Widmo Wielkiej Eurazji
Współczesna batalia geopolityczna rozgrywa się na skalę globalną. Stratedzy
zachodu Europy i Rosji zmierzają do radykalnego odwrócenia układu sił w świecie.
Ich celem jest wyparcie Stanów Zjednoczonych z Eurazji, strategiczne partnerstwo
ze światem islamu i zdegradowanie roli Europy Środkowo-Wschodniej z Polską na
czele.
Z pewnym opóźnieniem polska opinia publiczna zapoznała się z artykułem znanego
rosyjskiego eksperta ds. polityki zagranicznej Siergieja Karaganowa, który
urzędowa "Rossijskaja Gazieta" opublikowała 9 lipca pod znamiennym tytułem
"Związek Europy i Rosji – ostatnia szansa?".
Autor stwierdza, że w ciągu ostatnich lat dwukrotnie pojawiła się szansa na
zbliżenie Europy i Rosji. Pierwsza, na początku lat 90. XX wieku, po wahaniach
została odrzucona przez Zachód. Druga wiąże się z prezydenturą Władimira Putina,
który na początku XXI wieku poważnie i realistycznie, zdaniem autora, starał się
zbliżyć Europę i Rosję. Zabrakło jednak strategicznego spojrzenia na to, do
czego obie strony powinny dążyć.
Sytuacja uległa pewnej zmianie w 2009 roku, kiedy to w listopadzie na szczycie
Rosja – UE rzucono hasło "Partnerstwo dla modernizacji". Karaganow obawia się
jednak, że i tym razem może się skończyć na pustosłowiu omijającym ważne dla obu
stron zadania o charakterze strategicznym, a przecież – jak stwierdza – "główny
interes jednoczący pozarosyjską Europę i Rosję leży w sferze geopolityki i
geoekonomii". Świadomość tego zaczynają przejawiać elity w Moskwie oraz w
stolicach "starej Europy". Rosji – pisze Karaganow – jeśli nie zjednoczy się z
Europą, grozi rola najpierw surowcowej, a potem i politycznej kolonii Chin.
Jeszcze gorzej rysują się geopolityczne perspektywy Europy. Jej dolegliwość
zdiagnozował jako "zmęczenie z powodu rozszerzenia". Wskutek rozszerzenia i
przyjęcia zasad wspólnej polityki zagranicznej osłabieniu uległa rola dużych
państw europejskich, a nie zwiększyła się rola Europy jako całości. "Bez
zjednoczenia Europy z Rosją w świecie przyszłości ton będą nadawać USA i Chiny.
Ale taki dwubiegunowy świat z ogromną liczbą nowych, konkurujących ze sobą
graczy będzie z definicji skrajnie niestabilny. 'Trójkąt’ USA, Chiny,
Zjednoczona Europa – mógłby uczynić go bardziej stabilnym" – stwierdza autor. Do
owej Zjednoczonej Europy mogłyby także przystąpić takie kraje, jak Turcja,
Ukraina, Kazachstan i inne.
Europa i Rosja razem
Przechodząc do konkretów, Karaganow stwierdza, że podstawą tworzenia
Zjednoczonej (z Rosją) Europy mógłby być krótki układ-deklaracja o utworzeniu
związku, do którego mogłyby przystąpić, w zależności od przygotowania, wszystkie
europejskie kraje. Natomiast pierwszym z istotnych kroków powinien być układ
dotyczący utworzenia "wspólnej przestrzeni strategicznej" polegającej na ścisłej
koordynacji polityk zagranicznych państw członkowskich. Karaganow twierdzi, że
ta idea jest już praktycznie realizowana. Podczas ostatniego czerwcowego szczytu
niemiecko-rosyjskiego kanclerz Angela Merkel zaproponowała prezydentowi
Miedwiediewowi rozpoczęcie regularnych, comiesięcznych spotkań ministrów spraw
zagranicznych Rosji i UE w celu koordynacji polityki zagranicznej. Prezydent
Rosji zgodził się z tą propozycją.
Drugim krokiem byłoby stworzenie wspólnej przestrzeni energetycznej w oparciu o
równoprawność stron w dostępie zarówno do złóż surowców energetycznych, jak i do
sieci przesyłowych (a więc zgoda Rosji na Kartę Energetyczną!).
Trzeci układ ustanawiałby wspólną przestrzeń gospodarczą i technologiczną ze
swobodą przepływu kapitałów, ludzi i towarów, czwarty dotyczyłby swobodnego
bezwizowego przemieszczania się obywateli.
Główną tezę Karaganowa o konieczności utworzenia dyrektoriatu USA, Chiny,
Zjednoczona Europa stara się opłotkami wprowadzić w dyskurs polityczny także
Joschka Fischer, były minister spraw zagranicznych RFN. Wolfgang Clement zaś,
były niemiecki minister gospodarki i pracy w rządzie Gerharda Schroedera, istotę
stosunków między Niemcami, UE a Rosją wyraził następująco: my zależymy jeden od
drugiego.
Także Francja stara się nie pozostawać na marginesie wydarzeń. 2 października
dziennik "La Croix" przyniósł informację o przygotowywanej inicjatywie
prezydenta Francji Nicolasa Sarkozy’ego. Pragnie on utworzenia "strefy
współpracy ekonomicznej i wspólnego bezpieczeństwa" między Europą i Rosją jako
płaszczyzny zbliżenia między nimi, ale bez angażowania w tę inicjatywę NATO.
Projekt ten Sarkozy chciał przedyskutować z prezydentem Rosji i kanclerz RFN
Angelą Merkel w trakcie trwającego spotkania w Deauville (18-19 października).
Inicjatywa ta budzi silną niechęć Waszyngtonu. Pewien wysokiej rangi polityk
amerykański cytowany przez "New York Times" stawia retoryczne pytanie: od kiedy
to bezpieczeństwo europejskie nie jest już kwestią, która interesuje Stany
Zjednoczone, a stanowi problem do rozwiązania między Europą a Rosją? I dodaje:
po 70 latach silnego zaangażowania amerykańskiego w problematykę bezpieczeństwa
europejskiego usłyszeć, że kwestia ta nie dotyczy już Ameryki, jest co najmniej
dziwne.
Oś Paryż – Berlin – Moskwa kontra USA
Przytoczone wyżej wypowiedzi nie są jednak niczym nowym i potwierdzają tendencję
geopolityczną nurtującą od dawna kręgi polityczne zachodu Europy i Rosji.
Tendencja ta zmierzała do radykalnego odwrócenia układu sił w świecie.
Istniejące w okresie zimnej wojny "współzawodnictwo amerykańsko-sowieckie – jak
pisał Zbigniew Brzeziński w "Planie gry" – ma wymiar globalny, ale jego
centralnym obiektem jest Eurazja – największy masyw lądowy, na którym żyje
większość ludności Ziemi i który posiada większość zasobów naturalnych świata".
Nagrodą dla zwycięzcy w tych zapasach miała być kontrola nad Eurazją.
Oczywiście, nie ma wątpliwości, komu przypadł laur zwycięstwa w tej trwającej
prawie pół wieku konfrontacji. Najgłośniejszy w tej chwili geopolityk rosyjski
Aleksander Dugin musiał przyznać, że "atlantyści [czyt. Amerykanie] wygrali
zimną wojnę". Z kolei francuski politolog i geopolityk Henri de Grossouvre
stwierdzał: "Od zakończenia zimnej wojny supremacja amerykańska jest niemal
całkowita". Po czym złowieszczo dodawał: "Potrwa ona nie dłużej niż 5 do 10
lat…". I chociaż nie mówił tego wprost, to jednak jasno sugerował, że nagroda
– czyli kontrola nad Eurazją, a tym samym supremacja nad całym światem – wymknie
się z rąk Amerykanów i trafi do rąk osi Paryż – Berlin – Moskwa, którą
uwidocznił w tytule swojej wydanej w 2002 roku książki.
Grossouvre przypomniał, że lansowana przez niego idea osi eurazjatyckiej ma już
ponadstuletnią tradycję. Jako jej pioniera wymienia Gabriela Hanotaux, ministra
spraw zagranicznych Francji w latach 1896-1898, który proponował związek
Francji, Niemiec i Rosji. Ten wielki sojusz kontynentalny miał posiadać nie
tylko polityczny, ale i gospodarczy charakter. Dla komunikacyjnej integracji
Eurazji planowano rozbudowę szlaków kolejowych: Paryż – Władywostok (a więc
przedłużenie linii transsyberyjskiej) oraz Berlin – Bagdad.
60 lat później powyższą ideę podejmie gen. Charles de Gaulle. Na konferencji
prasowej 29 marca 1949 roku wypowiedział następujące słowa: "Co do mnie, to
stwierdzam, że należy tworzyć Europę na bazie zgody między Francuzami a
Niemcami. Pewnego dnia Europa zostanie zbudowana na tej podstawie… wtedy
będzie się można zwrócić w stronę Rosji. Zatem, będzie można spróbować stworzyć
wielką Europę z udziałem również Rosji, jeśli zmieni ona swój ustrój. Oto
program prawdziwych Europejczyków. Oto mój program".
Jednak wśród orędowników rozwiązania eurazjatyckiego poczesne miejsce zajmuje
słynny geopolityk niemiecki Karl Haushofer, autor koncepcji "bloku
kontynentalnego", czyli osi Berlin – Moskwa – Tokio. W logikę "bloku
kontynentalnego" wpisany był pakt Ribbentrop – Mołotow i jego geopolityczne
konsekwencje, z których najważniejszą było – po rozbiorze Polski – stworzenie
bezpośredniej linii styku między III Rzeszą a Związkiem Sowieckim. Dlatego też,
po klęsce Polski, uniesiony tryumfem Haushofer pisał pod adresem Brytyjczyków:
"Niech gwaranci Polski wiedzą, że mają teraz do czynienia z ogromnym kontynentem
od Renu i Morza Północnego aż do Pacyfiku". Wybuch wojny niemiecko-sowieckiej 22
czerwca 1941 roku nie oznaczał jednak wcale porzucenia koncepcji "bloku
kontynentalnego", lecz jedynie korektę w jej realizacji. Hitler po prostu uznał,
że właściwszą drogą tworzenia wielkiego imperium eurazjatyckiego będzie podbój
Rosji, a nie porozumienie z nią.
W katalogu protagonistów osi eurazjatyckiej nie może zabraknąć również miejsca
dla belgijskiego geopolityka Jeana Thiriarta, który wytrwale w dekadzie lat
osiemdziesiątych XX wieku rozwijał koncepcję "Europy od Dublina do
Władywostoku", nawet pod postacią "imperium eurosowieckiego". Podniecała go
bowiem wizja stworzenia supermocarstwa obejmującego łącznie 800 milionów
mieszkańców, które równoważąc pod względem demograficznym Chiny, sięgnęłoby po
prymat polityczny w świecie, spychając w cień Stany Zjednoczone. Podobny rozmach
wykazał gen. Heinrich Jordis von Lohausen, występujący z programem "Europy od
Madrytu do Władywostoku", czy komunista Ernst Niekisch, deputowany do Izby
Ludowej NRD, który głosił hasło "Europa od Vlissingen do Władywostoku". Do
ojcostwa tej koncepcji przyznaje się także rosyjski geopolityk Aleksander Dugin,
pozostający zresztą pod tym względem pod wpływami Thiriarta. W wywiadzie dla
"Frondy" w 1998 roku powiedział: "Idea osi Moskwa – Berlin – Paryż jest wprost
zaczerpnięta z moich pism. Jeśli dodać do tego Tokio, to mamy do czynienia z
klasycznym elementem eurazjatyckiej koncepcji geopolitycznej".
Oferta dla Putina
W latach dziewięćdziesiątych mnożyły się wypowiedzi prominentnych polityków i
wojskowych nawołujących do konstruowania wielkiej eurazjatyckiej osi. Dla
przykładu, francuski minister spraw wewnętrznych Jean-Pierre Chevenement
oświadczył w maju 2000 roku: "Nie ma Europy europejskiej, nie ma Europy
niezależnej w świecie takim, jakim on jest, jeśli nie stworzy się osi Paryż –
Berlin – Moskwa, która jest osią niezależności europejskiej".
Najdalej jednak, zwłaszcza w dziedzinie konkretów, posunęli się na tej drodze
Niemcy. W ich działaniach widoczna jest ponadto tendencja do zmonopolizowania w
swoich rękach stosunków politycznych i gospodarczych z Rosją. Tendencji tej dał
wyraz kanclerz Schroeder w artykule pod znamiennym tytułem "Niemiecka polityka
rosyjska to polityka wschodnia UE (Deutsche Russlandpolitik – europeische
Ostpolitik)".
Zachodnioeuropejscy zwolennicy rozwiązania eurazjatyckiego nie ukrywali, że
wiążą swoje nadzieje z Władimirem Putinem. Bazują oni na tym, że – jak
stwierdzał Grossouvre – "Putin należy do tradycji proeuropejskiej, a w
szczególności proniemieckiej KGB, która już w epoce zimnej wojny chciała
nawiązania dialogu także z RFN". Trzeba przyznać, że wychodził on naprzeciw tym
oczekiwaniom. W przemówieniu wygłoszonym po niemiecku na forum Bundestagu 25
września 2001 roku Putin oświadczył: "Sądzę, że Europa w dłuższej perspektywie
będzie mogła cieszyć się sławą potężnego i niezależnego ośrodka polityki
światowej jedynie wówczas, jeśli połączy swe środki z rosyjskimi zasobami
ludzkimi, terytorialnymi i surowcowymi, jak również z potencjałem ekonomicznym,
kulturalnym i wojskowym Rosji". Deklaracja ta spotkała się z gorącą owacją
niemieckich deputowanych.
Zdaniem Grossouvre’a, we wszystkich kluczowych dla Europy Zachodniej kwestiach,
takich jak energia, aeronautyka i uzbrojenie, Rosja jest partnerem o
komplementarnych w stosunku do niej interesach. Szczególnie w kwestii energii:
"Jest bowiem w interesie Europy, aby nie była ona zależna wyłącznie od ropy
naftowej i gazu z Bliskiego Wschodu, obszaru niestabilnego politycznie i
kontrolowanego przez Amerykanów".
W zawoalowany sposób przedstawiany jest program polityczny osi Paryż – Berlin –
Moskwa. Deklarowanym celem jest zapobieżenie "zgubnym skutkom liberalnej
globalizacji", zachowanie niezależności Europy i stworzenie świata
wielobiegunowego. W równie zawoalowany sposób przedstawiana jest wypływająca z
imperialnych tęsknot propozycja podziału przestrzeni eurazjatyckiej na strefy
wpływów. Francja odgrywałaby więc "szczególną rolę geograficzną" na zachodzie i
południu Europy, Niemcy byłyby hegemonem w Mitteleuropie, Rosja posiadałaby
podobny status na obszarze dawnego ZSRS.
Eurazjatyckie zamiary obserwowane są z coraz bardziej rosnącą irytacją po
drugiej stronie Atlantyku. Jakiś czas temu Thomas L. Friedmann na łamach "New
York Times" napisał: "Najwyższy czas, aby Amerykanie zdali sobie sprawę: Francja
nie jest już tylko naszym irytującym sojusznikiem, Francja stała się naszym
nieprzyjacielem". Neokonserwatysta Michael Ledeen oświadczył zaś bez ogródek:
"Francja i Niemcy stały się strategicznymi przeciwnikami Stanów Zjednoczonych".
Globalna rozgrywka
Eurazjatycka oś demonstracyjnie objawiła się światu, kontestując amerykańską
akcję w Iraku. Zaczęła też budzić coraz poważniejsze, choć jeszcze nie
powszechne obawy kół amerykańskich. Nie wszyscy bowiem dostrzegają skalę
zagrożenia. Analityk John C. Hulsman stwierdzał, że łatwo jest zbagatelizować oś
Paryż – Berlin – Moskwa. Każdemu z jej uczestników, wziętemu z osobna, brakuje
czegoś, aby stać się wielkim mocarstwem: Rosji – rozwiniętej gospodarki, Niemcom
– realnej siły militarnej, Francji – surowców i silnej bazy przemysłowej.
Przestrzegał wszakże, że "wzięta razem francusko-niemiecko-rosyjska kombinacja
posiada atrybuty supermocarstwa zdolnego przeciwstawić się Stanom Zjednoczonym w
skali globalnej: z Francją sprawującą polityczne i ideologiczne przywództwo, z
Niemcami wnoszącymi potencjał gospodarczy i z Rosją wnoszącą swój potencjał
militarny".
W początkach września 2004 roku doszło wreszcie do pierwszego szczytu
eurazjatyckiego. W Soczi nad Morzem Czarnym spotkali się prezydenci Putin i
Chirac oraz kanclerz Schroeder. Ich spotkanie poprzedziły wydarzenia świadczące
o wyraźnym krzepnięciu eurazjatyckiej osi. W styczniu 2003 roku dwaj komisarze
Unii Europejskiej: Francuz Pascal Lamy i Niemiec Guenther Verheugen, wystąpili z
projektem utworzenia konfederacji francusko-niemieckiej. Henri de Grossouvre z
miejsca potraktował tę propozycję jako logiczny wniosek wypływający z jego
programu. W jednym z wywiadów, nawiązując do hucznie świętowanej po obu stronach
Renu 40. rocznicy traktatu elizejskiego, powiedział, że "byłoby na czasie
zrewidować ten układ i dążyć do stworzenia wspólnego niemiecko-francuskiego
związku państwowego, aby osiągnąć to, co generał de Gaulle proponował w 1949
roku: 'powinniśmy anulować traktat z Verdun z 842 roku, aby Frankowie zachodni
(Francuzi) i Frankowie wschodni (Niemcy) znowu się zjednoczyli’".
W Moskwie ideę "imperium franko-germańskiego" z entuzjazmem powitał Aleksander
Dugin. Stwierdził on także, że Rosja powinna podjąć wysiłki, aby "doprowadzić oś
Paryż – Berlin do jej ostatecznej formuły: Paryż – Berlin – Moskwa". Podobnego
zdania jest de Grossouvre deklarujący, że "bez Rosji oś byłaby kaleka".
Kolejnym sukcesem osi były wybory w Hiszpanii i zwycięstwo socjalistów.
Amerykańscy analitycy Gardiner i Hulsman orzekli, że nie tylko "przekształciły
one polityczny krajobraz w Madrycie, ale także zmieniły równowagę sił w Unii
Europejskiej z powrotem na rzecz 'starej Europy’, której przewodzą Paryż i
Berlin". Potwierdziły to kroki podjęte przez rząd premiera Zapatero: wycofanie
wojsk hiszpańskich z Iraku oraz rezygnacja ze sprzeciwu wobec projektu
konstytucji europejskiej umacniającego wewnątrz UE pozycję "imperium
franko-germańskiego".
W dniach 16-18 marca 2005 roku odbywał się w Paryżu "szczyt czterech": Chirac,
Putin, Schroeder i Zapatero. De Grossouvre, który jeszcze dwa lata wcześniej
oceniał skromnie szansę realizacji swojego projektu na 30-40 proc., nie krył
entuzjazmu. Entuzjazm dotyczy perspektyw ogólnej współpracy strategicznej oraz w
tak zaawansowanych technologicznie dziedzinach, jak kosmiczna i lotnicza
(przygotowania do budowy samolotów piątej generacji). Przede wszystkim zaś
podnosił polityczną rangę "szczytu czterech". Jak stwierdzał: "Europa potrzebuje
motoru politycznego. Hiszpania, Francja, Niemcy i Rosja dysponują masą krytyczną
niezbędną do wypełnienia tej roli i do stworzenia podstaw Mocarstwa
Europejskiego".
Rozbiorowy scenariusz dla Polski
Przeszkodę w realizacji wielkiego eurazjatyckiego imperium od Atlantyku do
Pacyfiku stanowią, podobnie jak w okresie międzywojennym, kraje Europy
Środkowo-Wschodniej, określane w kategoriach geopolitycznych jako Międzymorze, a
w kategoriach utylitarno-politycznych, z punktu widzenia Zachodu, jako kordon
sanitarny. Aleksander Dugin stwierdza: "Atlantyccy geopolitycy świetnie
rozpoznają strategiczne niebezpieczeństwo sojuszu Rosji z Europą (szczególnie z
Niemcami)". Stąd ich usiłowania oddzielenia tych dwóch organizmów swoistą,
geopolityczną przegrodą w postaci pasa niezależnych państw niezwiązanych ani z
Rosją, ani z Niemcami, co znalazło swój wyraz w traktacie wersalskim powołującym
do życia suwerenne państwa w Europie Środkowo-Wschodniej.
Zdaniem Dugina, kordon sanitarny został odtworzony w latach 90. XX wieku. W jego
skład wchodzą: nieodmiennie Polska, kraje bałtyckie, Czechy i Słowacja, Węgry,
Rumunia, Ukraina i Białoruś. Według Dugina, "zadaniem Eurazji jest, aby taki
kordon nie istniał. Jest to w interesach i Europy, i Rosji". Stawia zresztą
hasło: "zniszczyć kordon sanitarny", w sposób równie zasadniczy, co "zniszczyć
Kartaginę" (tj. Stany Zjednoczone). Dopiero po likwidacji kordonu sanitarnego
można będzie "przekształcić przestrzeń od Dublina do Władywostoku w strefę
kooperacji, współpracy i strategicznego partnerstwa".
Jak widział realizację tego postulatu, o tym świadczą jego uwagi na temat
Ukrainy. Znajdziemy wśród nich tezę, że Ukraina jako niepodległe państwo "nie ma
najmniejszego geopolitycznego sensu". Dlatego też stwierdza kategorycznie:
"Dalsze istnienie unitarnej Ukrainy jest niedopuszczalne. To terytorium powinno
być podzielone na kilka okręgów, odpowiadających geopolitycznym i etnokulturowym
realiom".
Podobny rozbiorowy scenariusz dla Polski przewiduje Aleksiej Mitrofanow. Głosi
on, że Polska powinna być zredukowana do ok. 40 proc. swojego obecnego
terytorium, które zostanie podzielone między tych samych, co w 1939 roku
kontrahentów. Usilnie stara się uposażyć ponownie zjednoczone Niemcy nabytkami
terytorialnymi nie tylko na wschodzie, kosztem Polski, ale także na zachodzie
(Alzacja i Lotaryngia), na północy (Szlezwik) oraz na południu (Sudety).
Mitrofanow sądzi, że za taką cenę Niemcy powrócą do koncepcji osi Berlin –
Moskwa – Tokio i zerwą z orientacją atlantycką.
Mitteleuropa żyje
Wyłuskanie Niemiec ze struktur atlantyckich było głównym zamierzeniem twórców
sowieckiej pieriestrojki. Ilia Chaśkowicz stwierdzał: "W polityce zagranicznej
ZSRS pierestrojka zaczęła się po tym, jak zostało wysunięte znamienne hasło
'zjednoczonej Europy od Władywostoku do Gibraltaru’. Mówiąc wprost, zjednoczenie
Niemiec było traktowane przez ideologów pierestrojki jako pierwszy krok na
drodze do osiągnięcia tego utopijnego celu". Aleksander Dugin, nieugięty krytyk
Gorbaczowa i jego polityki, w tym jednym punkcie czyni wszelako wyjątek i pisze:
"Gorbaczow miał piękną ideę 'wspólnego europejskiego domu’. Jej istota polegała
na zbliżeniu z Europą na zasadzie wzajemnych korzyści, pomocy ZSRS dla
utworzenia zjednoczonej Europy w kwestiach energetyki oraz ustanowienia
wspólnego systemu bezpieczeństwa strategicznego". Koncepcja "europejskiego
wspólnego domu" nakładała się na inną strukturę geopolityczną, a mianowicie
"wspólnotę atlantycką". Według łatwo czytelnych nadziei kremlowskich strategów
efektem tego miało być geopolityczne tarcie, które doprowadzi w końcu do
oddalenia się Europy Zachodniej od Stanów Zjednoczonych.
Nowa polityka Moskwy została zaanonsowana światu przez doradcę Gorbaczowa do
spraw polityki międzynarodowej Nikołaja Portugałowa. Wywołała też znamienne
komentarze. Były szef CIA Richard Helms oświadczył, że wysiłki podejmowane na
rzecz ponownego zjednoczenia Niemiec oznaczają "zbrodnię absolutną wobec NATO".
Natomiast Robert Livingstone stwierdził ze swej strony, że nikt na Zachodzie nie
ma odwagi powiedzieć głośno i otwarcie, że kwestia niemiecka staje się
największym niebezpieczeństwem zagrażającym integralności świata atlantyckiego.
Komentarze moskiewskie potwierdzały zasadność obaw Anglosasów, nie ukrywając, że
taki był właśnie zamysł ukryty w manewrze Gorbaczowa. Aleksander Panarin pisał w
1997 roku: "W Europie zarysowuje się nowy geopolityczny układ sił związany ze
zjednoczeniem Niemiec. Zjednoczenie to bezspornie samo w sobie stanowi wyzwanie
wobec ustanowionego po 1945 roku systemu atlantyckiego. Nowy fenomen
Mitteleuropy krystalizującej się wokół Niemiec oznacza nie tylko demontaż
poprzedniego systemu Europy Wschodniej i bloku eurazjatyckiego, niegdyś
kontrolowanego przez ZSRS, ale i demontaż systemu atlantyckiego. Proces ten nie
może nie przyjąć charakteru alternatywy wobec amerykanizmu. Ta alternatywa może
przybierać bardziej lub mniej jawne formy, ale sama w sobie nie podlega
kwestii".
Antyamerykański charakter lansowanych w Moskwie koncepcji wyziera z pism Dugina,
który pisze, że kozłem ofiarnym projektowanej przez niego konstrukcji
geopolitycznej będą Stany Zjednoczone. Podkopanie ich potęgi "aż do pełnego
zburzenia tej geopolitycznej konstrukcji będzie realizowane planowo i
bezkompromisowo przez wszystkich uczestników Nowego Imperium".
Plany eurazjatystów Wschodu i Zachodu zmierzają więc do wyparcia Stanów
Zjednoczonych z Eurazji i zredukowania ich pozycji międzynarodowej. Drugim,
rzadziej wymienianym celem, jest Izrael. Stojąc na gruncie realizmu
politycznego, musimy traktować to państwo jako wielkie mocarstwo nie tylko ze
względu na trzeci na świecie arsenał nuklearny. A według belgijskiego
geopolityka Jeana Thiriarta, projektowana przez niego Wielka Europa nawiąże
partnerstwo strategiczne ze światem islamu. W tej sytuacji Izraelowi przypadnie
rola, jak stwierdzał, "małego pasterskiego kraju na Bliskim Wschodzie". Wreszcie
trzecim regionem, którego rola zostanie zdegradowana, jest Europa
Środkowo-Wschodnia z Polską na czele. Niestety, świadomość konsekwencji
rozgrywanej współcześnie batalii geopolitycznej nie jest powszechna wśród naszej
klasy politycznej, o czym świadczą niepoważne, histeryczne reakcje polityków i
mainstreamowej prasy na wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego dotykające tej
kwestii.
Prof. Tadeusz Marczak
Autor jest kierownikiem Zakładu Studiów nad Geopolityką Uniwersytetu
Wrocławskiego.
