Pacyfikacja CBA
Z Mariuszem Kamińskim, twórcą i pierwszym szefem Centralnego Biura
Antykorupcyjnego, rozmawia Agnieszka Żurek
W Międzynarodowy Dzień Walki z Korupcją wysłał Pan pismo do prokuratora
generalnego Andrzeja Seremeta z listą siedmiu śledztw prowadzonych przez
Centralne Biuro Antykorupcyjne – pomimo zgromadzonych dowodów utknęły one w
martwym punkcie.
– Istnieje szereg śledztw o bardzo poważnym ciężarze gatunkowym, znanych mi z
czasów, kiedy byłem jeszcze szefem CBA, w których przewijają się nazwiska
polityków rządzącego ugrupowania, policjantów pełniących ważne funkcje
publiczne, przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości. CBA pod moim kierownictwem
zebrało w tych sprawach szereg dowodów świadczących o ich przestępczej
działalności. Mimo że upłynął ponad rok, żadnej z osób, których dotyczyły
śledztwa, nie zostały jeszcze postawione zarzuty. Nie mam oczywiście wiedzy, na
jakim etapie znajdują się te sprawy, natomiast upływ czasu i brak zewnętrznych
efektów zaniepokoił mnie na tyle, że zdecydowałem, iż muszę przekazać Andrzejowi
Seremetowi taką informację. Być może nie ma on wiedzy na temat tego, że takie
śledztwa są w ogóle prowadzone i że może coś dziwnego dzieje się w tych
sprawach. Jeśli natomiast ma taką wiedzę i toleruje to, to chcę przekazać
prokuratorom, ale także wysokim funkcjonariuszom rządzącym obecnie policją i CBA,
że ja żadnej z tych spraw nie odpuszczę. Nie pozwolę, aby sprawy, które są mi
znane, w których przewijały się nazwiska ludzi władzy, były zmanipulowane, nie
pozwolę, żeby prowadzone śledztwa były zamiatane pod dywan. Prędzej czy później
ci ludzie zostaną rozliczeni.
Jakie narzędzia wykorzysta Pan w tej walce o sprawiedliwość?
– Oni nie mogą czuć się bezkarni i lekceważyć prawa. Ja nie zapewnię im tego
komfortu. Obecnie nie mam jeszcze odpowiedzi od prokuratora generalnego, mówiąc
szczerze – nie spodziewam się wiele, biorąc pod uwagę półroczną już jego
działalność i brak zmian kadrowych na stanowiskach kierowniczych w prokuraturze.
Wysokie funkcje pełnią tam ludzie powołani w dużej mierze przez Platformę
Obywatelską, większość z nich utrzymała swoje stanowiska i doskonale funkcjonuje
pod rządami obecnego prokuratora generalnego. Jestem więc raczej pesymistycznie
nastawiony do otrzymania rzetelnej odpowiedzi na moje pismo. Wiem, że dotarło
ono do prokuratora generalnego. Mówił publicznie o tym, że wie, iż takie pismo
wpłynęło i czeka już na niego w jego gabinecie. Ja z kolei czekam na reakcję z
jego strony i od tego uzależniam dalsze kroki. W najgorszej sytuacji – za rok
mamy wybory parlamentarne – wierzę, że obecny obóz rządzący dalej rządzić nie
będzie i że do tych wszystkich spraw wrócimy. Trzeba to zrobić w imię prostej
zasady, mówiącej o tym, że nikt nie stoi ponad prawem – niezależnie od tego, jak
wysoką pełni obecnie funkcję. W życiu publicznym i w wymiarze sprawiedliwości
musi obowiązywać zasada, że jeśli ktoś łamał prawo, jeśli współpracował z
przestępcami, to musi ponieść wszelkie konsekwencje, niezależnie od jego
umocowań politycznych i formalnych w chwili obecnej.
Jeśli zatem Andrzej Seremet nie zareaguje na Pana list, to będzie
współodpowiedzialny za zahamowanie walki z korupcją.
– Chciałbym, żeby prokurator generalny poczuł się osobiście, a nie tylko
symbolicznie, odpowiedzialny za konkretne śledztwa, bo prokuratura to są
przecież konkretne sprawy, za które prokurator generalny musi ponosić
odpowiedzialność. Chciałem wprost pokazać Andrzejowi Seremetowi trudne sprawy i
od jego reakcji będę też uzależniał swoją opinię na jego temat – czy chce
rzetelnie pracować i wykonywać obowiązki na rzecz państwa, czy jest tylko
człowiekiem, któremu zamarzyła się interesująca i prestiżowa funkcja, a tak
naprawdę za jego nazwiskiem stoją układy, które w prokuraturze nie powinny być
tolerowane.
Ile czasu na reakcję daje Pan Andrzejowi Seremetowi?
– Myślę, że do końca roku kalendarzowego. Teraz nadchodzi okres świąteczny,
będę zatem cierpliwie czekał.
Wystosował Pan także list otwarty do premiera Donalda Tuska. Czy otrzymał
Pan na niego odpowiedź?
– Równo rok po odwołaniu mnie z funkcji szefa CBA, tj. 13 października tego
roku, skierowałem do Donalda Tuska list, w którym zarzuciłem mu wprost
zastopowanie walki z korupcją w naszym kraju. Nie doczekałem się żadnej
odpowiedzi. W liście tym postawiłem premierowi cały szereg zarzutów, zaczynając
od tego, co wydarzyło się w Sejmie w sprawie afery hazardowej, to znaczy
sparaliżowania przez posłów Platformy Obywatelskiej prac komisji śledczej, a
kończąc na sytuacji w CBA, czyli w służbie, która powinna być taranem do walki z
korupcją w naszym kraju. Opisałem, w jaki sposób została spacyfikowana ta
instytucja, stając się karykaturą samej siebie.
Obecny rząd bardziej zajmuje się jednak badaniem legalności Pana działań
jako szefa CBA niż obecną sytuacją w tej instytucji.
– Odniosłem się także do swojej osobistej sytuacji, kiedy z naruszeniem prawa
odwołano mnie z funkcji, stawiając zarzuty. Wszczęto szereg śledztw, w których
jestem przesłuchiwany. Praktycznie cały poprzedni rok spędziłem w prokuraturach
w całym kraju, zeznając na okoliczność swoich rzekomych zbrodni. Mimo że śledztw
było chyba kilkadziesiąt, postawiono mi zarzuty tylko w jednym, tym, które dało
pretekst do odwołania mnie z funkcji. Dla mnie jest oczywiste, że postawienie mi
zarzutów było zemstą za wykrycie afery hazardowej w szeregach PO. Złamano przy
tym zasady prawa i przyzwoitości, aby za wszelką cenę uniemożliwić mi dalsze
kierowanie CBA. Wspomniałem w liście o działaniach ABW, które stosowano zarówno
wobec mnie, jak i moich współpracowników.
Odebrał Pan te działania jako zastraszanie?
– Z jednej strony były próby zastraszenia, a z drugiej – kupienia mnie.
Proszę sobie wyobrazić, że zostałem dwukrotnie zwolniony z CBA. Po raz pierwszy
w październiku 2009 r., gdy Tusk pod wpływem strachu przed wyjaśnieniem afery
hazardowej zwolnił mnie z naruszeniem prawa z pełnionej funkcji. Po raz drugi
zostałem zwolniony we wrześniu tego roku, o czym dowiedziałem się z mediów.
Przez prawie rok utrzymywano fikcję, że w dalszym ciągu jestem funkcjonariuszem,
który w domu czeka pod telefonem na wyznaczenie mu zadań. Na początku przysyłali
mi nawet pieniądze, ale je odsyłałem, za każdym razem stwierdzając, że
funkcjonariuszem nie jestem i pieniądze mi się nie należą. Po kilku miesiącach
pieniądze przestały przychodzić. Wysłali mi też pismo zakazujące publicznych
wypowiedzi. Pewnie taki był cel utrzymania mnie w CBA jako fikcyjnego
funkcjonariusza. Celu tego nie byli w stanie osiągnąć i we wrześniu tego roku
zwolnili mnie po raz drugi. Myślę, że chciano mnie złamać moralnie. Pokazać, że
jak nagle pojawią się na moim koncie naprawdę duże pieniądze, to mimo moich
wcześniejszych deklaracji dam się skusić. Wtedy na przykład mogliby powiedzieć:
"patrzcie, ile warte są słowa i honor Kamińskiego". Uznałem, że jest to
niegodziwe co do intencji, a także że byłoby czymś niestosownym, gdybym – mimo
że mogłem te pieniądze legalnie przejąć – wykorzystał je na prywatne potrzeby.
Całą tę kwotę, czyli około 130 tysięcy złotych, przekazałem na Caritas Polska,
zaznaczając, że są to pieniądze dla powodzian. Moment był ważny, zbliżała się
zima, a ten rząd po raz kolejny pokazał, iż interesuje się problemem, dopóki są
kamery, a gdy po kilku dniach kamery znikają, to znaczy, że znika dla nich
problem. Jest zima, a wielu ludzi dotkniętych klęską powodzi nie było w ogóle w
stanie odbudować swojej egzystencji. Jestem głęboko przekonany, że Caritas
dobrze spożytkuje te pieniądze. Dostałem bardzo miłe podziękowania od Caritas i
wierzę, że realnie te pieniądze pomogły iluś rodzinom podnieść się przed zimą z
tragedii, jaka ich dotknęła.
Jak ocenia Pan obecną sytuację w CBA?
– Po odwołaniu mnie z funkcji rok temu, w październiku ubiegłego roku,
powołano nowe kierownictwo, które dobrało sobie kadry. Doprowadziło to do
odejścia z instytucji większości funkcjonariuszy pełniących funkcje kierownicze
w pionach operacyjno-śledczych. Byli to bardzo doświadczeni, wielokrotnie
nagradzani – również w poprzednich służbach – policjanci i funkcjonariusze służb
specjalnych. Wszyscy zostali zmuszeni do odejścia. W ich miejsce według klucza
czysto towarzyskiego są powoływani nowi ludzie. W większości są oni w wieku
mocno emerytalnym, w swoich życiorysach, które były zamieszczane na stronach CBA,
chwalili się, że od dwudziestu paru czy trzydziestu lat pracują w policji,
podczas gdy wiadomo, że policja funkcjonuje dopiero od 20 lat. Są to zatem w
większości ludzie, którzy przystępowali do pracy w służbach mundurowych w latach
80. w Milicji Obywatelskiej, którzy nawet wstydzą się tego, podkreślając swoją
rzekomą wieloletnią pracę w policji, ale jest oczywiste, że nie była to policja,
lecz milicja. Można zatem powiedzieć, iż obecnie uznano za najbardziej
wiarygodne i najskuteczniejsze w walce z korupcją środowisko z milicyjnym
doświadczeniem z lat 80.
Tusk po raz kolejny dał szansę młodym, ambitnym, wykształconym…
– Sytuacja w CBA przez ostatni rok pod rządami obecnego kierownictwa
wyglądała tak, że jeśli już dochodziło do jakichś zatrzymań, to w większości
były to odpryski naszych spraw, które prowadziliśmy wcześniej. Ci, którzy
przyszli po nas, kończyli tylko jakieś boczne wątki. W ostatnim okresie, po tych
moich listach, kierownictwo CBA medialnie trochę się zaktywizowało, ale są to
działania pozorowane. Obecnie na czele tej służby stoi grupa ludzi pozbawionych
jakichkolwiek ambicji zawodowych. Ich jedyną ambicją jest to, że przyznali sobie
30-procentowe dodatki do pensji, które są składnikiem emerytury mundurowej, i z
bardzo dobrymi emeryturami będą odchodzili ze służby. Niektórzy z nich nie
ukrywają, że nawet jeśli zmieni się rząd, to i tak będą mieli bardzo wysokie
emerytury i wysoką wysługę lat, i że jest to ich główna motywacja przejścia do
CBA.
Skąd rekrutują się obecni pracownicy CBA?
– Z policji, ale zdarzają
się także przypadki ściągania ludzi, którzy od lat są na emeryturze. Koledzy, z
którymi kiedyś miło spędzało się czas na imprezach towarzyskich, dają im znać,
że oto pojawiła się okazja wzięcia sporych pieniędzy. Jedynym wyjątkiem w
kierownictwie CBA jest jeden z zastępców szefa – Maciej Klepacz. Jest to
osobisty przyjaciel Pawła Grasia ze studiów, wieloletni funkcjonariusz ABW. Graś
ściągnął Klepacza najpierw do kancelarii premiera jako swojego doradcę.
Przedstawił mi go wówczas jako swojego przyjaciela jeszcze z czasów studenckich,
do którego ma pełne zaufanie. Ten człowiek wylądował ponad pół roku temu w CBA
jako nowy zastępca Wojtunika. W CBA PO ma zatem swojego człowieka, politycznie
umocowanego.
Co może Pan powiedzieć na temat obecnego szefa CBA Pawła Wojtunika?
– To jest człowiek, który będzie salutował każdej aktualnej władzy, który
nigdy nie wejdzie w żaden spór z aktualnie rządzącymi, będzie wykonywał ślepo
polecenia. Będzie twierdził: "Walczymy z korupcją, ale korupcji na szczytach
władzy już nie ma". Oczywiście będzie zajmował się drobnymi sprawami, być może
skarci kogoś w jakimś samorządzie, ale nie dotknie żadnej sprawy dotyczącej
korupcji najwyższych władz państwa. Charakterystyczne było to, że kilku
funkcjonariuszy CBA, którzy dobrze go znali z czasów wspólnej pracy w CBŚ, jak
tylko dowiedziało się, że to on będzie moim następcą, natychmiast złożyło
wnioski o odejście ze służby. Mówili, że za dobrze go znają. Nie mieli żadnych
złudzeń co do tego, co będzie się teraz działo w CBA. Wojtunik to janczar, który
wykona każde polecenie i nie będzie miał żadnych skrupułów moralnych.
To znaczy, że CBA staje się w gruncie rzeczy swoją antytezą.
– Można tak powiedzieć. Pamiętać należy natomiast, że jest tam bardzo wielu
funkcjonariuszy, świetnych ludzi, którzy czekają na swój czas, i myślę, że się
doczekają i będą mogli znowu działać, będą mogli naprawdę znowu walczyć z
korupcją.
Czy mogą teraz normalnie pracować?
– Trzeba pamiętać, że CBA jest służbą zhierarchizowaną, jeśli więc całkowicie
wymiata się kadrę dowódczą, a na dole zostają bardzo porządni ludzie, to są oni
bezradni, nie mają instrumentów do działania. Rozpoczęcie działań zależy od
akceptacji przełożonych na podjęcie kolejnych kroków. Bardzo łatwo więc
wyhamować wszelką aktywność na wczesnym etapie. Tak naprawdę tej pracy jest tam
teraz niewiele i ci ludzie są już zmęczeni i zniechęceni tym, że nie daje się im
pracować. CBA pod rządami Wojtunika będzie służbą, w której papierach panuje
wzorowy porządek, w której każdy przecinek jest poprawiany, ale w której tak
naprawdę pozoruje się pracę, a nie zajmuje się poważnymi sprawami. Jest to de
facto wspieranie korupcji, jeżeli mamy do czynienia z sytuacją, kiedy
funkcjonariusz przychodzi do szefa i przynosi temat, który może rozwinąć się w
dużą sprawę, a szef mu mówi, że tym nie warto się zajmować.
Niedawno minęła kolejna rocznica wprowadzenia stanu wojennego. Akcję
przychodzenia w nocy z 12 na 13 grudnia przed willę Wojciecha Jaruzelskiego
zainicjował Pan w 1993 roku, a więc w wolnej – jak się wydawało – Polsce.
– Wtedy komuniści doszli ponownie do władzy, niestety w wyniku
demokratycznych wyborów. Uznaliśmy – głównie w gronie przyjaciół z dawnego NZS,
że klimat polityczny, który się wytworzył, doprowadzi do sytuacji, iż mordercy
pozostaną bezkarni, a ofiary reżimu komunistycznego – całkowicie zapomniane.
Uznaliśmy, że musimy w mocny sposób zareagować, aby nie dopuścić do tego, by
doszło do takiej sytuacji. Postanowiliśmy zademonstrować swój sprzeciw wobec
tego, co się zaczęło dziać w naszym kraju. Z jednej strony uznaliśmy, że musimy
przypominać, kim jest Jaruzelski, że jest to człowiek, który ma krew na rękach,
z drugiej strony cały czas musimy pamiętać o tych najczęściej anonimowych
ludziach, którzy zginęli w stanie wojennym, o prostych robotnikach, którzy mieli
odwagę demonstrować swój sprzeciw wobec dyktatury komunistycznej, za co ponieśli
najwyższą ofiarę. Stąd tradycja manifestacji przed domem Jaruzelskiego,
tradycja, która się utrzymała – co roku przychodzą ludzie, często nowi.
W tym roku tych ludzi było więcej niż w latach ostatnich, powodem tego są
próby politycznej rehabilitacji Jaruzelskiego.
– Czymś szczególnie haniebnym jest to, że odbywa się to dodatkowo w
kontekście przyjazdu do Polski obecnego prezydenta Rosji, a Jaruzelski występuje
w roli eksperta od relacji polsko-rosyjskich. Człowiek, który był wasalem Rosji,
który w imieniu Rosji sowieckiej administrował – bo tak naprawdę on przecież nie
rządził – PRL, nagle w wolnej Polsce jest jednym z ważniejszych ekspertów do
spraw rosyjskich zapraszanych przez obecnego prezydenta. Jest to sytuacja
całkowicie niedopuszczalna politycznie i moralnie. W tym roku udział w
manifestacji przed domem Jaruzelskiego był także po części protestem przeciwko
tej decyzji Komorowskiego.
Dziękuję za rozmowę.
