Nie usprawiedliwiajmy in vitro miłością

Jeśli poseł Jarosław Gowin twierdzi, że istnieje zasadnicza różnica między
in vitro a aborcją, to należy wskazać, że aborcja jako metoda pozbywania się
niechcianych dzieci staje się częścią in vitro. Co więcej, jest nieuchronnie
wpisana w tę metodę. Dlatego brak akceptacji Kościoła katolickiego dla tej
metody jest po prostu nieunikniony.

Po pierwsze, należy odpowiedzieć sobie na pytanie, czym jest aborcja. W skrócie
można powiedzieć, że jest spowodowaniem śmierci dziecka przed jego narodzinami.
Wątpiących odsyłam do wyjaśnień Stolicy Apostolskiej, które można znaleźć także
na stronie internetowej Watykanu. Wprost mówi się tam o ekskomunice w kanonach
1398 i 1401 Kodeksu Prawa Kanonicznego, które dotyczą spowodowania śmierci
każdego dziecka przed jego narodzinami, niezależnie od miejsca, czasu i sposobu
tego dokonania. Innymi słowy, nie ma znaczenia, czy dziecko jest eliminowane z
łona matki, czy z szalki Petriego. Jeśli uznajemy, że mamy do czynienia z
człowiekiem, a przecież nie jest to hipopotam (!), tylko byt ludzki, i nie ma
znaczenia, czy ma 2, 16, czy 100 komórek, to przerwanie jego życia jest
równoznaczne ze spowodowaniem śmierci, a więc – zgodnie z definicją – aborcją!
Drugi problem to relacja do procedury in vitro. Co prawda w wyniku sztucznego
zapłodnienia nie powoduje się wprost śmierci dziecka, tylko powołuje się je do
istnienia, ale jest to zdanie prawdziwe wyłącznie w odniesieniu do jednego
dziecka. Tymczasem w rzeczywistości niemal nigdy nie postępuje się w ten sposób.
Proponowane przez Jarosława Gowina (Jarosław Gowin, "Aborcja – zło i
nieszczęścieŇ, "RzeczpospolitaŇ, 30.11.2010) rozwiązanie ograniczające liczbę
powoływanych do życia dzieci wydaje mi się – w świetle mojej wiedzy bioetycznej
– mało realistyczne, natomiast niebezpieczne prawnie. Przyzwolenie na in vitro w
jakiejkolwiek formie oznaczać będzie przyzwolenie w ogóle, a więc otworzy pole
do poszerzenia metod i dróg jego stosowania. Tak było w Wielkiej Brytanii, w
innych krajach. Nie ma żadnej gwarancji, że tak się nie stanie również w Polsce.
W bioetyce jest to zjawisko często opisywane – nazywa się je równią pochyłą.
Trzeba zdawać sobie sprawę, że w praktyce klinicznej, dla osiągnięcia większej
efektywności, stosuje się procedury, poprzez które najpierw wywołuje się
multiowulację kobiety, następnie zapładnia się wszystkie pobrane komórki jajowe,
część powołanych w ten sposób do istnienia dzieci zamraża się, a reszcie (około
5) pozwala się rozwijać. Spośród nich wybiera się te, które dają szansę możliwie
najlepszego rozwoju. Oznacza to, że pozostawione dzieci umierają, na skutek
arbitralnych decyzji lekarza, jako te, które uznano za niewarte dalszego życia.
Dodatkowo w trakcie procedury zamrażania mniej więcej połowa tych dzieci także
umiera. A zatem umierają one wskutek bezpośredniego działania człowieka. Jeśli
nawet intencją człowieka nie jest spowodowanie śmierci, to natura takiego
ludzkiego działania jest taka, że tę śmierć powoduje. Sama intencja, że nie chce
się kogoś zabić, nie jest wystarczająca, jeśli działanie samo w sobie stwarza
śmiertelne zagrożenie. Innymi słowy, jeśli np. zrzucam kogoś z balkonu z 10.
piętra, to nawet jeśli nie chciałem spowodować jego śmierci, nie mogę zakładać,
że z całą pewnością ta osoba przeżyje. Co więcej, jest wysoce prawdopodobne, że
zginie. Jeśli więc technik-laborant dokonuje zamrożenia człowieka w jego
wczesnej fazie rozwoju, to nie może zakładać, że każdy człowiek przeżyje, skoro
wie, że statystycznie 50 proc. tych zamrożonych dzieci ginie! To wszystko
oznacza, że zgodnie z przyjętymi procedurami in vitro (w każdej formie),
stosowanymi i w Polsce, i na świecie, aborcja, czyli spowodowanie śmierci
dziecka w najwcześniejszej fazie jego rozwoju, jest nieuchronnie wpisana w tę
metodę. W dodatku w przypadku ciąży mnogiej, czyli wszczepienia matce większej
liczby dzieci w stadium embrionalnym, jeśli któreś z nich wykazuje wady
rozwojowe lub genetyczne, lekarze zwykle zalecają i przeprowadzają aborcję
selektywną. Jeśli więc poseł Jarosław Gowin twierdzi, że jest zasadnicza różnica
między in vitro a aborcją, to dostrzegając tę różnicę, trzeba pamiętać o tym, że
jako metoda pozbywania się niechcianych dzieci aborcja staje się częścią
procedur zapłodnienia pozaustrojowego. Dlatego rozstrzygnięcie Kościoła
katolickiego dotyczące braku akceptacji tej metody jest po prostu nieuniknione.

Pragnę dziecka jak rzeczy
Sprawa "pragnienia dziecka" przywoływana przez adwokatów zapłodnienia
pozaustrojowego jest niewątpliwie ważna, tym bardziej że jest czymś naturalnym i
dobrym. Ale należy postawić pytanie, czy możemy dążyć do posiadania dziecka za
wszelką cenę. Odpowiedź brzmi: "Nie!". Po pierwsze bowiem, nie wszystko, co jest
technicznie wykonalne, jest moralnie godziwe. Po drugie, sam fakt, że czegoś
chcę, wcale nie oznacza, że chcę tego dobrze. Ponadto bywa, że dla tych, którzy
stosują in vitro, choć nie tylko dla nich, to, iż dziecko jest chciane, wcale
nie musi oznaczać, że jest kochane. Pragnienie posiadania dziecka wcale nie
oznacza, że jest ono chciane dla niego samego.
Często się zdarza, i dotyczy to także małżeństw, które poczynają dzieci w sposób
naturalny, że chcą oni potomstwo nie ze względu na jego dobro, ale ze względu na
chęć jakiegoś spełnienia osobowego jego rodziców. W ten sposób zgodnie z
powiedzeniem, że mężczyzną jest ten, który "zbudował dom, posadził drzewo i
spłodził syna", mężczyzna potrzebuje dziecka do zaspokojenia swojego pragnienia
udowodnienia własnej męskości, a kobieta – swego głodu macierzyństwa. To dobre
pragnienia, ale jeśli nabierają egoistycznego charakteru, oznaczają
uprzedmiotowienie dziecka, które staje się środkiem do celu, a nie celem samym w
sobie. Tacy rodzice nie troszczą się już o swoje dzieci dla ich dobra, ale po
to, by móc się nimi pochwalić. Wykorzystując swoją przewagę, narzucają dziecku
własną wizję jego przyszłości, twierdząc, iż wiedzą, co dla niego jest dobre.
Jednocześnie jednak nie pozwalają mu na odczytanie powołania, na rozwój jego
zdolności, i dyktują warunki, na jakich ma się rozwijać. Czasem prowadzi to do
dramatycznych sytuacji, w wyniku których dziecko tak naprawdę nigdy nie jest w
stanie całkowicie dojrzeć, bo rodzice mu na to nie pozwalają. Dlatego dyskusja
wokół pytania, czy można zgodzić się na in vitro, bo rodzice pragną posiadać
dziecko, tak naprawdę pokazuje, że jest to pytanie o naturę naszego ludzkiego
"chcenia" – czy chcemy dziecko dla jego dobra i przyjmiemy je zawsze, każde,
niezależnie od wszystkiego, czy też chcemy dziecko konkretne, na określonych
warunkach, i mające cechy, których byśmy sobie życzyli.
I tu się z panem posłem Gowinem zgodzę – istotą sporu jest pytanie, czy mamy do
czynienia z podmiotem, któremu winniśmy bezwzględny szacunek, czy też chodzi nam
o prawo do realizacji własnej wolności, bez oglądania się na kogokolwiek. Z czym
się nie zgodzę, to rzekomy brak fundamentalnego rozstrzygnięcia. Najpierw musi
być uszanowany człowiek, gdyż inaczej nie ma żadnej racji, która powstrzymałaby
nas przed wzajemnym wyniszczeniem.
Proszę zwrócić uwagę, że w procedurze in vitro, jeśli okaże się, że dziecko
rozwija się nieprawidłowo, to ponieważ jest ono "wyprodukowane" w "warsztacie
technicznym" laboratorium medycznego, rodzi się bardzo silna pokusa, by je zabić
i dać szansę rozwoju innemu. Tę prawidłowość potwierdza doświadczenie ponad 30
lat stosowania procedury in vitro na świecie. Dochodziło też już do sytuacji, w
których dziecko było "zamawiane" według określonych specyfikacji, np. że ma być
dziewczynką, głuchoniemą, o takim, a nie innym wyglądzie. W efekcie w
laboratoriach dokonywano wielu prób, by uzyskać "właściwe" wyniki. Dlatego samo
pragnienie posiadania dziecka nie usprawiedliwia starań o potomstwo, w tym także
poprzez procedury in vitro.
Z drugiej strony, ponieważ pragnienie potomstwa jest dobre, a niektórzy rodzice
nie mogą mieć dzieci, należy przede wszystkim przeprowadzić dobrą diagnostykę i
terapię. Obecnie na świecie, a także w Polsce, coraz bardziej dynamicznie
rozwija się część ginekologii zwana naprotechnologią, polegająca na dogłębnej
diagnostyce, a następnie próbie terapii, dającej dość duże szanse powodzenia,
statystycznie przekraczające 50 procent. Oznacza to, że ponad połowa z tych, u
których rozpoznano niepłodność, ma szansę nie tylko począć dziecko, ale też
urodzić je w terminie i pozostać płodnymi, jeśli rozeznają, że chcą mieć więcej
potomstwa. Będzie to już sprawa ich współdziałania z Panem Bogiem. Jest rzeczą
zdumiewającą, że naprotechnologia, metoda oferująca nowoczesną, zintegrowaną,
ustandaryzowaną metodę wszechstronnej diagnostyki i terapii ginekologicznej,
jest przedmiotem niewybrednych ataków środowisk popierających in vitro. Wygląda
to tak, jakby środowiskom tym nie chodziło o zdrowie prokreacyjne kobiet. A
jeśli nie chodzi o zdrowie, warto zapytać, o co.

Precyzja języka a antropologia
Na koniec chcę się odnieść do dwóch kwestii szczegółowych, poruszonych przez
Pana Posła. Po pierwsze – kwestia języka. Język jest środkiem wzajemnej
komunikacji, ale też jest rzeczywistością, poprzez którą tworzymy świat.
Stosowanie języka zdepersonalizowanego, technicznego, jakkolwiek pozwala na
ogromną precyzję, tworzy swoistą "mgłę", która terminologią techniczną
przesłania nam człowieczeństwo tych, o których rozmawiamy. Ma zatem znaczenie,
czy mówimy o dzieciach jako o ludziach, czy też używamy terminów ogólnych,
odnoszących się do wszystkich zwierząt. Zarodkiem, embrionem czy płodem może być
każde zwierzę. Mówiąc natomiast o dziecku, wskazujemy z jednej strony na
człowieczeństwo tego, kto rozwija się w łonie swej matki, z drugiej zaś
uwypuklamy łączącą ich relację. Co do precyzji języka… Cóż, nic nie stoi na
przeszkodzie, by w razie potrzeby powiedzieć o młodym człowieku: dziecko w
embrionalnej fazie swego rozwoju, co też kilkakrotnie uczyniłem w ramach
niniejszej wypowiedzi.
Druga kwestia, którą chciałbym poruszyć, odnosi się do miłości małżeńskiej i
wpływu, jaki ma na nią procedura sztucznego zapłodnienia. Miłość nie ogranicza
się do uczucia bliskości i fascynacji, ale nade wszystko oznacza całkowity,
wyłączny, pełny i płodny dar z siebie małżonków. Sztuczne zapłodnienie narusza
tę strukturę, oddzielając płodność od aktu małżeńskiego. Tym samym narusza
godność aktu małżeńskiego, godność małżonków i dziecka, które zostaje poczęte de
facto poza małżeństwem. Dlatego o ile pomoc terapeutyczna dla cierpiących z
powodu niepłodności małżonków jest rzeczą dobrą i pożądaną, o tyle działania
zastępujące ich w kwestii prokreacji już nie. To niewątpliwie dalszy ciąg
fundamentalnego sporu antropologicznego, którego inną częścią jest pytanie o
naturę, status i godność dopiero co poczętego dziecka.

Ks. dr Piotr Kieniewicz MIC

 

drukuj