Wybory będą jesienią i wygra je PiS
Z Ryszardem Czarneckim, posłem PiS do Parlamentu Europejskiego (Europejscy
Konserwatyści i Reformatorzy), rozmawia Maciej Walaszczyk
Wybory samorządowe tworzą nową geografię polityczną, czy mamy jednak do
czynienia w utrzymaniem dotychczasowego podziału wpływów?
– Powiem wprost: "nihil novi sub sole", ta łacińska maksyma "nic nowego pod
słońcem" dobrze oddaje krajobraz polityczny po wyborach samorządowych. W
praktyce jedyną niespodzianką było trzecie miejsce PSL i zepchnięcie z podium
lewicy, co pokazało SLD właściwe miejsce w szeregu. Przypomnijmy, że partia ta
jeszcze niedawno głosiła, że to ona, a nie PiS będzie główną partią opozycyjną.
Szczególnie po wyborach prezydenckich i względnym sukcesie Grzegorza
Napieralskiego…
– Dlatego dziś osiągnięty przez SLD wynik wyborczy osłabia jego marzenie o
potencjalnej koalicji z Platformą po wyborach parlamentarnych. Poza tym wynik
PSL nie może być jakimś wielkim zaskoczeniem, bo przypomnijmy, że w poprzednich
wyborach ludowcy osiągnęli 14 procent. Teraz zanotowali pewien przyrost
poparcia, ale to wszystko dzieje się w granicach pewnej przewidywalności. Pięć
lat temu w wyborach prezydenckich Jarosław Kalinowski miał 2 proc., po czym rok
później wspomniane 14 procent. Podobnie w tym roku Waldemar Pawlak osiągnął
niespełna 2 proc. głosów w wyborach prezydenckich, ale już kilka miesięcy
później 16 proc. w wyborach samorządowych. Dlatego można się spodziewać, że w
kolejnych wyborach parlamentarnych, które odbędą się za rok, ludowcy będą
walczyli o przekroczenie progu wyborczego. Na pewno jednak nie powtórzą
osiągniętego przez siebie wyniku z wyborów do sejmików wojewódzkich.
Jak na tym tle ocenia Pan wynik PiS?
– Dla mnie ważne jest przede wszystkim to, że mimo olbrzymiej akcji medialnej
przed I turą wyborów samorządowych Prawa i Sprawiedliwości nie udało się
zatopić.
23 proc. to chyba porażka?
– Gdyby nie sterowana ewidentnie z zewnątrz akcja rozłamowa ugrupowania, które
już dziś szyderczo jest nazywane "Posada Jest Najważniejsza", to z całą
pewnością wynik ten byłby znacznie lepszy. Nie wiem, czy wygralibyśmy z
Platformą, ale ostateczny rezultat oscylowałby wokół remisu. A wtedy na pewno
PiS rządziłoby dziś samodzielnie w sejmiku podkarpackim, a współrządzilibyśmy w
Małopolsce i na Lubelszczyźnie, a być może jeszcze w dwóch innych sejmikach.
Mając na uwadze kaliber dział, jakie przeciwko PiS wytoczono, i propagandę
nienawiści sączoną przeciw partii i samemu Jarosławowi Kaczyńskiemu w mediach,
ten wynik byłby na pewno lepszy.
Kto, Pana zdaniem, steruje z zewnątrz poczynaniami Kluzik-Rostkowskiej,
Poncyljusza?
– Jeden z bardzo znanych polskich dziennikarzy nieznoszących PiS pozwolił sobie
ostatnio na żart, że sztab wyborczy ugrupowania PJN mieści się w TVN 24. To
pokazuje, że są w Polsce olbrzymie siły medialne i polityczne – głównie
Platforma Obywatelska, które są zainteresowane zniszczeniem Prawa i
Sprawiedliwości.
Ludwik Dorn po głosowaniu nad zawieszeniem finansowania partii politycznych,
w którym za tym pomysłem opowiedziały się Platforma i PJN, zauważył, że w Sejmie
rodzi się nowy układ sił. Klub PJN stał się, wraz z drobnicą sejmową przychylną
PO, zastępczym koalicjantem względem PSL.
– Taki układ może funkcjonować, ale tylko do najbliższych wyborów
parlamentarnych, które – wbrew plotkom – odbędą się jednak nie wiosną, ale
jesienią przyszłego roku. Donaldowi Tuskowi i jego ekipie bardzo zależy na tym,
by w czasie polskiej prezydencji w UE grzać się w świetle jupiterów i kamer
telewizyjnych. Rząd nie ma sukcesów w gospodarce czy w obszarze służby zdrowia,
więc zamiast tego musi pokazać, jak kanclerz Angela Merkel głaszcze Donalda
Tuska, a prezydent Nicolas Sarkozy poklepuje go po ramieniu.
Ale czy PJN może zastąpić PSL w koalicji? Jak pamiętamy, ludowcy wychodzili z
koalicji na jakiś czas przed wyborami.
– To może być jedynie tymczasowa sytuacja, ale nie stały element sceny
politycznej. PJN nie ma żadnych szans na przekroczenie progu wyborczego za rok.
Dlaczego? Jak sam Pan podkreśla, media starają się wykreować PiS light?
– Prawicowy wyborca nigdy nie zapomni tego, że genezą powstania tego ugrupowania
były spotkania z posłem Januszem Palikotem. Człowiekiem, który nienawidzi
wartości ważnych dla prawicy i Kościoła. A sama inicjatywa rozłamowców, choć
werbalnie czasem krytykuje rządy Platformy, to jednak wspólnie z nią głosuje. To
bardzo charakterystyczne dla partii określanych mianem "łże opozycji". To
opozycja pozorna, która gdy głosuje, zdaje się patrzeć na to, co robi
przewodniczący Klubu Parlamentarnego PO. Jednak za rok ugrupowanie to nie
znajdzie się w Sejmie, a może co najwyżej pomarzyć o przekroczeniu
3-procentowego progu wyborczego gwarantującego finansowanie partii z budżetu
państwa. Jednocześnie PSL stara się pokazać potencjalnemu zwycięzcy w
przyszłorocznych wyborach parlamentarnych – będzie nim Prawo i Sprawiedliwość –
swoją zdolność koalicyjną. Odbieramy wiele sygnałów, że PSL bliżej do Jarosława
Kaczyńskiego niż do Tuska i Rostowskiego.
W części sejmików wojewódzkich może nastąpić jednak odwrócenie sojuszy i
zawiązywanie przez działaczy PSL koalicji z PiS?
– Doświadczenie uczy, że w wielu sejmikach, jeszcze podczas trwania kadencji,
następowało "resetowanie" dotychczasowych koalicji, w miejsce których tworzono
zupełnie nowe. Było tak choćby w Małopolsce, na Śląsku, w Lubelskiem i
Lubuskiem. Bardzo zatem prawdopodobne, że będzie tak i tym razem. Jeśli nie po
tąpnięciu, które nastąpi już po wyborach parlamentarnych, to być może nawet
jeszcze przed nimi.
Na jakiej podstawie ocenia Pan, że PiS będzie za rok potencjalnym faworytem?
– PiS wyszło z wyborów samorządowych jako absolutnie najsilniejsza partia
opozycyjna. PiS to na chwilę obecną opozycja realna, a nie fikcyjna, a za taką
uważam wspomnianą już inicjatywę Polska Jest Najważniejsza. Dlatego w momencie
pewnego naturalnego zmęczenia Platformą, gdy sytuacja gospodarcza będzie
kompletnie inna, niż przedstawia to propaganda rządowo-partyjna, może nastąpić
proces zniechęcenia wyborców PO i rezygnacja z głosowania w ogóle. Część z nich
też może przepłynąć do PiS. To ważne, bo w sytuacji absencji wyborczej
dotychczasowych zwolenników PO stanowiącej wyraz niezadowolenia ze
nieskuteczności działań rządu, oraz przy jednoczesnej mobilizacji zwolenników
PiS, może się okazać, że zwycięzcą będzie właśnie Prawo i Sprawiedliwość. A
wtedy przejęcie rządów jest realne.
Przewiduje Pan taki scenariusz nawet w sytuacji, gdy te silne i niechętne PiS
media, które oskarża Pan o osłabienie partii przed ostatnimi wyborami do
samorządów, wspólnym blokiem będą wspierać rząd?
– Gdy propaganda będzie się coraz bardziej drastycznie rozmijała z
rzeczywistością, konkretami i faktami, gdy widoczne i coraz bardziej odczuwalne
będą podwyżki cen, cięcia w budżetówce, gdy będzie narastał deficyt finansów
publicznych i dług, a także kryzys w strefie euro, do której przecież Donald
Tusk chciał nas wprowadzać już w 2011 roku, to sytuacja takiego kontrastu między
tym, co słyszą w telewizji, a rzeczywistością zrodzi nową sytuację. Wtedy może
nastąpić późne, bo późne, ale pokazanie przez wyborców Platformie czerwonej
kartki.
Dziękuję za rozmowę.
