Bizantyjski sen?

Śpimy podobno spokojnie, chociaż mamy gigantyczne długi finansowe, liczone
w miliardach dolarów i codziennie potężnie rosnące. Skoro jednak jest to dług
"publiczny", to pewnie z tego powodu nie przeżywamy napięcia znanego wszystkim,
którzy muszą spłacać jakieś zaciągnięte przez siebie kredyty. Tutaj stosujemy
zasady logiki, ekonomii i etyki, a widać, że w sprawach państwa stosujemy inne –
dialektyki heglowsko-marksistowskiej, astrologii i higieny. Mniemamy zatem, że
problemy "publicznego" długu rozwiążą się same (bo "muszą" się rozwiązać), w
jakiejś syntezie tezy i antytezy; mocą układu sił kosmosu i zmarszczenia brwi
przez komisarzy UE.

Według zaś zasad higieny spłatę każdej złotówki należy złożyć na barki
najuboższych, bo jest ich najwięcej i są przyzwyczajeni do dźwigania biedy. Nie
to co bogaci, którzy strzelają sobie w głowę już na widok ostatniego miliona w
banku. Takie zadomowione u nas myślenie, dzięki któremu śpimy spokojnie,
wskazuje, że daleko odeszliśmy od cywilizacji łacińskiej i przynajmniej
częściowo ugrzęźliśmy w cywilizacji nazywanej bizantyjską, posługując się
pojęciami Feliksa Konecznego. Kiedy umierał cesarz Justynian Wielki (13 XI 565
r.) – jak twierdzą świadkowie tych wydarzeń – obywatele cesarstwa powszechnie
ogromnie się ucieszyli, ponieważ uwolnili się od gigantycznego okradania przez
władzę. Chociaż cesarz w życiu prywatnym podobno starał się być gorliwym
chrześcijaninem, to jednak sferę życia państwowego traktował już według innych,
pozachrześcijańskich, czyli poniżejludzkich kategorii. Łupił zatem bez litości
wszystkich, aby tylko zapełnić państwową kasę, a później z niej nieustannie
wyjmować i bezsensownie wydawać. Niezdolność do spłacenia wszystkich
niezliczonych podatków uważana była za największą zbrodnię i urzędnicy państwowi
mieli nawet spod ziemi wyciągnąć schowanego przez poddanych obola. Świadczą o
tym wyzysku obywateli niezliczone zapisy w słynnym Kodeksie Justyniana – części
gigantycznego zbioru praw rzymskich, zgromadzonego, uporządkowanego i
uzupełnionego z nakazu cesarza, jedynego niewątpliwie pozytywnego dla ludzkości
przedsięwzięcia tego władcy. Nawet prawo małżeńskie Justyniana świadczy o
stosowaniu przez niego poniżejludzkich kryteriów oceny wobec poddanych.
Wprawdzie podobno był on przeciwnikiem rozwodów, to jednak zezwalał na nie
również w takiej sytuacji, kiedy żona brała udział w spisku przeciwko cesarzowi
albo nie poinformowała o takim spisku. Dopuszczony został rozwód również wtedy,
kiedy żona przebywała wbrew woli męża poza domem. W Kodeksie Justyniana mamy
także inne przykłady swoistego umiłowania cnoty sprawiedliwości przez cesarza,
bo wprowadził nową karę dla kobiet (później i dla mężczyzn): zamknięcie w
klasztorze. To posługiwanie się przeciwstawnymi miarami dla oceny działań
indywidualnych i państwowych stanowi sedno cywilizacji bizantyjskiej, czy też
barbarzyńskiej, posługując się bardziej szerokim pojęciem starożytnych Greków.
Barbarzyńcy – wyjaśniał Arystoteles w "Polityce" – wszystkie czy też niektóre
dziedziny ludzkiego życia wyłączają z wymagań właściwych istotom rozumnym, czyli
najpierw wymaganiu rozpoznania prawdy i uzgodnienia czynów z tym rozpoznaniem.
Co jakiś czas, a nawet bardzo często, powinniśmy sobie stawiać pytanie, czy nie
ulegamy wpływom cywilizacji bizantyjskiej. Czasami i w jakimś zakresie nam się
to zdarzało w ważnych chwilach dziejowych. Takiej diagnozy dokonał Adam
Mickiewicz w "Panu Tadeuszu", dziele powstałym tuż po klęsce Powstania
Listopadowego. O czym mógł wtedy rozmyślać nasz narodowy wieszcz "na paryskim
bruku"? Jego dzieło przedstawia całą paletę polskich charakterów, gorszych i
lepszych; jest zdrajca, lekkomyślni krzykacze i pieniacze, ale i cały zastęp
narodowych bohaterów oraz prawdziwych patriotów. Wśród tych ostatnich delikatną
kreską wyłoniona została na sam szczyt postać Macieja Dobrzyńskiego, dawnego
konfederata barskiego. Ów "człek mądrego i pewnego zdania" nie tylko radził
zaniechać swary z Soplicą, ale na fali powszechnego zaczadzenia wiarą w pomoc
Napoleona i Francuzów zachował dystans i zdolność trafnej oceny wydarzeń.
Publicznie został jednak zbesztany przez generała Dąbrowskiego, iż jest jakby
"nierad z przybycia naszego", bo: "Milczysz kwaśny? i jakże, serce ci nie
skacze,/ Gdy widzisz orły złote, srebrne? gdy trębacze/ Pobudkę Kościuszkowską
trąbią ci nad uchem?/ Maćku! myśliłem, że ty większym jesteś zuchem".
Zastosowane przez Macieja kryteria dla oceny wydarzeń historycznych wpisują się
jednak w samo sedno cywilizacji łacińskiej, czyli respektowania przez władzę
elementarnych zasad moralnych w sprawowaniu władzy. Czegoż powinni oczekiwać
Polacy od cesarza, który – jak odpowiedział Maciej – ruszył na Moskwę, ale
"daleka to droga,/ Jeśli Cesarz Jegomość wybrał się bez Boga!"? Na te
arcyrozumne słowa jednak "młodzież zaczęła szemrać", a trwające długo problemy
Mickiewicza z rozejściem się tylko trzech tysięcy egzemplarzy arcydzieła zdają
się wskazywać, że ta diagnoza "polskiego problemu" zderzyła się z jakąś
bizantyjską mentalnością, przypisującą władzy ponadboskie uprawnienia do
działania poza dobrem i złem. Nasz spokojny, ale nierozumny sen z miliardami
długów świadczy o tym, że znów liczymy na jakieś mrzonki.

Marek Czachorowski

drukuj