Wszyscy jesteśmy Sarmatami

Z Jackiem Kowalskim, pieśniarzem, poetą, bardem Sarmacji, rozmawia
Małgorzata Rutkowska

Opiewa Pan uroki Sarmacji, krainy, która nie istnieje od ponad dwóch stuleci.
Co za pożytek z takiego śpiewania sobie a muzom?

– O, nieprawda, Sarmacja istnieje. To kraina żywa, z krwi i kości. Ja zaś
opiewam nie tylko jej uroki – także strony ciemne i przykre. Dlatego właśnie, że
bez niej po prostu nas nie ma, a póki my żyjemy, ona żyje.

Ale tak w ogóle, cóż to takiego ta Sarmacja?
– To nic innego jak szlachetne określenie – tak jak Galia była szlachetną nazwą
Francji – dawnej Rzeczypospolitej, z której wyrastamy. Sarmata był po prostu
obywatelem Sarmacji, jak my jesteśmy obywatelami obecnej Rzeczypospolitej. Tego
miana nie wymyślili sami Sarmaci – w ten sposób określono nas i nasz kraj już w
średniowiecznej Europie, co nasi poeci i politycy, w tym Jan Kochanowski,
spopularyzowali i ugruntowali. Dlatego używanie słowa "Sarmata" w znaczeniu:
"ciemniak, warchoł, pijanica" etc., jest krzywdzące w stosunku do każdego
Polaka, także tego, który je głosi, bo obraża samego siebie. Wszak i on, chce
czy nie, jest z rodu Sarmatą.

Dlaczego weszło w zwyczaj używanie tego miana w sensie negatywnym?
– Dlatego, że powstało słowo "sarmatyzm". Ten termin, którego nie lubię i
którego staram się nie używać, ukuto na określenie wszystkiego, co – rzekomo lub
rzeczywiście – ciemne, wsteczne i brzydkie, a zarazem polskie. Ów niefortunny
termin powstał jednak dopiero pod koniec istnienia Pierwszej Rzeczypospolitej, w
XVIII wieku.

To czym jest dziś Sarmacja?
– Może raczej: w jaki sposób istnieje, do czego jest dziś potrzebna? Otóż, np,
proszę się zastanowić: jak możemy w sposób przekonujący przedstawić innym
narodom odrębność i oryginalność naszego Narodu? Nie przywołując dawnej Sarmacji
– nie da się. Bo język poetycki, ukształtowany przez Mikołaja Reja i Jana
Kochanowskiego, czyli Sarmatów, bo polityczny ustrój, temperament i codzienny
obyczaj – wszystko to dziedziczymy po obywatelach sarmackiej Republiki i bez
tego nas nie ma. Wszystko to trwa, no, oprócz kontusza, który jednak nadaje się
doskonale na nasze narodowe logo – tak jak kostium Trzech Muszkieterów na
handlowe logo francuskie. Dziedzictwo sarmackiej demokracji sprawia – może
pośrednio, ale jednak – że jesteśmy narodem "polskich panów", do których
zaliczają się i "pan profesor", i "pan listonosz" i "pan hydraulik" – ci
wszyscy, którzy czują swoją godność. Bo w Polsce obywatel to ktoś, nie z mocy
francuskiej rewolucji, tylko z nadania szlacheckiej tradycji równości panów
braci. "Szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie".

Pana ucieczka w sarmackość ma rekompensować deficyt polskości w III RP?
– Trzecia Rzeczpospolita to tylko epizod w naszych dziejach. Zanurzyłem się w
sarmackości znacznie wcześniej, jeszcze przed sejmem kontraktowym, a zatem za
"niemego Sejmu" PRL. I nie była to ucieczka, przeciwnie – poszukiwanie
tożsamości. Chociaż zaczęło się od zabawy. Każdy chłopiec lubi się bawić w
rycerzy; bawiłem się i ja, tyle że kiedy dorosłem, nie zaprzestałem mojej
zabawy. I od początku znajdowałem w niej coś więcej niż tylko rozrywkę. To coś
poruszało, okazywało się bliskie, żywe, wzruszające. Wtedy dostrzegłem ze
zdumieniem, że Sarmacja jest w naszej codziennej kulturze wszechobecna, ale też
– właśnie – słabo dostrzegana. I powoli docierało do mnie, że tu właśnie
otwierają się "dzikie pola" naszej kultury, które można i warto zagospodarować,
opisać, ożywić, zamieszkać w nich. A czy działo się to przeciwko komuś? Jeśli –
to przeciwko komunie. Przyjście Trzeciej Rzeczypospolitej przyjąłem więc z
wielką radością, choć szybko się okazało, że jej czas nie sprzyjał przywracaniu
historycznego dziedzictwa w takim stopniu, jakby się chciało i jak się należało.
Człowiek miał wtedy wrażenie, że nasza przeszłość, choć można ją było bez
przeszkód sławić, tak jakby nie miała sensu, jakby jawiła się jako jakaś
bezproduktywna, martwa… Że chwała historii trafia zaledwie do garstki
wybranych i że w rezultacie podróż w głąb Sarmacji jest – tak jak pani
powiedziała – ucieczką od rzeczywistości. Ale jednak nie. Tak wcale nie było,
tak się tylko wielu ludziom wydawało. I teraz coraz bardziej widać, że Sarmacja
jest właśnie nadal rzeczywistością żywą.

Dlaczego warto nawiązywać do ideałów sarmackich?
– Bo wtedy panowała o wiele sensowniejsza niż dziś poprawność polityczna. Gdy
przyjrzymy się wybitnym Sarmatom z czasów Pierwszej Rzeczypospolitej, zobaczymy,
że każdy z nich miał na ustach wiarę – Fides – i miłość Ojczyzny – Amor Patriae…
Takie deklaracje nie u każdego wypływały z serca, ale należały właśnie do
systemu ówczesnej politycznej poprawności – nie wypadało mówić inaczej.

W takim razie idealny Sarmata to kto?
– Idealny Sarmata to obywatel waleczny i nabożny zarazem, czciciel Matki Bożej,
chyba że był kalwinem, jak wiadomy Radziwiłł, niewylewający za kołnierz, ale też
nie pijanica, z charakterem zdecydowanym, o języku zarówno giętkim i poważnym,
jak celnym i dosadnym. To człowiek, który życie bierze na serio, bo na serio
zakłada rodzinę, i na serio się modli, i mistycznie zapłakać potrafi, ale poza
tym nie stroni od tłustych i celnych dowcipów, byle we właściwym miejscu i
czasie.

W potocznym wyobrażeniu typowy przedstawiciel Sarmacji to ktoś w rodzaju
rubasznego księcia Karola Radziwiłła "Panie Kochanku" lub pieniacza, jak imć
Samuel Łaszcz, który miał nosić delię podbitą wyrokami sądowymi.

– Tak, tak… Opój, który je, pije i popuszcza pasa albo tępy zabijaka. Obraz i
płaski, i przerażający. Trudno się z nim identyfikować. Zasłonił, ukrył
prawdziwą, wielowiekową rzeczywistość mocarstwa, które było inne i znacznie
bogatsze niż ten obraz; było zarazem monarchią i republiką, krajem długo
szczęśliwym, wesołym, mimo licznych dysydentów w wierze – arcykatolickim, z
prymasem jako interrexem – i z Matką Bożą jako Królową. Tylko kto o tym wie?
Niemal każdy Anglik czy Francuz ze średnim wykształceniem, jeśli go zapytać o
ich barokową klasykę, wymieni, co trzeba, niekiedy nawet coś zadeklamuje. A
jeśli zagadnąć przeciętnego Polaka o wieki XVI, XVII i XVIII, okaże się, że
zapamiętał przeważnie tylko: jedz, pij i popuszczaj pasa. Jeśli ktoś pamięta
cokolwiek z literatury dawnej, to najwyżej umykający cień polskiego
romantyzmu… A tu trzeba by sięgnąć do prawdziwego skarbca sarmackiej kultury,
współtworzonej przez ludzi walczących, piszących, mecenasów sztuki, polityków.
Tę kulturę warto wciąż na nowo pokazywać.

Dzięki Pana twórczości, tym pieśniom, dumom, polonezom odtwarzanym z takim
pietyzmem, sarmacka rzeczywistość staje się coraz bliższa.

– Dziękuję, z grzeczności nie zaprzeczam; co robię, robię na swoją miniskalę;
jeżdżę i koncertuję, spotykam się z ludźmi, którzy Sarmacją się fascynują,
którzy Sarmację i jej obyczaje odtwarzają. Jest ich coraz więcej, ale Sarmacja
to nadal niedoceniony – brzydko mówiąc – towar, który, jak sądzę, mógłby się
sprzedać o wiele lepiej, przynieść Polsce sławę, chwałę i pieniądze, a zachwycać
nie tylko wybranych. Mógłby stać się popularnym polskim logo, tak jak logo
Irlandii stała się muzyka celtycka, a logo Stanów Zjednoczonych – wizerunek
kowboja. A przecież ani Irlandia, ani Stany nie mają tak bogatej tradycji jak
Polska; ważny był jednak sposób, w jaki te kraje swoją tradycję wypromowały. A
my ciągle własnego sposobu na sarmackość nie mamy.

Europa mogłaby się w pewnym momencie zawstydzić, spoglądając na nasze
sarmackie dzieje, chociażby na liczebność "narodu politycznego", czyli szlachty,
i ideał złotej demokracji.

– Tak, rzeczywiście. Aczkolwiek mogłaby też zadumać się nad własnym losem, bo
dzieje polskiej demokracji to memento dla demokracji; a jej chwała – to chwała
względna, argument obosieczny. Ostrzeżenie przed ubezwłasnowolnieniem państwa
przez anarchię, która wyrasta z ideałów jak najbardziej słusznych i świetlanych.
W Pierwszej Rzeczypospolitej doszło do tego – acz nie bez udziału
zainteresowanych sąsiadów.

Pierwsza Rzeczpospolita przetrwała jednak kilka stuleci. To najlepiej chyba
świadczy o sile jej kultury.

– Żywotność sarmackości widać doskonale, kiedy się wyjedzie poza Polskę – na
Białoruś czy w dawne Inflanty. Barok katolickich kościołów, ewidentnie polskich
przecie, do dzisiaj jest tam ambasadorem europejskiej kultury. Na Białorusi
konkurują z nim właściwie tylko socrealistyczne "pałace", ale sarmacki barok w
tej konkurencji zwycięża. Do tego baroku przyznają się nawet białoruscy
nacjonaliści, niezbyt pozytywnie nastawieni do katolicyzmu i tradycji polskiej,
ale tę akurat spuściznę Pierwszej Rzeczypospolitej – w ramach Wielkiego Księstwa
Litewskiego – postrzegają jako legitymację swojej odrębności wobec Rosji. Tak
objawia się widomie doniosła rola, jaką w kulturze Europy odegrała nasza
Rzeczpospolita.

Sarmacja wyznacza granice cywilizacji zachodniej na wschodzie Europy?
– Nie ma wątpliwości, że to była forpoczta cywilizacji łacińskiej i zarazem
polskiej. Można też mówić o wasalach polskiej kultury. Tu się przypomina
chociażby konfederacja barska, kiedy przeciwko Rosjanom wystąpiła również
szlachta Inflant. Zrodził się problem, kiedy jej przedstawiciel zamierzał
dołączyć do tzw. Generalności – konfederackiego rządu. Był bowiem, jak wielu
Inflantczyków, protestantem, a konfederacja określała się jasno jako katolicka.
Na pytanie, jak rozwiązać tę kwestię, odpowiedział: my, protestanci z Inflant,
jesteśmy lennikami katolickiej Rzeczypospolitej. I na tej zasadzie został
przyjęty do katolickiej konfederacji. Tak, Pierwsza Rzeczpospolita funkcjonowała
jako mocarstwo, promieniowała na zewnątrz, postrzegana jako ostoja dla ludzi
innych wiar i kultur, którzy oddawali się pod jej opiekę.

Co najbardziej Pana urzekło w spuściźnie duchowej Sarmacji?
– Bywały różne odkrycia serdeczne. Także osobiste, gdy pochylałem się nad
wierszem jakiegoś dawnego autora i nagle budziło się we mnie niezwykle silne
echo czytanych słów. Tak było w czasie stanu wojennego, gdy chodząc po ulicach,
na których stały milicyjne "suki" i transportery opancerzone, chłonąłem
"Psalmodię polską", arcydzieło Wespazjana Kochowskiego. Czułem ją jako najlepszy
komentarz do otaczającej mnie rzeczywistości. Zupełnie inne osobiste "odkrycie",
natury już bardziej historycznej, nastąpiło, gdy zgłębiałem dzieje konfederacji
barskiej. Uświadomiłem sobie wtedy, że żyję w niesłychanie gęstej sieci
historycznych odwołań, praktycznie co kilometr lub częściej ocierając się o
ślady walk, zjazdów, manifestów…, i to w mojej rodzinnej Wielkopolsce, niby
tak od konfederackich wydarzeń odległej. Odkryłem też wtedy, jak niezwykłym, ale
i niestety tragicznym wydarzeniem była właśnie konfederacja barska. Nie jako
pierwsze powstanie – a tak się ją czasem przedstawia – ale jako oddolny ruch
obywatelski, ruch egzekucji praw.

Ruch bez szans na sukces, choć konieczny i niezwykły jako dowód żywotności
Rzeczypospolitej?

– Tak właśnie. W tym tkwił tragizm konfederacji. Ale zarazem jej dzieje niosą
pokrzepienie – pokazują niezwykłą żywotność republikańskich, sarmackich ideałów,
na przekór przeciwnościom. Ulubiony mój przykład to zawiązanie konfederacji
barskiej w Wielkopolsce. Oto we wsi Januszkowie pod Żninem zebrało się
dziesięciu szlachciców, po części zresztą niepiśmiennych. Wybrali spośród siebie
marszałka – Jakuba z Ul Ostoję Ulejskiego – i spisawszy odpowiedni manifest,
oblatowali go (czyli zarejestrowali) w sądzie grodzkim w sąsiedniej Kcyni.
Nazajutrz "za karę" Kozacy spalili nowo wybranemu marszałkowi jego ubogi dwór i
zabili córkę, on sam zaś musiał ratować się ucieczką w okoliczne lasy. Ale
najwięksi polscy panowie musieli uznać jego godność, bo wybór odbył się
legalnie, a dokument został oblatowany. Tak stanowiło tradycyjne prawo
demokracji szlacheckiej. I już wkrótce Jakub z Ul Ostoja Ulejski zgromadził
wokół siebie całkiem sporą armię, ruszył w Wielkopolskę, później dotarł pod mury
Gdańska… To trwanie przy prawie, wierność prawu urzeka. Mimo że Pierwsza
Rzeczpospolita była już pod kontrolą obcych mocarstw, nasi przodkowie wciąż
postępowali tak, jakby byli obywatelami mocarstwa, bo tak stanowiło prawo,
którego bronili.

Pana rodzinna Wielkopolska, solidna, chodząca twardo po ziemi, słabo kojarzy
się z pełną fantazji, bujną Sarmacją.

– Ale to schemat, który aktualny stał się dopiero w latach pruskiego zaboru,
kiedy zamknięto nam wyższe szkoły, kiedy zabrakło polskiego uniwersytetu, kiedy
trzeba było kształcić się za granicą i pilnować wielkopolskiej ziemi jako ziemi.
Wcześniej – za Sarmacji – było inaczej. Przecież pełno u nas jeszcze dzieł,
które są samą esencją Sarmacji: jakże liczne, właśnie szczególnie w
Wielkopolsce! Portrety trumienne, wielka architektura świątyń i pałaców… A
była też Wielkopolska zagłębiem sarmackich wieszczów. Wszak bez poezji Kaspra
Miaskowskiego, Samuela Twardowskiego i Krzysztofa Opalińskiego nie można w ogóle
mówić o literaturze polskiego baroku. No, inna sprawa, że spośród wszystkich
innych sarmackich regionów wyróżniała się Wielkopolska także owym "chodzeniem po
ziemi". To właśnie nasza szlachta podczas konfederacji barskiej zawiązała jedyny
porządny, regionalny rząd, który wybrał podatki, po czym umundurował i uzbroił
porządną armię. Ta armia wyruszyła na Warszawę, żeby wygnać z niej Moskali.
Niestety, dotarła tylko do Błonia…

Czy we współczesnych Wielkopolanach odnajduje Pan cechy dawnych Sarmatów?
– O, tak. Oczywiście. Ale, nie wypominając nikomu… Współcześni Wielkopolanie
kochają tradycję, lecz nie zawsze w nią wierzą. To znaczy, nie wszyscy wierzą,
że mogliby swoją tradycją zaciekawić innych, a w konsekwencji na niej zarobić.
To się dopiero powoli zmienia. Bo w takim Krakowie, nawet jeśli ktoś przeszłości
i tradycji nie kocha, wierzy w nią ślepo i bez wahania na niej dobrze zarabia.

Do którego pokolenia zgłębił Pan swoją genealogię?
– Nie jest imponująca. Po mieczu szlachecka, lecz niepełna; wiem tyle, że gałąź
Korabiów Kowalskich, z których się wywodzę, należała do mazowieckiej
szaraczkowej szlachty, chodzącej dzierżawami albo zarządzającej cudzym
majątkiem. Nasza świadomość niknie za dziadkiem Feliksem Kowalskim i jego
rodziną z okolic Warszawy. W czasie I wojny światowej dziadek i jego brat
Stanisław walczyli w armii carskiej – jego brat poległ jako kawalerzysta Legionu
Puławskiego. Potem dziadek wyemigrował na Kresy i jego kontakt z rodziną w
znacznym stopniu się urwał.
Natomiast ze strony mojej mamy – Michałowskiej z domu – nasza genealogia znana
mi jest dużo lepiej. Ale to genealogia nieszlachecka, drobnomieszczańska,
aczkolwiek po sarmacku pieniacka: moi przodkowie wiedli spory o miedzę z
miejscowymi państwem hrabiami, ale kiedy trzeba było, znajdowali się pośród
kawalerzystów, których pan hrabia wiódł do powstania. Mam też takie rzadkie
szczęście mieszkać w domu zbudowanym przez mojego prapradziadka z rodu tych
właśnie łyczków Michałowskich.

To rzeczywiście ma Pan wielkie szczęście. W polskich warunkach, gdy historia
wykorzeniała nas właściwie w każdym pokoleniu, móc powiedzieć: "Mieszkam tu,
gdzie moi pradziadowie", to rzadkość.

– Tak. Dziś ludzie często szukają i znajdują swoją genealogię, sięgają wiele
pokoleń wstecz, ale zazwyczaj żyją w oderwaniu od małej ojczyzny swoich
antenatów. My zaś, nie mając bogatej spuścizny, siedzimy na ziemi przodków i
żyjemy pośród ich pozostałości. Mój syn odrabia lekcje przy staroświeckim biurku
swojego prapradziadka Michała. W szafie trzymam czepek chrzcielny mego dziadka i
pradziadowy ślubny cylinder… To wszystko po Michałowskich, po rodzinie mamy.
Ale i Kowalscy mają przynajmniej jedną równie niezwykłą, co tajemniczą pamiątkę.
Otóż, moi kuzynowie przechowują drewniany, ręcznie rzezany różaniec z napisem
"Woyciech Kowalski Anni 1683 Domini". Mój śp. stryj utrzymywał, choć nie miał na
to żadnych dowodów – prócz słów swojego ojca, a mego dziadka Feliksa – że jest
to pamiątka udziału naszego przodka w bitwie pod Wiedniem. Nie śmiem tej
tradycji negować, ale domyślam się, że mogło być też inaczej. Jest zatem
rodzinna tajemnica… Trzeba by zbadać wiek drewna, od czego się jednak
powstrzymuję. Tajemnica jest tajemnicą.

Ideały sarmackie są żywe w Pana rodzinie?
– Jak już pani zauważyła, nie należę do tych Polaków, którzy mogą szczycić się
daleką, szlachecką genealogią. Ale moje dzieci słyszą to, co opowiadam, razem
czytamy z uwielbieniem i rozbawieniem "Pana Tadeusza", zagłębiamy się w legendy
herbowe i w "Trylogię"… No i często śpiewamy wspólnie Godzinki, to arcypolskie
nabożeństwo, które przetrwało próbę czasu. Wiem, że śpiewała je namiętnie moja
prababcia. Potem była w rodzinie wykonawcza przerwa, którą zaczynają wypełniać
młodsze pokolenia.

Dziękuję za rozmowę.

 

 

Najbliższy koncert Jacka Kowalskiego w Warszawie – MATKA BOSKA SARMACKA dawne i
nowe pieśni i powieści o Matce Boskiej, w przyszłą niedzielę, 10 października,
godz. 18.30, w klasztorze oo. Dominikanów na Służewie, ul. Dominikańska 1, aula
o. Jacka Woronieckiego, wstęp wolny.

drukuj