Rosjanie grają na zwłokę

Z Ryszardem Czarneckim, posłem Prawa i Sprawiedliwości do Parlamentu
Europejskiego (Europejscy Konserwatyści i Reformatorzy), rozmawia Marta Ziarnik

Które kwestie związane z obstrukcją śledztwa smoleńskiego, Pana zdaniem, są
kluczowe i w pierwszej kolejności wymagają poruszenia podczas tego wysłuchania
publicznego?

– Trzeba najpierw przedstawić faktografię, bo opinia publiczna Zachodu, poza
tym, że 10 kwietnia wydarzyła się tragiczna dla Polski katastrofa, niewiele wie
o samym śledztwie i nie zdaje sobie sprawy, że ewidentnie strona rosyjska gra na
zwłokę. Trzeba to pokazać w szerszym kontekście relacji Polska – Rosja, a więc
także Unia Europejska – Rosja, bo musimy w tych relacjach wykorzystać fakt
naszego członkostwa w Unii Europejskiej.

Czy posłowie PE interesują się tą sprawą?
– Część tak, zwłaszcza z krajów bałtyckich czy szerzej – z naszego regionu
Europy. Także niektórzy politycy brytyjscy, holenderscy, włoscy czy szwedzcy.
Ale przecież ta konferencja jest po to, aby trafić do tych, którzy się tym nie
interesują i którzy o tym kompletnie nic nie wiedzą.

Sądzi Pan, że problem stał się bardziej widzialny przez unijne instytucje po
piśmie mecenasa Stefana Hambury do Komisji Europejskiej (o sprawie "Nasz
Dziennik" informował 15 października br.)?

– Niestety, ten fakt nie został specjalnie nagłośniony. Eurodeputowani, co
zrozumiałe, bardziej reagują na to, co dzieje się na ich podwórku. Chodzi mi o
moje dwa pytania do Komisji Europejskiej oraz wystąpienie na forum PE sprzed
kilku tygodni. To oczywiste, że zainteresowanie danym tematem, w tym wypadku
śledztwem smoleńskim, powinni pobudzać w instytucjach europejskich sami
deputowani. Jeśli tego nie uczynimy, dopuścimy się swoistego "grzechu
zaniechania".

Nie boi się Pan pustych ław w trakcie wysłuchania?
– Na pewno public hearing spotka się z niemym odzewem. Ale aby miało ono większe
znaczenie, trzeba maksymalnie nagłośnić fakt, że je organizujemy, oraz zaprosić
nie tylko europosłów, lecz także przedstawicieli Komisji Europejskiej, Rady Unii
Europejskiej oraz dyplomatów z wielu krajów, w tym oczywiście z Rosji.

Może podobna inicjatywa przydałaby się także w polskim parlamencie? Na
przykład z udziałem deputowanych Dumy Państwowej Federacji Rosyjskiej? Zwłaszcza
że komisję Macierewicza już na starcie zaszufladkowano jako gremium partyjne.

– Należy podziękować posłom i senatorom zaangażowanym w prace tego zespołu i
jednocześnie wyrazić zdziwienie, że większość parlamentarna nie wykorzystała
faktu jego istnienia jako instrumentu presji politycznej na stronę rosyjską. Tak
samo jak koalicja rządowa i jej zaplecze w parlamencie koncentruje się na
działaniach rosyjskiego MAK. A w ogóle nie odnosi się do powołanej przez
prezydenta Dmitrija Miedwiediewa zaraz po tragedii specjalnej komisji (pytanie:
czy realnie pracującej), na czele której stanął przecież sam premier Władimir
Putin.

Jakie ścieżki interwencji w instytucjach i na forach światowych można jeszcze
wykorzystać, by przyczyny i okoliczności katastrofy zostały rzetelnie
wyjaśnione?

– Jestem realistą i twardo chodzę po ziemi. A więc nie liczę na to, aby rząd
premiera Donalda Tuska podjął tę sprawę na forum ONZ czy też Rady UE. Możemy
więc liczyć wyłącznie na aktywność przedstawicieli polskiego parlamentu – myślę
tu głównie o posłach PiS – w organizacjach międzynarodowych, takich jak
Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy bądź też przedstawicielach polskiego
społeczeństwa w Parlamencie Europejskim. Na rząd bym nie liczył, bo cuda w
polityce się nie zdarzają. Zwłaszcza w polityce polskiej.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj