Rosji. Rozprowadzają go też najwięksi polscy
dystrybutorzy, jak RUCH czy EMPiK. Takie funkcjonowanie rosyjskojęzycznego
medium w Polsce dostrzegli też internauci w portalu Salon24.pl. "Swoją drogą to
fajne 'ucho’, i to już od 22 lat. Ciekawa jestem, co by się działo z takim
'uchem’, które mówiłoby (mieszkając w Rosji) podobnie o Rosjanach" – zastanawia
się blogerka podpisująca się jako Mariko2.
Nasi rozmówcy idą jeszcze dalej i niemal jednogłośnie działalność "Kuriera" i
Kirianowa nazywają zwykłą agenturą wpływu.
– Już raz mnie zapytali w studio panowie Morozowski i Sekielski [dziennikarze
TVN – przyp. red.], czy nie jestem agentem KGB – opowiada Rosjanin "Naszemu
Dziennikowi", dodając, że to były żarty, i autorzy programu "Prześwietlenie"
prosili o pytanie, czy oni też nie są agentami. – Nie jestem niczyim agentem,
nie jestem żadnym agentem wpływu, jestem dziennikarzem – kwituje.
Ekspert w dziedzinie służb specjalnych prof. Andrzej Zybertowicz wspomina
rozmowy na temat agentury wpływu prowadzone z funkcjonariuszami służb i
polskich, i obcych.
– Nie spotkałem się z przypadkiem, by na pytanie o agenturę wpływu doświadczony
funkcjonariusz żachnął się i mówił o jakimś spiskowym myśleniu. Ten problem
traktowany jest bardzo poważnie i – według mojej orientacji – w polskich
służbach są także funkcjonariusze, którzy to zagadnienie traktują poważnie –
mówi nam prof. Zybertowicz.
Arena szpiegowskich działań
– Obecna sytuacja Polski, konkretnie Warszawy, bardzo przypomina mi sytuację
Wiednia z połowy lat 50. Stolica Austrii była wówczas główną areną działań
szpiegowskich i wiele państw za pomocą służb próbowało realizować tam swoje
interesy. To samo, moim zdaniem, ma obecnie miejsce w Polsce i nie trzeba
dodawać, że dzieje się to ze szkodą dla interesów naszego kraju – mówi "Naszemu
Dziennikowi" były szef Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego Bogdan Święczkowski.
– Oczywiście wiąże mnie tajemnica, ale mogę powiedzieć, że gdy byłem szefem ABW,
podejmowaliśmy działania mające na celu neutralizowanie działalności tego
rodzaju agentury. Określaliśmy też kierunki zagrożenia ze strony obcych służb i
agentów wpływu – stwierdził Święczkowski.
– Agentura wpływu działa głównie w obrębie propagandy. Najprościej rzecz
ujmując, to służenie obcej sprawie poprzez kształtowanie opinii, np. o danym
kraju czy narodzie. Dzisiaj wystarczy założyć portal internetowy, by móc taką
agenturę uprawiać – tłumaczy w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" dr Tadeusz
Witkowski, znawca tematyki służb specjalnych, były pracownik Służby Kontrwywiadu
Wojskowego i członek Komisji Weryfikacyjnej WSI. Doktor Witkowski zastrzega, że
czasami trudno mówić o zasadności tego terminu, gdyż odnosi się on do
rzeczywistości trudnej do zweryfikowania. Koronnym dowodem jest dotarcie do
mocodawcy agenta wpływu i potwierdzenie, że za konkretne usługi otrzymuje
konkretną korzyść.
Dziedzina energetyki jest niewątpliwie najbardziej narażona na wpływy
agenturalne. Chodzi o źródła paliw płynnych, kopalnych, linie przesyłowe,
gazociągi, ropociągi i wszystkie firmy działające w tych branżach. W dalszej
kolejności zagrożenie to dotyczy strategicznych polskich firm i szeroko
pojmowanej administracji publicznej. To ABW i kontrwywiad wojskowy mają
obowiązek przeciwdziałania zagrożeniu ze strony agentury wpływu.
– W tych sprawach obowiązuje duża dyskrecja. Upublicznianie informacji, że daną
firmą czy instytucją zajmują się służby specjalne pod kątem agentury wpływu,
zwyczajnie niweczy wysiłek tych służb – mówi poseł PiS Jarosław Zieliński,
członek sejmowej Komisji ds. Służb Specjalnych.
Jak zaznacza nasz informator ze środowiska służb, chcący zachować anonimowość,
zagrożeniem dla Polski nie jest tylko kierunek wschodni. Państwa NATO nie mogą
prowadzić w Polsce oficjalnej działalności wywiadowczej. Naiwnością jest jednak
sądzić, że nie podejmują działań w ramach szeroko rozumianej agentury wpływu.
Nasi rozmówcy są zgodni nie tylko w tym, że działalność Kirianowa można określić
mianem agentury wpływu, ale też w tym, że "Rosyjski Kurier Warszawski" i jego
szef nie są w tym obszarze najgroźniejsi. Kto jest groźniejszy? Na przykład
Gazprom fundujący stypendia studentom Uniwersytetu Warszawskiego.
Mariusz Majewski
