Rosjanie nie mogą dyktować, co powinien robić generał Błasik
Z Ewą Błasik, żoną generała Andrzeja Błasika, dowódcy Sił Powietrznych RP,
który zginął w katastrofie rządowego samolotu nieopodal Katynia, rozmawia Piotr
Czartoryski-Sziler
Dowództwo Sił Powietrznych po prawie ośmiu miesiącach, w odpowiedzi na
pytania "Naszego Dziennika" uznało, że czymś haniebnym jest wysuwanie
jakichkolwiek oskarżeń pod adresem załogi Tu-154M i Pani męża o świadome
spowodowanie katastrofy.
– Muszę przyznać, że bardzo ucieszył mnie fakt, że po tak długim czasie
Dowództwo Sił Powietrznych pod wodzą pana generała broni pilota Lecha
Majewskiego przerwało milczenie i solidaryzuje się na łamach "Naszego Dziennika"
z oskarżaną załogą i moim mężem. Szkoda tylko, że wtedy, kiedy była największa
medialna nagonka na mojego męża, gdy pojawiały się raniące mnie i moją rodzinę –
niemalże takim samym ciosem jak śmierć męża – artykuły zarówno w prasie
rosyjskiej ("Izwiestija" – "Śmiertelnym lądowaniem dowodził dowódca Sił
Powietrznych Polski") czy polskiej ("Super Express" – "Mój syn nie zabił
Prezydenta!"), pan generał Majewski nie zadzwonił do mnie ani też nie sprzeciwił
się tym bezpodstawnym oskarżeniom. A przecież bardzo dobrze znał mojego męża i
domyślam się, że nigdy nie przypuszczał, że mógł on siedzieć za sterami tupolewa
czy wydać rozkaz lądowania. Pan, Panie Generale Majewski jest po śmierci mojego
męża najważniejszym generałem i pilotem w Siłach Powietrznych i szczególnie od
Pana oczekiwałam wsparcia.
Jednak w obronie dobrego imienia Pani męża zabierało głos wiele osób, w tym
zawodowych pilotów.
– Oczywiście, jest to dla mnie niezmiernie ważne. Bardzo dziękuję redakcji
"Naszego Dziennika", że od dłuższego czasu staje w obronie honoru mojego męża,
że w sposób profesjonalny, bez okrutnej manipulacji przeprowadza wywiady z
merytorycznie kompetentnymi osobami. Z całą pewnością jest to dobra droga do
prawdy, do zrozumienia tego, co realnie mogło dziać się 10 kwietnia na pokładzie
samolotu Tu-154M. Czuję wsparcie wśród pokolenia mojego męża i środowiska
wspaniałych młodych pilotów z F-16 i herculesów, którzy są przyszłością naszej
Ojczyzny. Mam wspaniały kontakt z ich żonami, wiem, że są ze mną. Chociaż
publicznie w obronie mojego męża nie stanął ani Sztab Generalny, ani nie
uczyniło tego Ministerstwo Obrony Narodowej, to muszę przyznać, że w tych
okrutnych dla nas chwilach, osobiście dzwonił i wspierał mnie duchowo minister
obrony narodowej Bogdan Klich. W stałym kontakcie telefonicznym ze mną i z moim
teściem był również zastępca Szefa Sztabu Generalnego pan generał broni
Mieczysław Stachowiak.
Czego oczekuje Pani dziś od Dowództwa Sił Powietrznych?
– Z tego, co wyczytałam w "Naszym Dzienniku" w artykule "Generał Majewski o
hańbie linczu na pilotach" z 3 grudnia 2010 r., dowództwo kontynuuje program
osłonowy rodzin żołnierzy, którzy ponieśli śmierć w czasie wykonywania
obowiązków służbowych, wprowadzony przez mojego męża. Myślę jednak, że z tymi
wiązankami kwiatów, o których mowa w tekście, które składa się przed pomnikiem
męża, to przesada. Przynajmniej na grobie mojego męża nikt do tej pory nie
widział żadnego kwiatka z Dowództwa Sił Powietrznych. Wprawdzie nie o kwiaty, a
o pamięć tu chodzi, dlatego też w imieniu mojego generała składam podziękowania
panu generałowi Majewskiemu, że osobiście przed uroczystością Wszystkich
Świętych zapalił znicz na jego grobie. Wiem też, że stojąc na Powązkach,
powiedział, iż teraz będą robili wszystko, aby takich katastrof już więcej nie
było. Mimo że zdaję sobie sprawę, iż – jak mówił były minister obrony narodowej
Janusz Onyszkiewicz – wojsko to nie klub dyskusyjny, to mimo wszystko dla dobra
przyszłych pokoleń Sił Powietrznych zamierzam zapytać szczególnie generałów z
pokolenia pana generała Majewskiego, byłych szefów Sztabu Generalnego,
ministrów, a przede wszystkim parlamentarzystów, co robili przez ponad 21 lat w
wolnej Polsce, żeby przyszłe pokolenia lotników już nigdy więcej nie musiały
zdobywać doświadczenia pisanego krwią? Dlaczego mój mąż, jako najmłodszy w
historii Polski dowódca Sił Powietrznych, zebrał razem z panem ministrem obrony
narodowej Bogdanem Klichem tak krwawe żniwo w postaci tylu katastrof lotniczych?
Jak Pani odebrała nominację generała Majewskiego na dowódcę Sił Powietrznych?
– Doskonale wiemy, że bez spojrzenia w przeszłość nie da się stworzyć dobrej
przyszłości. Myślę, że to właśnie miał w zamyśle obecnie urzędujący pan
prezydent Komorowski, powołując na stanowisko dowódcy Sił Powietrznych tak
"doświadczonego" i starszego wiekiem generała broni Lecha Majewskiego. Całe
polskie lotnictwo miało nadzieję, że nie wrócą już złe czasy, a dobre rzeczy,
które wprowadził do Polskich Sił Powietrznych mój mąż, będą kontynuowane.
Tymczasem każdy wie, że w tej chwili do dowództwa Sił Powietrznych wróciło to,
co już nie powinno wrócić, bo było złe. Ubolewam nad tym, że obecnie w
dowództwie prawą ręką nowego dowódcy Sił Powietrznych jest szef Oddziału
Wychowawczego Dowództwa Sił Powietrznych. Nie znam życiorysu tego pana, ale tok
jego myślenia i działania z całą pewnością przypomina postępowanie tzw.
betonowych oficerów politycznych z epoki Edwarda Gierka. Wróciło więc stare do
dowództwa, bo pan generał Majewski obstawia się lojalnymi, ale niekompetentnymi
i niereformowalnymi pułkownikami.
30 listopada br. odeszło do cywila wielu świetnie wyszkolonych pilotów. Nie
chcieli pracować z generałem Majewskim?
– Nie pamiętam, żeby którykolwiek z dowódców z taką precyzją wymieniał kadrę.
Boli mnie serce, gdy patrzę, że odchodzą z Sił Powietrznych tak wspaniali
piloci, jak płk pil. Wojciech Stępień, który był niemalże prawą ręką mojego
męża. Pułkownik wspaniale sprawdzał się zarówno w Polsce, jak i Stanach
Zjednoczonych, był językowo bardzo kompetentny, a Amerykanie darzyli go wielkim
szacunkiem. Jestem więc zaniepokojona tym, że znowu odchodzą z wojska tak
doświadczeni i otwarci ludzie, ze światłym umysłem. To właśnie tacy piloci z
nowego pokolenia powinni nas w tej chwili reprezentować, gdy jesteśmy w NATO.
Mundur Pani męża został w końcu wniesiony do Sali Tradycji Dowództwa Sił
Powietrznych…
– Tak, niezmiernie się cieszę, że w wyniku artykułów, w których zabieram głos,
25 listopada w Sali Tradycji Dowództwa Sił Powietrznych został utworzony kącik
pamięci ofiar katastrofy smoleńskiej i że w gablocie stoi również mundur mojego
męża. Cieszę się, że te artykuły pomogły, by tak się stało. W tej chwili jest
tak, jak być powinno. Oczywiście nie mam zamiaru poprzez redakcję "Naszego
Dziennika" załatwiać spraw, które dawno powinniśmy załatwić między sobą, ale na
pewno te artykuły były potrzebne. Nadal wierzę, że rodzina lotnicza jest tak
hermetyczną grupą, że powinniśmy zawsze się wspierać i być razem, szczególnie w
chwilach tragicznych. Cieszę się, że w końcu Dowództwo Sił Powietrznych
zrozumiało, jak powinno postępować. W mojej ostatniej rozmowie telefonicznej z
generałem Majewskim powiedziałam mu, żebyśmy się nawzajem szanowali. W tej
chwili jestem tylko wdową po generale, ale mój mąż był naprawdę bardzo znaczącym
dowódcą, więc jakiś szacunek po jego śmierci mi się należy. Mam też nadzieję, że
zaproszenie mojego męża na pokład Tu-154M, które dostał od pana prezydenta, a o
które proszę już od kilku miesięcy Dowództwo Sił Powietrznych, zostanie mi w
końcu doręczone. Niestety, do tej pory dowództwo nie chce mi go wydać, nawet
kopii, a zależy mi, by mieć je w swoim archiwum.
Liczy Pani na to, że Dowództwo Sił Powietrznych odbuduje autorytet Pani męża?
– Myślę, że zarówno pan generał Majewski, jak i obecni panowie na wysokich
stanowiskach wiedzą już, że tylko drogą wzajemnego szacunku można budować naszą
przyszłość. Mam wrażenie, że dowództwo w tej chwili stara się odbudowywać
autorytet mojego męża, że zrozumiało, iż nie może milczeć jak do tej pory. Po
rozmowie z panem generałem Majewskim odniosłam wrażenie, że zrozumiał moje
intencje, że będąc szczera i otwarta, pragnę tylko jednego – prawdy i żeby nie
robiono krzywdy tym ludziom, którzy już nie żyją i sami nie mogą się bronić. Mam
wszelkie dowody na to i ludzi, którzy jeszcze żyją i mogą potwierdzić, jak
trudno było mojemu mężowi, a jednocześnie jak wspaniałym był człowiekiem i nie
zasługuje na to, co zrobili z niego żądni sensacji dziennikarze.
Wiele stacji telewizyjnych i tytułów prasowych zabiega od dawna o rozmowę z
Panią. Dlaczego Pani odmawia?
– Zaufałam "Naszemu Dziennikowi", bo broni honoru generała Błasika. Tu nawet nie
chodzi tak naprawdę o mojego męża, ale o honor polskiego lotnika. Do innych tego
zaufania nie mam. Podam prosty przykład. Odmówiłam wywiadu dziennikarce TVN24,
która zajmuje się tą katastrofą, bo na podstawowe pytanie – dlaczego TVN24
rzucił mojego męża wszystkim na pożarcie, kierując pod jego adresem bezpodstawne
oskarżenia, ta z rozbrajającą szczerością odparła wprost, że zasugerowali im to
Rosjanie. To jest nie do pomyślenia. To Rosjanie będą nam mówić, co mógł robić i
w jak trudnej roli na pokładzie tego samolotu był mój mąż? Mam wrażenie, że
część polskich dziennikarzy służy nie dobru naszej Ojczyzny, tylko wschodnim
sąsiadom.
Jak odebrała Pani oficjalny komunikat polskiej prokuratury, że nie ma
podstaw, by sądzić, że Pani mąż siedział za sterami tupolewa?
– Na pewno z ulgą, ale skoro o tym wiedzieli, mogli to powiedzieć wcześniej.
Nigdy nawet przez myśl nie przeszło zarówno mi, rodzinie i wszystkim, którzy
znali mojego męża – mam tu na myśli prawdziwych lotników, a nie tzw. ekspertów,
którzy chcieli wmówić nam, że gen. Błasik jest winny katastrofy – że mój mąż
może odpowiadać za tę tragedię. Ci "eksperci", którzy tak twierdzili, mieli po
katastrofie swoje pięć minut i chcieli chyba tylko stać się medialnie
rozpoznawalni. Stanowisko prokuratury jest dla mnie potwierdzeniem tego, o czym
my wszyscy, znający męża, wiemy.
To znaczy?
– Bezpieczeństwo było dla niego najwyższą wartością, to był jego priorytet,
właściwie od kiedy znalazł się w lotnictwie. Zawsze przecież podkreślał, że
zaufanie w lotnictwie to jest podstawa, bo inaczej nie może ono funkcjonować.
Mój mąż zawsze bronił załogi i zakładając nawet, że znalazł się w kokpicie
Tu-154M, to tylko dlatego, by ją wspierać i ewentualnie potem bronić przed panem
prezydentem. Jeżeli był w kabinie, to czekał, na to, jaką decyzję podejmie
dowódca załogi. Czy w ogóle będą lądować, czy wracają do Warszawy, czy lecą na
zapasowe lotnisko. Jestem pewna, że tak było i nikt mi tutaj niczego innego nie
wmówi, chyba że coś zostanie zmanipulowane, bo podkreślam, że ja absolutnie nie
mam zaufania do Rosjan. Rosjanie, układając scenariusz po tej katastrofie, nie
wzięli pod uwagę typu osobowości Dowódcy Sił Powietrznych; generał Błasik był
przeciwieństwem tych wszystkich twardogłowych, prosowieckich generałów.
To poczucie odpowiedzialności spotęgowane było wcześniejszymi katastrofami w
Siłach Powietrznych?
– Oczywiście. Jeszcze raz podkreślę, jeżeli generał Błasik w ogóle był w tym
kokpicie, to na pewno tylko po to, aby wziąć odpowiedzialność na siebie za
załogę w przypadku, kiedy dowódca załogi, kapitan Protasiuk, zdecydowałby, że
nie ma możliwości lądowania w Smoleńsku. Broniłby jej i na pewno nie pozwoliłby
na to, by ktokolwiek chciał karać pilota za odmowę lądowania. Mój mąż nigdy się
nie bał, poza tym był w bardzo dobrych relacjach z prezydentem. Pan prezydent RP
Lech Kaczyński miał pełne zaufanie do niego. Po głośnym locie do Gruzji mój mąż
powiedział do niego: "Panie Prezydencie, dowódca załogi zrobił wszystko, co było
możliwe dla bezpieczeństwa Pana Prezydenta i wszystkich na pokładzie". Pan
prezydent odparł wtedy: "Panie Generale, dla mnie jest to wystarczająca
rekomendacja i ja nic do załogi, do pilota nie mam". Z podobną stanowczością
zachowałby się na pewno mój mąż, gdyby kpt. Protasiuk odmówił lądowania w
Smoleńsku. Wypowiadane więc z taką łatwością przez "ekspertów" słowa, że
naciskał na pilotów, dla mnie są haniebnymi oszczerstwami. Haniebne bowiem i nie
do pomyślenia jest dla mnie to, że nie mając żadnych na to dowodów, mogą
publicznie mówić podobne rzeczy. Wiem, że Tu-154M na pewno wylądowałby bez
trudu, gdyby Rosjanie, ale też i nasze służby przygotowali się do tej wizyty, a
lot był zabezpieczony właściwie.
Dziękuję za rozmowę.
